Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeziora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeziora. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 sierpnia 2022

Wycieczka nr 106: ŁE GORYCZAK!

13.08.2021

Skład: Makumba, Raku i Ja

Trasa: Mniów - Zaborowice - Jezioro Ług - Skalna Górka - Kołomań - Samsonów, ok. 23 km

  Czy pojechaliśmy 20 kilometrów tylko po to, by zobaczyć kamienie, a właściwie to jeden kamień? Całkiem możliwe ;) Lecz kamień był to niezwykły, okrzyknięty najciekawszym polskim znaleziskiem archeologicznym ostatnich dekad. 
  Wyryto na nim dwie postaci: męską oraz żeńską, które w ludowych przekazach uznawano za diabły. Stąd też jego nazwa Diabelski Kamień. Tym tropem poszły pierwsze interpretacje naukowe. Przypuszczano, że pochodził on z okresu późnego średniowiecza i związany był z wierzeniami pogan. 
  Następne teorie niosły za sobą coraz bardziej pokręcone koncepcje. Mówiły między innymi o kulcie neolitycznych rolników. Choć byli i tacy, co doszukiwali się w rytach podobieństwa do bóstwa płodności północnoamerykańskich Indian Hopi, a nawet... starożytnych kosmitów. Do dziś zagadka Diabelskiego Kamienia z Kontrrewersu pozostaje nierozwiązana, nie spędzając snu z powiek badaczom, którzy wciąż próbują wyjaśnić jakie było jego pierwotne przeznaczenie. 
  Z Mniowa wybyliśmy w kierunku Zaborowic, by odwiedzić naszą drewnianą koleżankę.

Diabelski Kamień z Kontrrewersu( takiej miejscowości) w Mniowie. Znalezisko przez ponad 10 lat przeleżało zakopane w ziemi, by ujrzeć światło dzienne i z miejsca stać się światową sensacją

  Nie zapomnieliśmy o niej i zdawało się, że ona o nas także. Jeszcze stała. I to nie tylko we wspomnieniach. Namacalny dowód wznosił się tuż przed nami. Wiatr kołysał i nim, i sosnami, na których to konstruktor pełen wyobraźni zbudował inżynieryjne cudo. 10 metrów drewnianej konstrukcji trzymającej się na paru pordzewiałych gwoździach oraz czterech spróchniałych sosnach robiło niemałe wrażenie. Konstrukcji tak masywnej, że z oddali wyglądała jak domek na drzewie. Na co komu takie monstrum w środku lasu, trudno wyjaśnić. 
  Tymczasem nie zwlekając ani sekundy dłużej na rozmyślania, wdrapaliśmy się na pierwszy z drewnianych szczebli. Ten wpierw zatrzeszczał, ugiął się sprężyście pod naporem stóp, lecz w konsekwencji nie pękł. Wytrzymał ciężar ciekawych świata nastolatków, co ośmieliło nas na tyle, aby wdrapać się pojedynczo po samą górę.


 Obawy budziło to, czy włażenie na taką prowizorkę, i to w trakcie tak wietrznej pogody, jest rozsądnym pomysłem. Oczywiście, że nie było. Bardziej niż realne wydawało się, że jeśli nadejdzie wystarczająco silny podmuch, to zdmuchnie nas z całą amboną, po czym wylądujemy 10 metrów niżej przygnieceni stertą starych belek. Wersja optymistyczna zakładała, że skończy się na złamaniach. Mniej sielankowa, że upadek skończy wszystko.
 Wiatr jednak okazał się łaskawy. Pozwolił zapuścić żurawia przez okienko ambony, ujrzeć jak pobliskie jezioro dzielnie walczy z suszą, a następnie bezpiecznie zejść. Z bliska jezioro prezentowało się wybornie. Połyskująca srebrzyście w słońcu tafla kontrastowała ze wszechobecnym różem dopiero co rozkwitłych wrzosów. A do tego mnóstwo niezwykle urodziwej przygiełki.



  Reklamówki zabrane. Chęci też są, a i zapał nie zdążył ostygnąć. Grzybobranie czas więc zacząć. Spojrzenia śledzą podszyt, dłonie rozchylają płożące krzewy. Buszujemy. Coś w dali błysło jakby brązowym kapeluszem. Może borowik. Wypada sprawdzić, w końcu okazja może się więcej nie powtórzyć. Niestety to tylko łudząco podobny liść. A to co tym razem? Eh, znowu daliśmy się nabrać. I znowu. Nozdrza co rusz rozchylają się w poszukiwaniu grzybowego zapachu. Zamiast niego wsysają tylko parne powietrze. 
  Kiedy wszystko wskazuje na to, że będziemy musieli obejść się smakiem i wrócić do domu z niczym, zauważam, że coś wystaje pośród traw. Nie opuszcza mnie myśl, że pewnie to kolejny liść, jednak gdy podchodzę bliżej jest już pewne - znalazłem grzyba. Jest już móóój. Wygląda jak borowik, ale i zarazem nie wygląda. Dziwny jakiś taki. Spoglądam na chłopaków i głosem mędrca wspominam, że uczono mnie, że, aby mieć pewność, czy grzyb jest trujący, czy też nie, należy odgryźć jego niewielki kawałek. Jeśli będzie palić znaczy, że lepiej go zostawić. Ah, te nawyki po szkole leśnej...
  Chaps. Grzyb stracił fragment kapelusza. Przystąpiłem do mamlania. Zdołałem tylko wykrzyknąć "łe goryczak!" i jak mnie w jednej chwili zaczęło palić, tak histerycznie począłem pluć tym grzybem dookoła jak z kalashnikowa. Cud, że nikogo nie trafiłem. Paliło potwornie. Przełyk zdawał się parzyć. Język  zdrętwiał, zmieniając się w spękaną ziemię pustyni, która potrzebowała jak najszybciej choć kropli deszczu. Plułem na potęgę, a w przerwach od plucia, płukałem usta wodą, lecz za nic w świecie jeszcze przez najbliższe dziesięć minut, nie byłem w stanie pozbyć się tego gorzkiego smaku. 
  Pamiętajcie nie róbcie nigdy podobnych rzeczy w domu, ani poza nim, zwłaszcza jak znajdziecie jakiegoś grzyba co ma kropki.

Foto: Raku

Foto: Raku

  Im w dziksze knieje się zapuszczaliśmy, tym robiło się ciekawiej. I tak nieświadomi, dokąd tak naprawdę idziemy, wyleźliśmy na ciąg śródleśnych mokradeł. Już z samej definicji powinniśmy się domyślić, czego mamy się spodziewać. Tyle, że mokradłom wizualnie było bliżej do zwyczajnego lasu. No może nazbyt mszystego.
  Zastanawiałem się skąd nade mną zebrały się te chmary owadów. Wystarczyło, że zerknąłem na prawego buta, a wszystko stało się jasne. Buta właściwie już nie było. Jego miejsce zastąpiła ociekająca mułem skarpeta. Samego zaś buta ku niepojętej uciesze pozostałych, którzy w przerwach od śmiechu łapali równowagę; z sukcesem pożerało torfowisko. 
  Tylko mi nie było do śmiechu. Skacząc na jednej nodze starałem się wyłowić zgubę. Misja ocierała się o skrajnie niemożliwą. W ruch poszedł długi kij. Pierwszy - spróchniały złamał się jeszcze na etapie poszukiwań. Drugi dawał większe nadzieję na powodzenie misji. Makumba zdołał wsunąć go do środka buta, lecz na niewiele się to zdało, wszak buta już wessało potężnie. Gwałtowne szarpnięcie również nie pomogło. But tkwił nadal tam, gdzie przedtem, tylko widać go było coraz mniej. Brak sznurówek dodatkowo utrudniał sprawę. 
  Podejście nr 2 - ani drgnie. Słychać za to odgłos zasysania. Bagno wciąga. Ponad czarną warstwę błota wystaje już tylko czubek buta. Bucie wracaj! 
  Upłynęło raptem minut cztery, gdy usta Makumba napięły się w uśmiech, odsłaniając przy okazji rząd śnieżnych zębów. W ubłoconej dłoni dzierżył on buta, z którego wylewała się woda. Gdybym nie wiedział, że to but, pomyliłbym go z wrakiem zatopionego okrętu, owiniętego w glony i inne wodorosty. Dodajmy tylko, że wycieczka na mokradłach się nie kończyła. Ba, one wyznaczały dopiero połowę trasy. Drugą musiałem pokonać o jednym bucie lub... Pozostawało jeszcze jedno, dosyć odważne rozwiązanie. Ale to byłoby skrajnie głupie. Chyba już wolałbym założyć to coś z powrotem na stopę.
 Mimo, iż pomyślałem jedno, zrobiłem co innego.

Przyczynowo-skutkowe migawki z akcji ratunkowej
 Foto: Każdy po trochu
Jakość: brak

  Dalej szedłem niczym uboga wersja nimfy błotnej, którą odziano w skarpety lub jak kto woli niedoszły topielec. Oczywiście las zadbał, by przypadkiem nie było mi za wygodnie. Nieustannie podstawiał mi najróżniejsze przeszkody w postaci biorących się znikąd dołów, w jakich spokojnie zmieściłbym się z nawiązką cały, przez strumyki, które musiałem posłusznie przeskakiwać, po ściółkę wchodzącą za skarpety i kłującą przy tym na kształt dziesiątek szpileczek. Trwało to do postoju. Wtedy też przekonałem się do butów i po wcześniejszym owinięciu względnie suchych skarpet foliowymi workami, obuwie na nowo wylądowało na mych stopach. 
  Nie pamiętam, kiedy tak cieszyłem się z upału. Działał na kształt ogromnej suszarki. W rezultacie but wysechł o wiele szybciej, niż zakładałem.

Foto: Raku


  Jak zapewniały zdobyczne mapy lada moment miały pojawić się porządne wychodnie skalne. Skończyło się kłamstwem większym, niż nadwyżka planowanego kilometrażu. Obiecujące skały okazały się wypierdkami nieprzekraczającymi niebotycznych 60 cm wysokości. Toż to trudno głazem nazwać. 
  Trzy pozostałe lokalizacje również zawiodły, stawiając nas w niezręcznej sytuacji, w której to nie ma czemu robić zdjęć. Ostatni promyk nadziei tlił się w jeszcze w jednym miejscu. Tlił się, tlił, a gdy dotarliśmy do celu i zostaliśmy same chaszcze - zdechł. Klapa po całości. 
  Beznadziejna sytuacja nie uległa poprawie w trakcie następnych dziesięciu kilometrów. Sama nawigacja zaczęła z nas drwić. Ścieżka w niej porządna, a w terenie gąszcze nieprzebyte i błota. A iść trzeba, tak więc brniemy, przedzieramy się. Nagrody żadnej. Załamany tym, gdzie się podziały te wszystkie atrakcje, udałem się obczaić nieodległe źródełko. 
  Droga do niego trudna, wymaga podążania na azymut przez krzaki dobry kwadrans w jedną stronę. W nagrodę dostaje ja ci widok zastanej, śmierdzącej wody, a źródło przypomina studzienkę. To co może by tak jeszcze dorzucić nam na dokładkę komary? Pewnie, bierzemy w ciemno. Mamy serdecznie dość. Chcemy się stąd wydostać, ale nie tak prędko, las nie powiedział bowiem ostatniego słowa.




  Trochę trwało nim wydarliśmy się z objęć dziczy. Wkrótce mieliśmy się przekonać, że tylko po to, by przekroczyć rzekę w bród. W efekcie buty przemokły na nowo. Z tą różnicą, że teraz już oba. Jeśli myślicie, że na tym się skończyło, to muszę Was zasmucić. Po rzece wbiliśmy się w pokrzywowe zasieki. Ręce opadają, ale w tym przypadku musiały unieść się wysoko w górę. Z piersią wypiętą do przodu napieramy, nie zważając na bąble wyskakujące na skórze. W międzyczasie dowiaduje się, że łupiny słonecznika sprawdzają się jako przekąska równie dobrze co same nasiona. Zdumione tym faktem kupki smakowe, wraz z żołądkiem (o dziwo) nie protestują, w przeciwieństwie do spojrzeń Bartka i Makumby pełnych obrzydzenia i troski nad głupotą kolegi zarazem. 


  Oblepieni liśćmi, pajęczynami i przysychającym błotem, a ponadto z ranami kłutymi, szarpanymi, bąblami wielkości guguł, docieramy pod ruiny. Widok nas przywodził na myśl rycerzy po stoczonej, lecz przegranej bitwie. Miało być owocne grzybobranie. Wyszło jak ze skałkami. Brak choćby jednego małego borowika. Co ja mówię, choćby wątłej kurki. Nic. 
  Lecz prawdziwy koniec tej opowieści ma miejsce dopiero cztery dni później... 




  Prawdę mówiąc gdyby nie strumień rzęsistego deszczu lecący z zachmuranego nieba, to nie byłoby o czym pisać. 
  Czekaliśmy właśnie na kieleckim spodku, kiedy się rozpadało. O żadnej wycieczce nie było mowy. Podczas, gdy przez huragan myśli przewijało się to jedno, zakazane słowo "odwrót", Makumba wpadł na pomysł grzybobrania. Jako, że żadne z nas nie było przygotowane na takowy spontan, zabraliśmy się za kompletowanie czegoś, w co moglibyśmy upchać potencjalne znaleziska. Po wybałuszeniu zawartości plecaków, doszliśmy do wniosku, że dwa pokrowce przeciwdeszczowe, to niewiele. Wtedy to dostrzegliśmy neonowy napis Społem. Jakby się do nas uśmiechał i mówił: odwiedź mnie! 
  Zakupów dokonaliśmy dziwacznych. Przechadzaliśmy się alejkami, wybieraliśmy, przeglądaliśmy, by koniec końców wyłożyć na taśmę kasy lnianą siatkę, reklamówkę sponsorowaną logiem sklepu i garść zrywek. Kasjerka nie kryjąc zdziwienia wybałuszyła oczy i spytała, czy to wszystko. W odpowiedzi usłyszała chóralne owszem.
   Kilka godzin później wyglądało następująco. Autobus, błądzenie po lesie, szukanie grzybów i tych, którzy się zgubili. Znalezisk brak. Inny las i powtórka z rozrywki. Mójczy mówimy do widzenia. Szczęścia szukamy w niestachowskich lasach. Te obdarowują nas do tego stopnia hojnie, że kupione reklamówki ledwo wystarczają na upakowanie połowy zbiorów. Teraz rodzi się pytanie, co my zrobimy z taką ilością grzybów. 
  Wówczas do gry wchodzi Makumba, a ściślej jego lniana bluza. 
- Czekaj coś wymyślę - mówi. Myślę nad czymś, no. Myślisz, że wymyślenie czegoś takiego jest proste? - tu zapada chwila ciszy - Chociaż czekaj ja coś wymyślę. Myślałem jakoś, ale nie mogę nic takiego wymyślić... Mam!
Rozłożona bluza w jednej sekundzie wylądowała na ziemi. Wysypaliśmy na nią grzyby. Makumba lewą dłonią złapał oba rękawy bluzy, prawą zaś sięgnął do kieszeni spodni. Dźwięk rozrywanej taśmy izolacyjnej. Od teraz rękawy robiły za pasek nośny. W dalszej kolejności Makumba skrupulatnie zapiął guziczek po guziczku. Przenośna torba na grzyby zdaje się być gotowa. Pomysł wart zapamiętania na przyszłość. Zostaje jedynie sprawdzić, czy wytrzyma. Makumba podnosi torbę własnej produkcji. Następuje chwila prawdy. 
- Yyy nie uniosę tego - stwierdza. W jego głosie słychać niebywałą pewność. - Zrobiłem tą torbę z bluzy, więc nie narzekaj na jej komfort. Ewentualnie jego brak. Jest dobra? - pyta Bartka.
- Jest brak - odpowiada tamten.

Do Niestachowa zostało ponad 2 km. Torba ciążyła jak wór ziemniaków.
- Przecież jakby ktoś nas na tym szlaku spotkał, to jak jakiś psychopatów. Niosą kurdę koszulę z grzybami na kiju, jeszcze "Szklanek" słuchają - puentuje Raku.

Grzybowe łowy

Myśliwi ze zdobyczą

czwartek, 19 sierpnia 2021

Wycieczka nr 92: POJEZIERZE ŚWIĘTOKRZYSKIE CZ.3

 17.04.2021

Skład: Kamila, Locht, Brajan, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Ludynia PKP - Niwiska Gruszczyńskie - Gruszczyn - G. Święty Michał - Nowa Huta -Torfowisko Wielki Ług - Żurawski Ług - Kłm. Dybkowa - Gnieździska - Wrzosówka - Małogoszcz PKP, ok. 22 km


   Ścieżka wspinała się łagodnie na zalesione wzgórze, a my wraz nią. Po wieczornych opadach zdążyła zamienić się w błotnistą breję. Przesiąknięta ziemia wraz z wodą spływała wąskimi strużkami w dół stoku. Z igieł zwisały ciężkie krople deszczu. Tak ciężkie, że po chwili spadały. Wilgoć przepełniała powietrze. Była odczuwalna w każdym oddechu. Oblepiała.
  Zza ściany drzew wyglądała ku nam równina pól. Biła swą węglistą czernią, która wyraźnie oddzielała się na tle jasnego horyzontu. 


  Naszym poczynaniom przyglądało się niewielkie stado saren z dwoma kozłami na czele. W dniu takim jak ten, zwierzęta czuły się swobodniej. Mniej obawiały się potencjalnych zagrożeń, dzięki czemu dało się podejść do nich bliżej. Skradaliśmy się po cichu, unikając gwałtownych ruchów. Łby ze spiczastymi uszami co jakiś czas odrywały się od jedzenia, by się rozejrzeć po okolicy. Wtedy zatrzymywaliśmy się w miejscu. Przypominało to zabawę w raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy.

Leśny system wczesnego ostrzegania

  Parę minut później staliśmy przy ruinach. Schowane w środku lasu, miały w sobie coś mistycznego. Sama ich historia również skrywa wiele sekretów. Wciąż nie jest znane przeznaczenie, czy fundator obiektu. Po tym, co się zachowało można przypuszczać, że niegdyś był to kościół. Być może obronny. Niektóre informacje mówią, że został przekształcony w zbiór ariański. I to jeszcze w XVI w, czyli w prawdopodobnych początkach swojego istnienia. 
 
Jeszcze przed II wojną światową ruiny posiadały wysoką frontową ścianę. Zniszczyli ją Niemcy, wykorzystując pozyskany z niej materiał do utwardzenia dróg

  Pod zadaszeniem pobliskiej wiaty zostawiliśmy plecaki i trochę lżejsi udaliśmy się zgłębiać tajemnice ruin. W środku zastaliśmy mnóstwo dewocjonaliów. Od różańców i figurek świętych utkanych w dziury muru, po wyblakłe już obrazy, a nawet dywanik z podobizną papieża. Główną uwagę przyciągał wyglądający na zupełnie nowy ołtarz. Raz do roku, a dokładniej w dzień wrześniowych imienin Michała odprawiana jest przy nim msza. Zjeżdżają się wtedy mieszkańcy okolicznych wsi, by następnie po uroczystościach wspólnie świętować na odpuście.



   Ruiny powoli opanowuje roślinność. Wysokie na kilkanaście metrów sosny okrywają je kołderką chroniącą od wiatru. Trawy przerastają ściany, resztki murów pokryte są plechami krzaczkowatych porostów. A podobno jeszcze sto lat temu na wzgórzu nie rosło ani jedno drzewo. "Kościół" widać było wtedy z Chęcin. Dzisiaj stojąc w tym miejscu ciężko w to uwierzyć.

Foto: Raku

Miniaturowe ogrody

Punkt widzenia

   Krótko po rozdzieleniu się, stanęliśmy na szczycie niewielkiego wzgórza. Rosły tu żółte kobierce pierwiosnków. Z góry widać było niewiele, głównie za sprawą paskudnej mgły. Musieliśmy zadowolić się panoramą ciągu pobliskich domów, w stronę których zmierzaliśmy. Asfalt pojawił się za zakrętem, tam też czekali pozostali. 

Wychodnie szarych wapieni wypatrzone wśród przydrożnych krzaków. Tworzyły niewielką grzędę na długości kilkudziesięciu metrów

Być może w pobliżu niegdyś działał lokalny kamieniołom, a wydobywany kamień posłużył do budowy okolicznych domów.

  Następny kilometr prowadził przez wieś. Swojski klimat utrzymywał się na każdym kroku. Za rozpadającymi się płotami biegały nakrapiane perliczki, kaczki i gdaczące kury. Na jednym z podwórek dostrzegliśmy nawet woliery z ozdobnymi gatunkami bażantów. Wkraczając na ścieżkę wiodącą podmokłymi łąkami, głosy domowych ptaków umilkły. Nad naszymi głowami pojawiła się parka polujących myszołowów, wydająca charakterystyczne piskliwe tony. Chwilę potem z traw z turkotem wystrzeliły przestraszone bażanty. Im bliżej ściany lasu, tym okolica ożywała coraz silniej.



   Pod koniec okresu zlodowaceń północnopolskich osady w postaci lotnych piasków były przewiewane z miejsca na miejsca, aż napotykały większą przeszkodę, gdzie się gromadziły. Tak z czasem powstawały wydmy. Większość z nich porosły już bory sosnowe. Przykryły dywany białych chrobotków i wrzosy. 
   Szerokie drogi stopniowo znikały. Prześwitów między drzewami również ubywało. Zastępowały je wąskie ścieżki i pasy coraz większych chaszczy. W dotychczasowych, niemal suchych rowach melioracyjnych stała woda. A zamiast kolejnych sosen pokazywały się coraz to większe olsze i wierzby. Był to wyraźny znak, że zbliżamy się do torfowisk, że jesteśmy naprawdę blisko.

Foto: Raku

Tunel

  Tutejsze torfowiska przejściowe obejmują obszar ok. 17 ha. Składają się z dwóch kompleksów oddzielonych od siebie lasem: Wielkiego Ługu i znacznie mniejszego - Białego Ługu. Ługiem dawniej określano wszelkie podmokłości, stąd te nazwy. Od zamierzchłych czasów miejsca te służyły mieszkańcom do pozyskiwania torfu opałowego i służą nadal, tyle że na znacznie mniejszą skalę.

Foto: Raku

Wielki Ług

  Pierwsze metry dało się znieść. Sprężyste kępy situ i innych traw wystarczały. Niedługo potem i one przestały wystarczać. Wody przybyło, jej poziom się podwyższył i rozlewała się już wszędzie. Ratowaliśmy się jak mogliśmy. Skakaliśmy na niewielkie wysepki z żurawiną i karłowatymi sosnami. Bugli na prędce owinął swoje skórzane opinacze znalezionymi w plecaku reklamówkami. Jedynie Locht był na wygranej pozycji w swych nieprzemakalnych kaloszach. 
  Z czasem woda zaczęła wlewać się do środka butów, zatapiając ich wnętrze jak dziurawy pokład okrętu. Przestało już komukolwiek zależeć na unikaniu większych podmokłości. Brnęliśmy przed siebie, nie patrząc nawet pod nogi, z myślą, by jak najszybciej się stąd wydostać. 
 
- Kuba, ale po co tu jesteśmy? - wystrzelił nagle Brajan.
Wkoło rozległ się wybuch śmiechu. Uśmiech pojawił się u wszystkich i został jeszcze na długo, bo tak właściwie nikt nie znał odpowiedzi na to pytanie. 
  Zbliżaliśmy się do największego bajora. Nogi zadzieraliśmy już bardzo wysoko. Zaczęło się zasysanie. Wciągało przy większym ruchu. Wilgoć chłonęła, torfowisko ożyło i na nowo pożerało nasze buty. Drugi brzeg był już coraz bliżej. Pierwsi dostali się na niego Raku z Lochtem. Wkrótce dołączyli pozostali. Myśleliśmy, że za ścianą przybrzeżnych zarośli znajduje się już droga. Torfowisko jednak nie miało zamiaru nas tak szybko wypuścić.  

Foto: Raku

Ogromna kałuża 

  Zamiast drogi pojawiły kanały, którymi woda uchodziła do sąsiedniego Białego Ługu. Na szczęście dla nas na tyle wąskie, że dało się pokonać je oddając solidny skok. Poważny problem pojawił się wówczas, gdy ujrzeliśmy przed sobą rozlewiska i przepływającą środkiem rzeczkę. Przez całą jej szerokość przerzucono pniak. W całości pozbawiony kory, przez co wydawał się niesamowicie śliski i taki też był. Obaliły go zapewne tutejsze bobry. Przy okazji mogły jeszcze zmajstrować jakąś poręcz. A tak sami musieliśmy zadbać o to, by przedostać się w miarę bezpiecznie. 
  W krzakach odszukaliśmy dwa patyki. Stawiając stopy jedna za drugą, wykonywaliśmy powolny ruch do przodu. Z każdym krokiem, ręka trzymająca patyk wbijała go w muliste dno. Czynność tą powtarzaliśmy dopóki nie doczłapaliśmy na brzeg. 
  Znajdowaliśmy się na nim już wszyscy prócz Brajana, który stał przy końcu kłody. Nagle zaczął tracić równowagę. Widząc to ruszyłem z pomocną dłonią. Chwyciłem go mocno i pociągnąłem do siebie. Jednocześnie sam się zachwiałem i  po chwili obaj wylądowaliśmy zanurzeni po łydki w wodzie.

  Za ścianą zarośli pojawiła się kolejna, a za kolejną następna i tak do momentu, gdy władzy nad okolicą nie przejęły ostrężyny. Wystające kolce chwytały i raniły. Krzywiąc się z bólu w końcu wydostaliśmy się na drogę. Teraz miało być tylko przyjemnie. 

Trudy przeprawy. Nikt nie mówił, że będzie łatwo

Foto: Raku

  W dali pobłyskiwała już tafla jeziora. Opięte rękawy przylegały do przepoconych kurtek przeciwdeszczowych. Z przesiąkniętych butów co jakiś czas wypływały resztki wody. Czasem nawet wydostawały się bańki powietrza. Byliśmy zmarznięci, przemoczeni i trochę źli. Z utęsknieniem wypatrywaliśmy miejsca, gdzie dałoby się rozpalić ognisko. 

Unoszące się na wodzie niczym malutkie wysepki płaty torfowisk

Foto: Raku

Jezioro Żurawski Ług

  Dmuchaliśmy z całych sił, podsycając tlący się żar. Płomień rósł w oczach, choć wciąż był niewielki. Ledwo strawił papierową podpałkę. Dorzucaliśmy do niego oszczędnie. Suchego drewna mieliśmy tyle, ile udało mi się upchać do plecaka przed wyjściem z domu. Wystarczyło go na jakieś góra 20 minut. Te leżące w lesie było zbyt wilgotne i zgnite, by nadało się na opał. 
  Kiedy płomień był już dostatecznie wysoki, usiedliśmy wkoło. Pochylając się nad ogniskiem, wyciągnęliśmy zziębnięte dłonie. Na patykach piekła się kiełbasa podzielona w akcie prometeizmu na sześć równych kawałków. Zrobiło się przyjemnie ciepło. Bardzo przyjemnie.
  Ognisko powoli przygasało, aż zgasło ostatecznie. Dla pewności popiół zalaliśmy wodą, a następnie przysypaliśmy jeszcze ziemią i ruszyliśmy na ostatnią prostą.

Foto: Raku

Na dalszym planie żuraw spacerujący z czaplą białą

   W zależności od poziomu wody powierzchnia jeziora waha się od 7 do nawet 20 ha. Głębokość dochodzi do 1,5 m, co czyni go najgłębszym na całym Pojezierzu Świętokrzyskim. Miejsce to jest przede wszystkim ostoją dla wielu rzadkich gatunków wodno-błotnych; głównie ptaków. W okolicy gniazdują bociany czarne, czaple i żurawie. Do niedawna widywano również cietrzewie. 



   Torfowiska udało się obejść. I dobrze, bo nikt po tym wszystkim nie miał zamiaru znowu wylewać wody z butów, które dopiero co zdążyły trochę obeschnąć przy ognisku. Skarpety przynajmniej częściowo też wydawały się być suche i nic nie wskazywało na to, by miało się to zmienić. Przynajmniej na razie. 
  Po wyjściu z lasu, byliśmy już w Gnieździskach. Stąd asfalt ciągnął się aż do samej stacji, mijając po drodze licznie ulokowane wzdłuż drogi kamieniołomy. Przemysł wydobywczy kwitł tu w najlepsze, choć lata świetności dawno ma za sobą. 
  Gnieździska to dawna wieś królewska. Swą nazwę wzięła prawdopodobnie od słowa wskazującego na miejsce obfitujące w gniazda ptaków, których rzeczywiście jest tu sporo. Przekonaliśmy się o tym niecały kilometr dalej. Tuż przed bramą wjazdową, na chodniku siedział mały dzwoniec. Zaciekawieni podeszliśmy bliżej, by mu się lepiej przyjrzeć. Nie uciekał, nawet gdy się nad nim pochyliliśmy. Wyglądał na wyczerpanego. Być może uciekał przed jakimś drapieżnikiem i teraz chciał chwilę odpocząć, by powrócić zregenerowanym do lotu.

Foto: Bugli

Pierzasty malec

  Za ogrodzeniem jednego z domów zbudowanych z szarych pustaków, skręciliśmy w lewo, gdzie swój początek miała biała, żwirowa droga. Zaprowadziła nas wprost na krawędź wyrobiska. Kilka metrów pod nami znajdował się niższy poziom. By się tam dostać, zeszliśmy po skalnym cyplu. Wąska ścieżka biegnąca grzbietem, gwałtownie opadła. W dół posypał się deszcz kamieni. Wraz z nimi zsunąłem się lekko w dół. Zaraz po tym, gdy pojawiły się wystające fragmenty skały, zrobiło się stabilniej. Wreszcie dało się czegoś złapać. Potem było tylko łatwiej i łatwiej, aż ostatecznie znaleźliśmy się na dole.



  Odsłaniały się tu wapienie, margle i krzemienie jurajskie. Skrywały bogate skamieniałości fauny dawnego morza, które niegdyś zalewało pobliskie tereny. Przy odrobinie szczęścia można natknąć się na gąbki, szczątki ramienionogów, czy znane wszystkim amonity. Licząc na to, że i nam uda się odnaleźć coś ciekawego, zabraliśmy się do poszukiwań. W ruch poszedł młotek o drewnianym stylu, który przy mocniejszym uderzeniu ciągle wypadał. Taka cecha wyróżniająca go spośród innych, wyglądających podobnie młotków. Rozłupywaliśmy ogromne głazy, na mniejsze kawałki, które mogliśmy spokojnie zmieścić upchać do plecaków. Musieliśmy jedynie uważać, by nie naruszyć samych skamieniałości i nieustannie kontrolować czas, dzielący nas do pociągu. Stale go ubywało i by nie dopuścić do sytuacji, w której musielibyśmy biec, kwadrans później udaliśmy się w kierunku Małogoszczy.
   
Rostrum belemnita (przedstawiciela rzędu wymarłych głowonogów)

Foto: Locht

Poziome warstwowanie wapieni uformowane pod wpływem prądów dennych

   Nieplanowane skróty okazały się niepotrzebne. Przyjemna łąka w jednej chwili zmieniła się w podmokłą i buty na nowo wypełniły się wodą. Kto mógłby się tego spodziewać stojąc przed szerokim pasem trawy. Wyglądał zupełnie zwyczajnie. 
  Aż do stacji towarzyszył nam głośny chlupot wody połączony z mlaskaniem. 

Dawno nie używany Ził strzegący wejścia do czynnej kopalni Lipkowa Góra