Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pasmo Posłowickie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pasmo Posłowickie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 września 2020

Wycieczka nr 74: 50-tka


17.07.2020

Skład: Oliwka, Makumba i Ja

Trasa: Czerwona Góra - G. Zelejowa - G. Żakowa - Kłm. Szewce - Szewce - Zgórsko - G. Trupień - G. Patrol - G. Zielona - G. Pruskowa - Przełęcz pod Belnią - G. Belnia - Jaworznia - Rez. Chelosiowa Jama - Janów - Białogon - G. Brusznia - Kłm. Grabina - G. Dalnia - Rez. Biesak-Białogon - Przełęcz pod Obrazikiem - G. Pierścienica - Stadion, ok. 50 km
 
0,0 km
Wystartowaliśmy spod szpitala na Czerwonej Górze. Szlak czerwony niebawem wprowadził nas na mokrą po padających dzień wcześniej deszczach grań Zelejowej. W drodze na szczyt wzniesienia towarzyszyła nam gęsta mgła, sprawiająca wrażenie, że znajdujemy się o wiele wyżej niż w rzeczywistości.

3,0 km
Wreszcie dotarliśmy nad przepaść, gdzie odsłonił się widok na ścianę kamieniołomu mieniącą się w blasku porannego Słońca. Zgodnie z tradycją czekało nas zejście na dół, tzw. wersją ekstremalną. Po wyborze najbardziej odpowiedniej drogi, przystąpiliśmy do skalnej wspinaczki i walki z niesamowicie śliską skałą. Ta zakończyła się dla Makumby niekontrolowanym zjazdem na dno wyrobiska i niegroźną kontuzją kolana.


Tuż przed upadkiem


Następnie wdrapaliśmy się na drugi fragment grani, którym powędrowaliśmy na spotkanie ze szlakiem niebieskim.

6,0 km
Zgodnie z wcześniejszymi założeniami o godzinie 8:15 byliśmy już na strzeżonej przez drewniane sylwetki diabłów Żakowej Górze.

Korzystając z przyjemnej temperatury oraz braku oznak zmęczenia, zrezygnowaliśmy z przedwczesnego postoju. Omijając zgrabnie przydrożne kałuże, pochłonięci rozmową o godnych polecenia książkowych pozycjach, niepostrzeżenie znaleźliśmy się przy przejściu pod ruchliwą ekspresówką. Na horyzoncie majaczył się kolejny punkt wycieczki - Przełęcz pod Belnią, ale by tam się znaleźć czekała nas jeszcze długa podróż.


11,0 km
Na miejsce odpoczynku wybraliśmy Kamieniołom Okrąglica, jednakże tamtejsze komary skutecznie go uniemożliwiły, zmuszając nas do żerowania na pobliskiej łące. 

13,0 km
Słońce wznosiło się coraz wyżej, a niebo zaczęły pokrywać kłębiaste chmury. Czas płynął, a my nie byliśmy nawet w połowie trasy.

17,0 km
Tuż za mostem na Bobrzy w Słowiku, rozpoczęliśmy najbardziej męczący odcinek, czyli wędrówkę szczytami pasma Zgórskiego. 

18,5 km
Na pierwszy ogień mozolna wspinaczka na Trupień wśród malowniczych bukowych wąwozów i obowiązkowa przerwa na Patrolu połączona z oglądaniem okolicy. 



20,0 km
Potem przyszła kolej na Zieloną, która wbrew swojej nazwie była bardziej brązowa, za sprawą zalegających wokoło opadłych liści. 

Jeden z wąwozów pod Zieloną

Kilometr później zdobyliśmy mało ciekawą Pruskową, ze szczytem pozbawionym jakichkolwiek widoków. Zanim udało nam się znaleźć w miejscu kolejnego dłuższego postoju, minęło całkiem sporo czasu, w którym pogoda zdążyła się pogarszyć.

22,0 km
Po dotarciu na wspomnianą wcześniej Przełęcz pod Belnią, mogliśmy nacieszyć się wspinaczką po stromym odsłonięciu geologicznym, jak i cudowną panoramą obejmującą swym zasięgiem między innymi okolice Chęcin. 


Trochę to zajęło, ale się udało. Czyli żółta furgonetka w żółtym tunelu.

Kolejna część podróży to wędrówka lasem, zgodnie z przebiegiem szlaku czarnego.

25,0 km
I tak, czterdzieści minut później, znaleźliśmy się w Jaworzni, gdzie postanowiliśmy odwiedzić interesujący obiekt odkryty przez nas jeszcze w zeszłym roku. Był nim tunel prowadzący niegdyś wprost do wnętrza komina wapiennika. 


Po pokonaniu dosyć niskiego wejścia, znaleźliśmy się w ciemnym, ale przestronnym korytarzu. Jego ściany pokryte były starymi cegłami, a także osmolonym kamieniem. Kilka minut później byliśmy już przy przodku, który stanowił zasypany fragment tunelu.


Foto: Oliwka

Stroma ścieżka zlokalizowana w sąsiedztwie wejścia do tunelu, zaprowadziła nas wprost na Górę Kopaczową stanowiącą idealny punkt widokowy na Kielce. Wzniesienie to pokrywają interesujące pod względem botanicznym murawy kserotermiczne, na których można odnaleźć między innymi goryczkę orzęsioną.



29,0 km
Dreptanie po przyjemnym terenie skończyło się wraz z wejściem do Janowa, gdzie przerzuciliśmy się na wędrówkę chodnikiem. Za plecami ścigały nas burzowe chmury. Chcąc możliwie jak najdalej od nich uciec, podkręciliśmy tempo marszu.


32,0 km
Deszcz, a właściwie mżawka złapała nas dopiero w Białogonie. 

Ten nieproszony komponent pogodowy naprzykrzał się przy każdej możliwej okazji. 

Taki mały powrót do przeszłości :)

34,0 km
Sytuacja poprawiła się, gdy weszliśmy do lasu porastającego Brusznię, który o tej porze roku wygląda cudownie. Mnogość barw rosnących tutaj roślin jest oszołamiająca. Wśród nich wypatrzyliśmy kilka naprawdę rzadkich gatunków, ale o nich za chwilę.

36,0 km
Nie był to koniec florystycznych niespodzianek. Ich kulminacja nastąpiła w okolicach Kamieniołomu w Grabinie.

Panorama znad wyrobiska

Absolutny faworyt - storczyk drobnokwiatowy


Idealnym miejscem na schronienie przed wciąż nasilającymi się opadami nadało się moje ulubione miejsce odpoczynku u podnóża Dalni. 
Dalsza część wędrówki to udziwnianie trasy w taki sposób, by wyszedł wcześniej planowany dystans. Zmęczenie powolutku dawało o sobie znać. Na nasze szczęście przestało padać, przez co nie musieliśmy się zbytnio przejmować wodoodpornością naszych ubrań.

42,5 km
Po pełnej zakrętów drodze, wkroczyliśmy do dawnego kamieniołomu Biesak-Białogon.

Widok ogólny na jeziorko Kamionka

Grzybienie różowe

Znając tutejsze ścieżki jak własną kieszeń, mogłem pozwolić sobie na lawirowanie po leśnym terenie.


48,5 km
Góra Pierścienica, czyli ostatni punkt trasy. Potem czekało nas już tylko zejście i dojście do przystanku autobusowego na Stadionie.

50,0 km 

Może ktoś spyta po co to wszystko? Już spieszę z wyjaśnieniem. Nic nie cieszy bardziej jak osiągnięcie zamierzonego celu. Im wyżej zawieszona poprzeczka i czym trudniejsze wyzwanie, tym przepełnia nas większa satysfakcja. Nie inaczej było i tym razem. Niektórzy z nas pokonując własne słabości stali się o wiele silniejsi, a w trudnych chwilach warto wrócić do momentów, w których udało nam pokonać się samych siebie.

środa, 13 lutego 2019

Wycieczka nr 15: SAMOTNA WYCIECZKA WE DWOJE


3.06.2018

Skład: Natalka i Ja

Trasa: Baranówek - Jagodowa Górka - Ostra Góra - Posłowice, ok. 12 km

  Tak oto ochrzciliśmy formę wędrówki jaka rodziła się na naszych oczach, w czasie, gdy turystycznie dopiero raczkowaliśmy. W miarę rozwoju i stawiania coraz to śmielszych kroków, odeszła ona do lamusa - niesłusznie. Dzięki kameralnemu gronu, dało się doświadczyć czegoś, co w większej grupie przychodziło z trudem. Tym czymś była rozmowa. Zaskakująca w wyborze wszelakich tematów, często szczera do bólu, wręcz intymna i pozwalająca poznać tę drugą osobę tak dogłębnie, że po wycieczce zdawało się, że znacie się latami. Takie właśnie były samotne wycieczki we dwoje.

Miejsce zbiórki: w języku lokalsów skocznia, dla przyjezdnych - Pierścienica, przystanek autobusowy. Liczba uczestników: brak... 
  Autobus, którym mieliśmy jechać właśnie odjeżdża mi sprzed nosa. Lecz jakoś nie rozpaczam. Sam bym przecież nie pojechał. Chociaż... Myśl ta kusi, ale nie daję się. Czekam cierpliwie. W chwili, gdy już mam zamiar zawijać się do domu, nadchodzi Natalka. Wędrówkę czas zacząć.
   Okrążamy park linowy, następnie zgodnie z czarnym szlakiem mijamy zbiornik retencyjny. Potem już bez znaków wdrapujemy się stokiem na Pierścienicę. 
  Na górze po chwili podziwiania panoramy, powędrowaliśmy przed siebie i tak wdrapaliśmy się na Jagodową Górkę. Nieopodal niej wypatrzyliśmy kilka różowych lilii złotogłów. Następnie skierowaliśmy się w stronę Ostrej Góry, by zobaczyć jej głębokie wąwozy. Po dotarciu na miejsce czekała na nas przeszkoda. spinające przeciwległe ściany wąwozu na kształt wiszącego mostu Było nią ponad 25- metrowej wysokości drzewo, przewrócone w taki sposób, że po jego pniu dało się przejść na drugą stronę wąwozu, oczywiście o ile się z niego nie spadło w znajdujące się kilka metrów poniżej bagno. Ostrożne przejście i utrzymanie równowagi na śliskiej korze, sprawiły,
 że szczęśliwie znaleźliśmy się po drugiej stronie. Kolejnym punktem wycieczki był położony wśród pobliskich pól niewielki, porośnięty dookoła trzciną stawik i znajdująca się nad nim drewniana altanka, w której zrobiliśmy sobie dłuższy postój. Nasze kolejne kilometry prowadziły już lasem w stronę przystanku autobusowego zlokalizowanego na samym końcu, gdzie zakończyła się nasza spontaniczna wycieczka.
  Na liczniku marne 12 kilometrów, ale 

wtorek, 12 lutego 2019

Wycieczka nr 14: FESTIWAL KŁUJĄCEJ TARNINY


12.05.2018

Skład: Natalka, Gosia, Brajan, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Baranówek - Rez. Biesak-Białogon - Słowik - Trzcianki - Bolechowice, ok. 18 km

Ściana drzew wreszcie pękła. Przez przerzedzone liście wpadał błękit nieba, a wraz z nim zaczęły odsłaniać się kolejne puzzle widokowej układanki. Wyjrzała oliwkowa tafla wody, wyjrzały otaczające wodę skały tak rdzawe jakby oprószono je cynamonem. A gdyby tak wdrapać się na górę? Przecież widok stamtąd musi być powalający. Pozostali popatrzyli to na urwiste ściany, to na mnie, następnie przenieśli wzrok na wodę, do której ów ściany opadały, po czym znowu zawiesili wzrok na mnie i jakoś nie podzielali mojej ekscytacji. Jedynie Raku odważył się towarzyszyć mi w tym szaleństwie. 

Bolechowice kamieniołom Zgórsko 2
Foto: Bugli

Nie uszliśmy nawet czterystu metrów, gdy ścieżka wystawiła nam środkowy palec. To, co dawniej nią było zostało stłamszone przez kłębowisko głogu, dzikiej róży i tarniny, które szczelnie zamknęły nas pod baldachimem kłujących gałęzi. W sekundzie zostaliśmy osaczeni! Nie ma nic bardziej bolesnego od przedzierania się przez taki gąszcz. Uwierzcie. Nic po maczecie, prędzej przydałoby się stado słoni, aby to staranować. Najrozsądniejszym rozwiązaniem wydawało się zatem poddać i wycofać.
- To, co wracamy?
- Nie ma mowy! Pomyśl tylko o tych widokach z góry. No chodź już Raku. Fajnie będzie.

Poszliśmy. Tarnina niestrudzenie stawiała opór. Im mocniej atakowaliśmy, tym odpowiadała z większą siłą. Niczym wąż zatapiała swe kolce w skórze i nie wypuszczała bez uprzedniej akupunktury. Powoli przypominaliśmy jeżozwierze. Z każdą upływającą sekundą coraz bardziej zaczęliśmy żałować podjętej decyzji. Docierało do nas, że w starciu z gąszczem jesteśmy bez szans, ale na wycofanie się było już za późno. Ściana pełna kolców skutecznie odcięła nam odwrót. 

Kwintesencja głupoty
Foto: Bugli

Zgięta w łokciu ręka służyła za tarczę. Mogliśmy tylko z jej pomocą napierać na przód ile wlezie. Niestety z marnym rezultatem. Gąszcz kłuł, kąsał, ranił. Obolałe miejsca podchodziły krwią. A my w odpowiedzi ciskaliśmy tylko coraz wymyślniejszymi bluzgami.

Wydarcie się z objęć przeklętego krzewu zajęło nam nie jak zakładaliśmy kwadrans, lecz cholerną godzinę. Tacy obolali, cali w szramach, w rozdartych koszulkach, z poharatanymi rękami i nogami ociekającymi krwią stanęliśmy wreszcie na szczycie wzgórza. Rozejrzeliśmy się dookoła i w sekundzie jedna myśl zmroziła nam krew w żyłach. Nigdzie w zasięgu wzroku nie wypatrzyliśmy ścieżki. Żadnej. Choćby nikłego zarysu. Absolutnie nic. To oznaczało... Nie, nie chcieliśmy nawet o tym myśleć...

Jeszcze przez najbliższy tydzień wyciągaliśmy z siebie zadziorne kolce tarniny. Chodzenie poza ścieżką boli.

Bolechowice kamieniołom Zgórsko 5

Foto: Raku

niedziela, 10 lutego 2019

Wycieczka nr 12: RE RE KUM KUM


5.04.2018

Skład: Kamil i Ja

Trasa: Baranówek - Jagodowa Górka - Posłowice - G. Biesak - G. Kolejowa - Rez. Biesak-Białogon -Baranówek, ok. 27 km

  Barczysta, wysoka postać w kapeluszu zbliżała się niepokojąco szybko. W ręce trzymała tajemniczy przedmiot. Chwilę potem wiadomym stało się, że ów przedmiot to siekiera. 
  Zamiast porwać się do ucieczki, pędzić, gdzie pieprz rośnie, wrośliśmy w ziemię przyszpileni strachem. I staliśmy tak pośród wielkiego pola jak dwa strachy na wróble. Na ucieczkę było już za późno. Jedyne co nam zostało, to bacznie obserwować najdrobniejszy ruch kuśtykającego ku nam mężczyzny.
- Ładnie tu prawda? Mężczyzna przystanął naprzeciw nas zarzucając siekierę na plecy. 
Przerażeni głupkowato potrząsnęliśmy głowami. 
-Widzę, że wy tu na wycieczce. - odrzekł po chwili - Nie przeszkadzam zatem. Szerokiej drogi!

Posłowice łąka  2

   Tego ranka wyblakłe pola Posłowic zapomniały czym jest gościnność i chcąc przepędzić obcych, posłały na nas nie tylko pseudoseryjnego mordercę, ale i bażanty. Furgot ich skrzydeł przyprawiał o palpitację serca, a skrzekliwe khe khe przebijało bębenki. Człowiek podrywał się żywo na równi z nimi, oszołomiony, nie wiedząc co zdarzyło się przed momentem, i dopiero kiedy dostrzegł wzlatującego w powietrze ptaka, uświadamiał sobie, co tak naprawdę zaszło. 
  Nas ta wątpliwa przyjemność spotkała aż sześciokrotnie. Doszło do tego, że co kilka kroków, profilaktycznie zatrzymywaliśmy się, oczekując na ptaszysko. I mimo, że byliśmy na to przygotowani, za każdym razem widok frunącego bażanta szokował na nowo. 

  Następne kilometry miały coś z zagadki. Stawiały więcej pytań niż odpowiedzi i na dobrą sprawę, nie potrafiliśmy przewidzieć co się wydarzy. Tu skończyły się pola, a zaczęła dżungla. Drzewa od korzeni po same korony obrastał bluszcz, a jego suche pnącza zwisały przypominając liany. Świergoty zlewały się z krakaniem, a te z głuchym stukaniem dzięcioła. A potem...

Góra Kolejowa 2
Odpoczywający Kamil


Muzycy ściągali ze wszystkich stron. Zamiast przyjechać luksusowymi brykami, to radośnie skakali, to turlali się ze zboczy, to wędrowali niosąc innych na grzbiecie. Tłum bursztynowych oczu rozlał się po ścieżkach wiodących do sceny, by dać coroczny koncert. Wszystkiemu przyglądaliśmy się zaszyci w przybrzeżnych szuwarach. Na powierzchni jeziora unosiła się galaretowata zawiesina - coś jak kisiel tyle, że z mnóstwem czarnych punkcików. Co rusz przebijały się przez nią nowe niebieskawe łebki. Obserwowaliśmy jak częściowo się wynurzają, po czym do oporu nadymają policzki mieszczące worki rezonansowe i próbują zagłuszyć się nawzajem. Które głośniej, które dłużej! Rechot setek żabich gardeł niósł się po całej okolicy. Z pluskiem do wody wskakiwały kolejne płazy, do żab dołączały ropuchy. Podniecone samce zbijały się w grupy i w ożywieniu ruszały na poszukiwania partnerek. Kiedy już dopadały samicę, instynktownie właziły na nią i niekiedy nawet we czterech jednocześnie obejmowały swoimi błoniastymi łapkami. Powstawała sczepiona kula, która nieruchomiała w namiętnym uścisku niekiedy na kilka minut. Woda wprost bulgotała od orgii kłębiących się ciał i uniesień. 

Ropucha szara 3
"Wędrująca wieża" ropuch szarych


Żaba moczarowa 2
W okresie godowym samce żaby moczarowej mają lekko niebieskie ubarwienie

Wycieczka nr 10: ŚPIOCH


12.09.2017

Skład: Kamil i Ja

Trasa: Baranówek - Karczówka - Grabina - Brusznia - Pietraszki - Zalesie - Rez. Biesak-Białogon -Baranówek, ok. 26 km

Konstrukcja licha drży, ręka trzyma taśmę, 
W sercu strach, że lada chwila nasz most trzaśnie. 

Kamil stawia krok, ja wlepiam wzrok i... 
Widzę co? Dziurawą deskę. 
Pod deską rzeka, bardziej ściek 
Barwy zielononiebieskiej. 
Ryba za rybą gna - podwodna autostrada. 
Wpaść przypadkiem i spłoszyć; no nie wypada. 

Nieco dalej, będzie gdzieś z kilometr, 
Błyska siwa skroń ledwie przez moment. 
Wśród drzew górski outfit prześwituje. 
Postać w końcu staje. Zagaduje. 
Rzecze, że tu niebezpiecznie jest ogółem, 
Dawniej kopalnia, a teraz dołów pełno, 
Na pięć, dziesięć metrów głębokie niektóre, 
Raz żem wpadł za młodu i powiem Wam jedno: 
Wydostać się samemu to istna męka, 
Dlatego nie zbaczajcie ze szlaku! Żegnam. 

Ścieżka skraca, gdy szlak krąży do przesady, 
Ale cóż począć, idziemy wedle rady. 

Kilometry lecą szalone, 
Biorę Kamila na stronę 
Szczerze pytam czy da radę, bo 
Nie uszliśmy połowy nawet.
Na co on: Stary luz, przecież jest wspaniale, 
No już, nie gadaj tyle, idziemy dalej. 

Wreszcie licznik wykręcił dwie dyszki, 
Kamil sapie, bliski jest zadyszki.
I niby jak mam ratować chłopa, 
Kiedy wkoło króluje spiekota? 

Ni jednej małej chmurki, choćby skrawka cienia. 
Gdzie nie zerkniesz, nic tylko spękana ziemia. 
I pewnie wędrówkę czekałby marny koniec, 
Gdyby nie las po przeciwnej wzgórza stronie. 
W lesie wita miła niespodzianka: 
Jest jeziorko! Choć całe w kijankach. 
Zanurzyć się, po czym wyjść zmienionym w żabę?! 
Ble! O kąpaniu nikt nie myśli nawet. 

Pod koroną starej sosny znaleźliśmy cień. 
Siedzimy więc oboje wsparci o jej pień. 
Nawijam gadkę w stylu przewodnika, 
Nie dostrzegam kiedy obok Kamil usypia.
A gdy na pytania odpowiada mi cisza,
Wtedy powtarzam całą historię raz jeszcze,
W obawie, że Kamil nie usłyszał jej wcześniej.

Jednak po dłuższym czasie sam też w końcu milknę. 
Do tak przenikliwej ciszy nie przywykłem.
Nie pomoże już najgłośniejsze wołanie, 
Senny łeb Kamila ciąży mu jak kamień. 
Ależ korci, szturchnę go, sprawdźmy co się stanie? 
Ups! Niechcący uruchomiłem chrapanie... 

Morał jakiś? Nie no bez morału raczej,
Albo w sumie dobra, co mi tam, niech stracę. 
Przewodniku drogi skończ gadać zawczasu, 
Zanim słuchacz zaśnie Ci pośrodku lasu.

sobota, 9 lutego 2019

Wycieczka nr 8: SIĘGAJĄC MARZEŃ


24.08.2017

Skład: Karol i Ja

Trasa: Baranówek - Posłowice - Słowik - Patrol - Czerwona Góra - Zelejowa - Chęciny, ok. 27 km

 Gdzieś na horyzoncie mignął szyld MONOPOLOWY. Decyzja może być tylko jedna - wchodzimy. 

Towaru mają tu pod dostatkiem. Brakuje tylko ekspedientki.
- Dzień dobry! - wołamy wspólnymi siłami.
 
  I tak oto wywołaliśmy wilka z lasu. Zza zaplecza równie nagle co teściowa z niezapowiedzianą wizytą, wynurzyła się potężna muskularna postać. Cechy szczególne: wiek średni, grzywka krótka, skandynawskie rysy twarzy, spłaszczony nos obsypany lekkim meszkiem. Prezentuje się groźnie i, co najgorsze - milczy. 

Posłowice łąka 1
Rozległa panorama z łąki na Posłowicach

  To nie pozwala nam jednoznacznie stwierdzić, czy mamy do czynienia ze sprzedawcą, czy może też sprzedawczynią. Musimy działać sprawnie. Pomyłka nie wchodzi w grę. Trzeba to intensywnie przemyśleć, ale nie ma czasu. Karol się niecierpliwi. Kącik jego ust napina się w uśmiech. Nie odważy się jednak przemówić. Postać za ladą dostała wytrzeszczu oczu i hipnotyzująco gapi się na mnie.
  Patrząc tak po sobie, w ciszy, stoimy we trójkę dobre 20 sekund. Aż wreszcie się przełamuję. Stawiam na ladzie dwie butelki wody, po czym pytam:
- Ile... - mój głos zawiesza się na moment. Nie wiem kompletnie co więcej powiedzieć. " Ile proszę Pana kosztuje ta woda?" - odpada. Co jeśli Pan, okaże się Panią? Poczuje się zapewne okropnie i pełna kompleksów odpowie "Przepraszam, ale jestem kobietą, choć może nie wyglądam. Półlitrowa 2 złote". A my wtedy udamy, że nic się nie stało? Jak gdyby nigdy nic zostawimy gotówkę, weźmiemy wodę i tak po prostu wyjdziemy? Głupia sprawa. Jeszcze fanatyczni mieszkańcy dzielnicy wyślą za nami list gończy.
- Ile płacimy? - Karol ratuje sytuację.
Postać za ladą podnosi jedną z butelek do oczu. Stuka kciukiem w papierek z ceną, po czym przemawia altem:
- Trzy dwadzieścia. Napisane tu jest.
Rzucam dwie dwuzłotówki, zgarniam butelki i już w drodze do wyjścia rzucam:
- Reszty nie trzeba.


 Bez reszty pochłonęła nas z Karolem rozmowa o filmie, jaki oglądał zeszłej nocy. Akcja działa się wysoko w górach. Grupa wspinaczy podjęła próbę zdobycia dotychczas niezdobytego szczytu. 
  Warunki nie sprzyjały. Huraganowe podmuchy wiatru i szalejąca śnieżyca niemal przekreśliły wyprawę. Mimo wszelkich przeciwności alpiniści stanęli na szczycie. Pech chciał, że podczas schodzenia z góry, jeden z członków ekipy stracił równowagę. Nie zdążył w porę wbić czekana i spadł w kilkusetmetrową szczelinę skalną, gdzie zginął na miejscu. 
  Już miałem pytać Karola o tytuł, lecz zamiast tego w jednej chwili znalazłem się na krawędzi 7- metrowej przepaści. Osłupiony wpatrywałem się w dół, nie mogąc do końca uwierzyć, że to co się dzieje, dzieje się naprawdę.

Zelejowa 4
Dobrze widoczne tzw. żłobki krasowe

  Żaden z nas nie spodziewał się, że dzisiaj wylądujemy tutaj. Gdyby nie telefon do Taty pewnie włóczylibyśmy się gdzieś po lasach, a tak teraz staliśmy nad przepaścią. Bez planu co dalej, pozbawieni elementarnej wiedzy z zakresu wspinaczki skałkowej. Do wyboru mieliśmy dwie opcje. Albo się wycofać, albo zaryzykować i za godzinę, może dwie stanąć na rynku w Chęcinach.

  Przylepieni do skał schodziliśmy. Stopniowo dawkowana adrenalina pobudzała i dodawała odwagi. Ruchy stawały się coraz płynniejsze, a umysł żywszy. Droga na dół przestała wydawać się aż taka trudna, jak przedtem sądziliśmy. Choć przy naszych umiejętnościach (a raczej ich braku) ryzyko oderwania się od skały i spadnięcia potylicą na kamienny blok nadal były spore.
  Po paru minutach okraszonych strachem, sięgnęliśmy dna. W geście zwycięstwa, dumni unieśliśmy ręce. 
 
Zelejowa 6
Karol schodzący granią Zelejowej

   Do końca wędrówki dzielił nas tylko dwukilometrowy odcinek gruntowej drogi. Zarys twierdzy prężył się na horyzoncie. Nie tylko widzieliśmy, że zbliżaliśmy się do Chęcin. Czuliśmy to każdą cząstką siebie. Zewsząd dochodził nas warkot silników, uliczne rozmowy, zapach pistacjowych lodów. Wmieszaliśmy się w tłum przyjezdnych turystów, których nie brakowało. Wraz z nimi zanurzyliśmy się w plątaninę śródmiejskich zaułków. 

  I choć zabudowa miasta przypominała czasy, gdy królowie siedzieli w odciętych od świata fortecach, a na ulicach kwitł handel i słychać było stukot końskich kopyt, to dzisiaj próżno się doszukiwać tej całej średniowiecznej magii. Zastąpił ją sezonowy zgiełk i stragane przepełnione tandetnymi pamiątkami. Z dawnej świetności Chęcin pozostał jedynie wynoszący się ponad miasto zamek, ale i on po tylu wiekach niezdobyty, poddał się komercji. 

Chęciny zamek 2

piątek, 8 lutego 2019

Wycieczka nr 6: DOKĄD NOGI PONIOSĄ, A SZLAK NIE ZAPROWADZI


6.07.2017

Skład: Raku i Ja

Trasa: Baranówek - Pietraszki - Zalesie - G. Patrol - Białogon - Baranówek, ok. 29 km

Nikt nie wiedział, czy wciąż dobrze idziemy, odkąd szlak zniknął przeszło godzinę temu. Szansą na zmianę losu wydało się samotne drzewo, które majaczyło w oddali. Na lepszy punkt orientacyjny w sercu trzcinowisk się nie zanosiło. Z bliska drzewo okazało się martwe, a pień głuchy w środku. Spod płatów oberwanej kory prześwitywał łuszczący się skrawek żółtej farby. Nie mieliśmy innego wyjścia jak mu zaufać i pójść, dokąd wskaże nam drogę. 

Z czasem odnajdywaliśmy kolejne znaki i to w najmniej spodziewanych miejscach. Była to nie lada sztuka wypatrzeć wyblakły żółty trójkąt na koszu na śmieci, albo na tonącym w ciemnościach sklepieniu przepustu kolejowego. Fantazja znakarzy nie znała granic, zaś szlak nic nie robił sobie z mapy, żył własnym życiem. Biegł przez ślepe uliczki, twierdząc, że betonowe ogrodzenie posesji to jedynie wytwór wyobraźni. Drwił ze ścieżek. Wyprowadzał na manowce, po czym beztrosko rozpływał się, a my lądowaliśmy w gąszczu chaszczy po pas. 

Raz tak zapuściliśmy się w nadziei, że tym razem nie skończymy pośrodku niczego i istotnie, żadnych chaszczy nie było, za to odkryliśmy ze zdumieniem, że jeszcze kilometr włóczęgi więcej, a my znajdziemy się w Piekoszowie. Szlaku żółtemu już podziękujemy, nigdy więcej. 

Patrol szczyt 1
Mongoł na Patrolu

  Gdzieś w połowie wędrówki taki obrazek przemyśl. Pustkowie. No może ciut przesadziłem. Rozległa łąka, wzdłuż której przebiega linia kolejowa. Teraz lepiej.
  Słychać ciche bzyczenie. W kieszeni czujesz wibracje. Odruchowo do niej sięgasz i wyjmujesz smartfon. Na wyświetlaczu wyskakuje kontakt nieznany. Mimo to odbierasz i nagle po drugiej stronie słuchawki damski głos. "Dzień dobry, nasza rozmowa jest nagrywana przez operatora sieci..." 
  Korci, by wcisnąć czerwoną słuchawkę. Ale gdzie w tym zabawa? Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy ma się pod ręką prócz telefonu chrypę i pędzący z prędkością ponad 90 km/h pociąg. 

  Telemarketerka kusiła najnowszymi ofertami od przeszło dwóch minut. Dalsze ciągnięcie rozmowy podchodziłoby pod masochizm. Szczęśliwym trafem zdarzyło się, że usłyszałem w dali syrenę kolejową, co podsunęło mi pewien chytry pomysł. Zmyślnie pozwalałem ciągnąć dalej ten reklamowy monolog, jednocześnie wypatrując zbliżającego się pociągu.
  Kiedy ten nadjechał dostatecznie blisko, natychmiast przełączyłem się na tryb głośno mówiący. I tu z grubej rury. Drę się w głos do słuchawki: "Uwaga, leci!" i ze zdartym już gardłem, ciskam telefonem w trawę. Po chwili hałaśliwy turkot przejeżdżającego pociągu dopełnia resztę. Finał akcji okazał się wyjątkowo satysfakcjonujący. Telemarketerka rozłączyła się sama, a podobnych telefonów nie dostaję od ponad 5 lat. 

  Zostańmy jeszcze na chwilkę przy kolejnictwie i przenieśmy pod jeden z przejazdów kolejowych. Było to gdzieś na granicy 24 kilometra. Wtedy, gdy zmęczenie przejmowało kontrolę nad umysłem, z którego nie było większego pożytku. To, co wydarzyło się parę chwil później zdawało się to tylko potwierdzać.

  Opadły czerwono-białe rogatki. Wyczerpane nogi wyciągnęły jeszcze parę kroków, po czym stanęły tuż przed przeszkodą. Nie zatrzymało to jednak naszych zwiotczałych z przemęczenia przedramion, by oparły się o szlaban. Zupełnie jakby był on blatem kuchennego stołu. 
I wtedy znikąd wygrzmiał wrogi, basowy głos:
- Nie opierać się! Zmęczyliście się, czy co?! 
Komenda poskutkowała. Natychmiast oprzytomnieliśmy. Gdy uniosły się rogatki, pognaliśmy przed siebie, w sekundzie zapominając o całym zmęczeniu i o tym, że tuż za plecami zostawiamy budkę rozwścieczonego dróżnika. 

Wycieczka nr 5: WOLNOŚĆ KRYJE SIĘ ZA DRZWIAMI


12.05.2017

Skład: Kędzier i Ja

Trasa: Baranówek - Jagodowa Górka - G. Biesak - Baranówek, ok. 14 km

Szmery na tyłach zagłuszają pisk kredy, która właśnie kreśli na wykres. Ktoś dostał cyrklem. Ktoś inny katapultą z kleju i linijki posłał w tablicę papierowy pocisk. Znudzony bazgram na marginesie karykaturę nauczycielki, myśląc, dokąd by tu prysnąć. Aż męki skraca brzęczący dzwonek. Koniec lekcji! W pędzie zgarniam pod pachę książki i z innymi zbiegam do szatni. 

Szatnię spowijał wieczny półmrok. Winne temu były dwa okna. Na tyle małe, by nikomu nie przyszło wymknąć się na wagary. W porze przerwy podziemiami przelewał się ogłuszający harmider. Głowa puchła od przekrzykujących się nawzajem uczniów. Trzeba było się przepychać, w przeciwnym razie tłum cię poniósł. Chyba, że było się taką panią Irenką, wtedy z drogi usuwał się każdy i w momencie pokorniał widząc zbliżający się pęk pobrzękujących kluczy. Kluczy było ze czterdzieści jak nie więcej, nie do odróżnienia między sobą. Pani Irenka jedna tylko potrafiła się połapać który to który. Zręczne wsunięcie, chrzęst przekręcanego klucza i kłódka puszcza, a my rzucamy się do wieszaków. Każdy chce pierwszy. Jeden potknął się o buty i leżał jak długi, inni zdążyli już po nim przebiec. Sam obijałem się o ściany metalowego boksu i w pośpiechu wepchnąłem wszystko jak leci do plecaka. Worek wylądował w ręce. Ewakuacjaaa! Zostało jeszcze popchać masywne, drewniane drzwi. Nie dało się otworzyć ich bez chrapliwego skrzypnięcia. Taki wbudowany systemem szybkiego ostrzegania przed uciekinierami. I już nie w murach, a na boisku cieszyliśmy się wolnością. 

Worek z butami w środku kołysze się na boki, wyznacza rytm. Do odrabiania lekcji mi nie śpieszno. Zwykle, więc zanim sam wrócę, odprowadzam wszystkich po kolei do domów, a im bardziej nie po drodze, tym lepiej. Lubię włóczyć się pieszo. Jest wtedy tyle okazji do świetnej zabawy. To poskaczę po chodniku unikając linii, to uratuję ślimaki przed rozdeptaniem, to wystraszę gawrony, by podkradać im później orzechy, które upuszczą w locie, a Tata lubi orzechy. Bardzo. 

Nie wiedzieć kiedy chodnik zniknął, znajome drogi przemieniły się w pozarastane ścieżki pełne przewalonych drzew. Trafiliśmy do wnętrza ciemnego lasu. 
- Stary, ty na pewno wiesz gdzie idziemy?
- Pewno.
Byłem przekonujący do tego stopnia, że sam w to uwierzyłem, lecz po znalezieniu się naprzeciw bagna szybko zmieniłem zdanie.

Tak bardzo tematycznie kuklik zwisły

Coś ewidentnie uwierało mnie w bucie. Ale nie przypominałem sobie, by wcześniej coś mi wpadło. Dla pewności jednak sprawdziłem - nic tam nie było, a jak uwierało, tak uwiera nadal. Pewnie zaraz przejdzie, teraz skupmy się na dotarciu do domów. 

Nie przeszło. Nazajutrz kostka podwoiła swoją objętość przeobrażając się w napuchniętą kulę. Wyrosło na niej coś na kształt drugiej sinofioletowej kostki wielkości mandarynki. Domowa diagnoza: zwichnięcie. Ale jak to cały weekend mam leżeć w łóżku? Mamo, ja nie chcę! 

środa, 6 lutego 2019

Wycieczka nr 4: PIEKIELNA ÓSEMKA


II. połowa sierpnia 2016

Skład: Raku i Ja

Trasa: Baranówek - Jagodowa Górka - G. Biesak - G. Kolejowa - Rez. Biesak-Białogon -
G. Kamienna - G. Pierścienica - Baranówek, ok.16 km

Kiedy tylko wracałem z lekcji w tajemnicy przez wszystkimi znikałem w lesie z pędzlem i pudełkiem plakatówek w kieszeni. Miałem dziwaczne jak na czternastolatka marzenie. Tak bardzo chciałem wyznakować własny szlak, że całymi popołudniami malowałem na drzewach, na słupach, słowem gdzie tylko trzymała się farba biało-czerwone kwadraty. Zapominałem wtedy o bożym świecie. O biegaczach, którzy tylko obracali głowy ze zdziwienia, albo rodzinach z dziećmi, które wybrały się na poobiedni spacer i zamiast wytchnienia na łonie natury, dostały małolata ochlapanego czerwoną farbą, który wyglądał jakby właśnie dokonał serii zbrodni w sąsiedztwie. Przynajmniej nie piszczeli jak uciekali.

Swojej nieobecności nie mogłem ukrywać w nieskończoność, toteż pewnego dnia Tata wiedziony ciekawością nakrył moje niecne uczynki i... nie skarcił, lecz zaoferował swoją pomoc w realizacji szaleństwa. Cóż, niedaleko pada jabłko od jabłoni. We cztery ręce to już nie była ta sama robota, co samemu. Uwinęliśmy się z tematem już nazajutrz. Teraz potrzebowałem jedynie śmiałka gotowego zmierzyć się z moim szlakiem.

Raku nie wiedział na co się pisze. Dopiero miał za sobą pierwszą z górek, a przed nim wyrastało kolejne strome podejście. Ja tylko cały w podnieceniu, uśmiechałem się złowieszczo, bo wiedziałem, że pora na atak szczytowy, który wyciśnie z nas siódme poty. Bartek, choć wtoczył się na szczyt zdyszany jak lokomotywa, nie dał po sobie poznać zmęczenia i bez przestoju ruszył w ślad za mną. 

Żadnych niepotrzebnych przerw. Na szczycie łyk wody i dalej w drogę. Najtrudniej jak to tylko możliwe! Góra za górą. Stożek, Jagodowa, Biesak i inne, których nazw nie pamiętam. Jak boli, to trzeba rozchodzić. Brakuje wody? Pij mniej. 

Przystanęliśmy dopiero przed zejściem z Góry Kolejowej. Stromizna była tam taka, że postawiłeś pierwszy krok, a ciało samo nabierało pędu i płynnie przechodziło do biegu. Sru na dół, tylko się kurzyło! Jakiekolwiek zwątpienie równało się skręceniem kostki. Gdy podeszwy nie łapały kontaktu z podłożem, różnie bywało z wyhamowaniem. Ale od czegoś w końcu są drzewa. Zbiegaliśmy więc slalomem od pnia, do pnia. Jeśli tylko szczęście dopisało i wyrobiliśmy się z hamowaniem, wówczas tuliliśmy pień. W przeciwnym razie kończyło się na fest obtłuczonych jajcach.

Połowa trasy stała się faktem. Ta łatwiejsza połowa. I jak tu w takiej chwili miałem powiedzieć Rakowowi, że teraz czeka nas wspinaczka na górę, z której ledwie chwilę temu zbiegaliśmy? No jak?
- Widzisz tą ścieżkę?
- Chyba nie mówisz o tej prawie pionowej ścianie wąwozu rozjeżdżonej przez croosy?
- Z grubsza tam idziemy.

Już od pierwszych chwil mordercze nachylenie stoku powaliło nas na kolana. Wypięta pierś szybko zmieniła się w garb na plecach. Dosłownie, wdrapywaliśmy się na czworaka. Inaczej się nie dało. Desperacko chwytaliśmy się wystających korzeni. Korzenie nierzadko wychodziły z ziemi i zostawały w brudnych dłoniach. Wykończeni, padliśmy plackiem na szczycie. Leżeliśmy odrętwiali, bez życia w sobie.
Organizm odebrał sumę niezrobionych wcześniejszych postojów, z nawiązką. 
Ale to nie wystarczyło. Krok przestał być tak płynny jak przedtem, w ogóle wlekliśmy się niemiłosiernie. Uleciała dawna ekscytacja wspinaczką. Teraz na wieść o kolejnej górze, szliśmy jak na egzekucję, byle mieć to już z głowy. O tak, Kolejowa wyssała z nas ostatki sił.  

- Daleko jeszcze?
- Dalej niż myślisz.
- A teraz?
- Teraz, już nie myślisz. Daj mi spokój. Idziemy. 
I szliśmy, dopóki nie zarządziłem postoju. Nie minęło wiele, gdy dotarło do mnie jaki potworny błąd popełniłem. Bezruch rozleniwił mięśnie. Straciliśmy kontrolę nad nogami, które trzęsły się odtąd jakby były z galarety. Walczyliśmy o każdy krok z terenem, z ciałem i z głową. Pokonanie ostatnich dwóch kilometrów zajęło nam godzinę. W domu czekała na nas mama z obiadem. Wygłodniali rzuciliśmy się na schabowe, lecz od przejedzenia powstrzymały nas drżące ze zmęczenia dłonie, które nie były w stanie nawet utrzymać sztućców. 

Piekielna Ósemka pali we wspomnieniach do dziś ze swoimi niegroźnymi 8 górkami, 16 kilometrami i morderczym tysiącem metrów przewyższenia. Czasem jeszcze przechadzając się po lesie, rozglądam się po drzewach za czerwono-białymi kwadratami z nadzieją, że nie wszystkie rozmył deszcz. 

niedziela, 3 lutego 2019

Wycieczka nr 1: TAK NARODZIŁA SIĘ PRZYGODA...

20.04.2016

Skład: Karol i Ja

Trasa: Baranówek - G. Biesak - Słowik - G. Patrol - Zalesie - Białogon - Baranówek, ok. 17 km

  Uwolnieni od matczynych spojrzeń, oswobodzeni spod troski ojców - poczuliśmy powiew wolności. Niesieni tym dziwnym, podniecającym uczuciem przekroczyliśmy próg domu. I ruszyliśmy. Przed siebie, bez celu. Z duchem przygody.

  Nie minęło wiele, gdy przyjemna droga niespodziewanie się urwała. Na do widzenia zdążyła cmoknąć nas w tyłek i porzucić pośrodku lasu. Z pustym plecakiem i butelką Muszynianki w ręku. 
  Dokąd dalej nie wie nikt. W zasięgu wzroku ni żywej duszy. Bez problemu wypatrzyłbyś sarnę przechadzającą się przez chaszcze, ale o takim człowieku - zapomnij. I to by było na tyle z naszej przygody. Ale chwila... Co to? Naraz gapimy się z Karolem jak urzeczeni w pień jodły z wymalowanym znakiem szlaku. Po chwili decydujemy się zaufać trzem paskom farby, w nadziei, że z ich pomocą zanurzymy się w nowy świat. Świat dotychczas znany jedynie z opowieści.
  Czuliśmy się zupełnie, jak kilkuletnie maluchy zabrane do zoo. Tak jak one patrzyłyby na te wszystkie zwierzęta, których nie potrafią jeszcze nazwać, tak my obracaliśmy dookoła głowy i z ciekawością przyglądaliśmy się nieznanemu. 

  Nogi dawno przekroczyły barierę 5 kilometrów i zdobyły parę solidnych górek. Za sprawą nieplanowanego wysiłku zapasy wody drastycznie się skurczyły. Żaden z nas nie przypuszczał, że z do niedawna pełnej butelki zostanie zaledwie garstka kropli osiadłych na dnie. Priorytetem stało się jak najszybsze odnalezienie sklepu. W lesie to zadanie trudniejsze niż powrót z nocnej włóczęgi po kieleckim Czarnowie, będąc szczęśliwym posiadaczem kompletu zębów. 
  Ku naszej uciesze leśne ścieżki wkrótce zmieniły się w trawiaste pobocze asfaltu. Jak wiadomo gdzie asfalt, tam i cywilizacja. Z kolei gdzie cywilizacja, tam musi być... sklep! 
  Sklep sam nas znalazł. Już od wejścia trącił PRLem. W kącie drewniana beczka kiszonych ogórów, półki doszczętnie wymiecione z produktów. Rzecz jasna poza alkoholem. Mimo to pod ladą znalazła się paczka ciastek i woda dla włóczęgów, którą chętnie przygarnęliśmy. 

  Plątając się po peryferiach miasta, zostawiliśmy w tyle zieloną tabliczkę z napisem  ̶K̶i̶e̶l̶c̶e̶ . Tym samym zawędrowaliśmy dalej od domu niż kiedykolwiek wcześniej. Czemu by więc tak nie pójść jeszcze dalej?
  A dalej pojawił się gwóźdź programu - Trupień. Wraz z nim nadciągnęła stromizna, o jakiej nawet nie śniliśmy. Powaliła nas na kolana, zmuszając do wspinaczki na czworaka. Raz po raz to dyszeliśmy, to sapaliśmy oddechem astmatyka. I w chwili, gdy tak skuleni, purpurowi od zmęczenia i niebosko brudni wpełzaliśmy na szczyt, znikąd wyłoniła się grupka niemożliwie wesołych harcerzy. U każdego równo powiązane sznurowadła glanów, żółte apaszki i te paskudne uśmiechy. "Czuwaj!" krzyczą radośnie. My tylko z Karolem unosimy ciężkie od zmęczenia łby znad ziemi. W przerwie między łapaniem oddechu wykrztuszamy: Czu - waj.... Kosztuje nas to któryś z kolei stan przedzawałowy. 

  Szczytu sięgnęliśmy lżejsi o hektolitry wylanego potu. Herbatniki oblane czekoladą nigdy wcześniej nie smakowały tak dobrze jak wtedy. Zdały egzamin jako zastrzyk cukrowo-energetyczny, który pozwolił stanąć na nowo na nogi. 
  Odpoczynek przebiegał jak przebiegać powinien. Zmordowani siedzieliśmy oparci plecami o pień drzewa. Moją uwagę przykuł wbity w korę niezwykle kuszący drogowskaz. A na nim napis: CHĘCINY 2:30 h. Z uśmiechem rozciągniętym od ucha do ucha, spojrzałem na Karola. Ten w odpowiedzi przecząco pokiwał głową i zerknąwszy na mnie wzrokiem mówiącym, że moje dni zostały policzone, skutecznie zgasił chwilowy zapał. Czas wracać do domu. Najszybszą, choć niekoniecznie  z możliwych dróg.