Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Waśniów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Waśniów. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 sierpnia 2022

Wycieczka nr 105: PO DRUGIEJ STRONIE TĘCZY

3.08.2021

Skład: Marysia, Kamila, Brajan, Raku i Ja

Trasa: Czajęcice - Rez. Wąwóz w Skałach - Stara Słupia - Nowa Słupia - Łysa Góra - OOŚ "Święty Krzyż" - Huta Szklana - Bartoszowiny, ok. 23 km

  Przyjemnie było wrócić i znów móc wędrować ścieżkami bliskimi sercu, a tam, gdzie ich zabrakło wydeptać własne. Posmakować pierwszych w sezonie jeżyn zerwanych prosto z krzaczka. Zaciągnąć się zapachem lata, zasłuchać w znajomych melodiach, czy wreszcie zobaczyć co słychać u ducha puszczy. O tak, przyjemnie było wrócić.

 Powietrze miało intensywny posmak kamfory zmieszanej z garścią ziół. Przyjęliśmy pozycję narciarza, który właśnie wchodzi w niebezpieczny zakręt i w niej też przemierzaliśmy murawę kserotermiczną. Roiło się tu od barwnych kwiatów, owadów brzęczących za uszami. Jedynym na brak czego mogliśmy narzekać, była sama ścieżka. Szliśmy czymś przypominającym trawiastą zjeżdżalnię. I jak to zjeżdżalnie mają w zwyczaju - dokładają wszelkich starań, by ci, którzy się na nich znaleźli, mogli do woli się poślizgać. To nietrudne. Wystarczy tylko się odepchnąć...

W rezerwacie Wąwóz w Skałach

Stok jednej z muraw

  Mało brakło i ja bym zjechał. Szczęśliwie w porę chwyciłem wystającą skałę. Na dno wąwozu stoczył się jedynie zdarty płat mchu. Skarpa przysporzyła trudności również reszcie grupy. Odtąd rozciągnęła się ona w sznurek ślizgających się postaci.
  Pokonawszy skarpę, wdrapaliśmy się na wierzchołek hałdy. Stąd otwierał się widok na czynny kamieniołom w pełnej okazałości. Dziura zdążyła się wyraźnie powiększyć od naszej ostatniej wizyty. I nie ma się co dziwić. Bo choć minęły trzy lata, to zdaje się, że od tego czasu koparki pracują nieprzerwanie. Wkrótce jednak ma się to zmienić. Materiał skalny jest już bowiem na wyczerpaniu. I tu pojawia się promyk nadziei dla pobliskiego rezerwatu. Kiedy kopalnia zakończy wydobycie, ma on zostać powiększony o obszar dawnego wyrobiska - uczciwie. 
  Niestety nie wszystkie miejsca mają tyle szczęścia.  

Kamieniołom Skały

  Z lewej kłaniały nam się zalesione stoki Łysogór, z prawej ograniczały połacie pól płaskie jak blat stołu, z kolei pośrodku nich wetknięta była nitka asfaltu, którą zdążaliśmy do Nowej Słupi. Miejskie sklepy musiały przygotować się na nacierający w ich stronę szturm czwórki strapionych, a co gorsze, wygłodniałych turystów. Rzecz jasna tymi głodomorami nie był kto inny, jak my sami. 
  Drżyjcie sklepowe półki!
  Ledwo godzinę później, lżejsi o zawartość portfeli, za to bogatsi o przyciężkie brzuchy, człapaliśmy prowadzeni niebieskimi znakami szlaku. Wtedy to właśnie, tuż obok nas przystanął meleks. Ot biały, śmieszny samochodzik elektryczny. Ku nam wyjrzała twarz kierowcy. Okularnik uśmiechnął się, po czym do nas zagadał. Myśląc, że rybki, chwyciły przynętę, przeszedł do konkretów. Tym oto sposobem otrzymaliśmy jedną z najbardziej niedorzecznych ofert, jakie było dane nam usłyszeć.
- Podwiozę Was na Święty Krzyż - zaczął. - Pojedziemy naokoło i... wyjdzie drożej niż za bilet do parku. Wsiadacie? 
Mistrz marketingu, pomyślałem. Nie wiem, co wy byście zrobili na naszym miejscu, ale my odpowiedzieliśmy mu salwą śmiechu. Meleks odjechał. Widocznie musiał uznać nas za uciekinierów z jakiegoś psychiatryka. 
  Niedługo potem napłynął moment dziwnej refleksji. Jak źle musieliśmy wyglądać po wizycie w sklepie, skoro uznano nas za, pożal się Boże, niedzielnych turystów? W następnej kolejności ogarnęła nas seria wyrzutów sumienia, że postąpiliśmy ciut niegrzecznie tak się śmiejąc. Chcąc naprawić błąd, obróciliśmy się za siebie. A tam, w odległości nie większej jak sto metrów od nas, na nowo ujrzeliśmy zdeterminowanego meleksiarza, który niczym kameleon na muchę, czyhał na przyszłe ofiary. 


 Minęliśmy kasy biletowe i tak wkroczyliśmy na obszar parku. Do pokonania zostało jeszcze wiele schodków, ale po Pieninach były one ledwie rozgrzewką. W drodze na szczyt na moment odbyliśmy jeszcze w bok, z zamiarem sprawdzenia co słychać u ducha puszczy. 
  Wybieraliśmy się do niego od dawna, ale zawsze było jakoś nie po drodze, brakowało czasu. Znacie to. A gdy ów czas odnalazł się w parze z drogą, to... No właśnie. Spóźniliśmy się z naszą wizytą o dobre dwa lata, kiedy to staruszek jeszcze zipał. Mowa oczywiście o najstarszym drzewie parku - buku Jagiełły. Sędziwe drzewo przeżywszy 400 lat, któregoś dnia zwyczajnie przegrało z czasem, po czym padło. Na swój sposób niewiele się zmieniło prócz tego, że przestało rosnąć. Za życia było domem, kryjówką dla wszelakich stworzeń. Od ptaków, przez gryzonie, na nietoperzach kończąc. Teraz rozpoczęło swoje drugie życie, nadal będąc schronieniem, choć głównie dla bezkręgowców, ale i pokarmem, z którego czerpać będzie cały puszczański ekosystem.
  Jak widać nie ma co zwlekać z odwiedzinami...
  Im bliżej Łyśca, tym tłumy pęczniały. Wręcz się od nich roiło. Ocean turystów przelewał się przez klasztorną furtę. Nie słychać było nic prócz gwaru, spustu migawek aparatów, wrzasku rozbieganych dzieci zlewających się w jedną ogromną wrzawę. Istna okropność. Należało zwijać się stamtąd czym prędzej, tym bardziej, że w dali widzieliśmy jak jeszcze większe stada spacerowiczów są już w natarciu. 

Ostatki cienia

Tłumów jeszcze nie widać

Kadr bardziej niż klasyczny

  Z niemałym trudem przebiliśmy się do wnętrza sanktuarium, skąd już rzut beretem do wieży widokowej. Co dziwne, jeszcze żadne z nas na niej nie było. Nadeszła więc idealna pora, aby to zmienić. 
  Bilety sprzedano nam ulgowe, choć te przysługiwały do lat osiemnastu. Nie narzekaliśmy. Prócz tego, że zostaliśmy odmłodzeni, w kieszeni wylądowało kilka dodatkowych drobniaków. Lecz to nie bilety zaskoczyły najbardziej, a spokój. Znajdując się w epicentrum turystycznego zgiełku, w trakcie wycieczkowego szczytu, mogliśmy poczuć się jak gdyby wieżę otworzono specjalnie dla nas. Zostaliśmy sam na sam ze spiralnymi schodkami. 
  Te wprowadziły na rejony Alicji z Krainy Czarów. Wszystko jakieś takie nieproporcjonalnie olbrzymie, albo odwrotnie, mikroskopijne. Poza tym wąsko, stromo, ciasno - suuuper! Ostatnia klatka i jesteśmy na tarasie. 
  Jak przystało na jego geograficzne położenie piździło. Panoramka stąd przyjemna oku. Nie zawiodła. Głowa próbując ogarnąć ją całą, obraca się to w lewo, to w prawo, a my żałujemy, że nie jesteśmy sowami. Jednocześnie rozpierała nas duma, że urodziliśmy się tutaj, a nie w przeżartej spalinami Warszawie, czy w ble Radomiu. Że to wszystko, co mamy u stóp, jak pisał Żeromski, jest nasze, wspólne. Ale czy na pewno?  





  Po nasyceniu oczu majestatycznymi widokami, rozdzielamy się. Ja udaję się na misję, pozostali zdążają biegiem szlaku. Wkrótce szlak staje się dla mnie przeszłością i ląduje pośrodku lasu. Idę najprędzej jak potrafię, by przypadkiem nikt nie zauważył mojej obecności. Czemu? Tu gdzie jestem być mi nie wolno. Swoją obecność usprawiedliwiam tym, że mam coś ważnego do załatwienia. Nagle słyszę trzask łamanej gałęzi, a potem rozlega się kwilenie i przede mną śmiga spłoszone stadko dzików. Zanurzam się głębiej. Robi się dziko, nieokiełznanie dziko, aż docieram do celu. Pełen fascynacji podziwiam świat, do którego trafiłem. 
  Z drzew zwisają pajęcze siedzi, sędziwe drzewa obrosłe mchem dogorywają. Co jakiś czas przebijają się poletka gołoborzy. Dzięcioł czarny daje o sobie znać dudniąc w spróchniały pień z całych sił. Pośród jodłowej ściółki dopatrzyłem się gatunków roślin, które widziałem po raz pierwszy na oczy. Oznaczało to, że muszę być prawdziwie rzadkie. 
  Dziwne, ponieważ podobno ten fragment już dawno stracił wartość przyrodniczą. Wbrew fali protestu oraz sprzeciwu przyrodników, naukowców, zdecydowano, że śmiało można oddać go w ręce księży, którym przecież należy się jak nikomu innemu. W zamian, aby zamaskować utratę cennego obszaru, postanowiono dorzucić losowy fragment lasu w Grzegorzowicach oddalonego od Parku o niemal 10  kilometrów i tym sposobem park zostałby sztucznie powiększony. Paranoja.
   Tam, gdzie ludzie na wysokich stołkach widzą tylko kupę omszałych kamieni, ja dostrzegam wspólne dziedzictwo przyrodnicze, które jeśli zostanie utracone, to wraz z nim zniknie również część każdego z nas. Ta sama część, która lubi czasem wyskoczyć na poobiedni spacer po Parku, czy przyglądać się starym drzewom i rozmyślać nad przemijaniem. Znajome widoki mogą wkrótce przestać istnieć. Po prostu nieodwracalnie znikną. Na zawsze.  
  Aż strach pomyśleć, że za parę lat serce puszczy jodłowej może zostać wykarczowane, bo ktoś wymyśli jakiś nowy przepis. W jej miejscu z inicjatywy oblatów stanie sklepik z pamiątkami obmurowany kamieniami z niegdysiejszego gołoborza, zaś z tyłu obracać się będzie koło młyńskie rozświetlone tysiącami tandetnych światełek i napędzane pieniędzmi turystów, którzy wydali je na parę chwil rozrywki.  


Rzadkość na skalę regionu - gołoborze ulokowane na południowym zboczu góry

  Z grupą spotkaliśmy się na polach u podnóża Huty Szklanej. Podczas, gdy ja zdejmowałem z siebie masę pajęczyn, jakie zdążyłem zebrać w trakcie przedzierania się gęstwiną, oni garściami rwali soczyste jeżyny. Krwiście czerwony sok tylko plamił ich dłonie. Wkrótce sam dołączyłem zarówno do zbiorów, jak i do degustacji. Raz po raz do rozdziawionych paszczy wpadały dojrzałe owoce. Ich smak przypomniał mi o wakacjach spędzanych u wujków na wsi. Tych codziennych wędrówkach do źródła po wodę (z kranów nie ciekło wówczas nic zdatnego do picia), czy też szaleńczych wyścigach składakami i doskonaleniu talentu gubieniu się w lesie.
  
Morze widoków

Fajrant

  Nie jest tajemnicą, że trafiliśmy na pełnię żniw. Na pola wyjechały traktory. Warkot silników pomrukiwał przy wtórze nadchodzącej burzy. U mnie w domu mówiło się, że aniołki toczą beczki. Jak dobrze, że ów beczki przeturlały się gdzieś obok, dzięki czemu burza szczęśliwie nas ominęła, a my nieoczekiwanie znaleźliśmy się po drugiej stronie tęczy, w myśl cytatu Mashiego Kishimoto "Jeśli chcesz ujrzeć tęczę, musisz dzielnie przetrwać deszcz". Tyle, że nie spadła ni jedna kropla deszczu. Przynajmniej tutaj, bo w Kielcach zostaliśmy powitani przez burzę rodem z filmów katastroficznych.
Burza zmierza w stronę Kielc

Nowoodkryte zastosowanie statywu

Nic tylko pobiec przed siebie w poszukiwaniu garnka ze złotem

piątek, 6 sierpnia 2021

Wycieczka nr 90: STONEHENGE I HOLENDER

06.04.2021

Skład: Marysia, Kamila, Brajan, Raku i Ja 

Trasa: Kosowice - Momina - Stryczowice - Broniszowice - Mirkowice - Szwarszowice, ok.15 km

  Zachodnia część Wyżyny Sandomierskiej to jedna wielka dzicz. Słabo poznana. Nieodkryta, miejscami nadal dziewicza. Położona z dala od szlaków i większych miejscowości. Na mapach widnieje jako pusta plama, skazana na pominięcie przez przeciętnego turystę. Trudno tu dojechać. Zaledwie kilka kursów dziennie w kierunku Ostrowca, a z najbliższego przystanku do celu nieraz trzeba odbyć forsowną wędrówkę. Sami kierowcy jeżdżący tą trasą od lat, dowiedziawszy się o pobliskich wsiach, wytrzeszczają oczy ze zdumienia:
- Stryczowice? Nigdy nie słyszałem. Gdzie to? Jest tam coś ciekawego? - pytają

  Minął ponad rok, odkąd ostatni raz przemierzaliśmy te tereny. Przemoczeni, walczyliśmy z rwącymi rzekami. Szukaliśmy schronienia w skalnych grotach, wytyczaliśmy nowe ścieżki. Pogoda nas wtedy pokonała. Obiecaliśmy sobie, że jeszcze kiedyś tu wrócimy. I... wróciliśmy. Tym razem w trochę innym składzie, z pomyślniejszymi prognozami na najbliższe godziny.

Asfalt, pola, wąwozy i przydrożne kapliczki - typowy krajobraz dla Wyżyny Sandomierskiej

  Zmierzając do Stryczowic jeszcze długo towarzyszył nam przyprószony śniegiem krajobraz rolniczy. Uprawne grunty posypane nim były jak wierzch ciasta cukrem pudrem. Dla odmiany na miedzach sterczały ogołocone z liści drzewa, szykujące się do wypuszczenia zielonych pączków. Okolica w stanie letargu, czekała na kilka cieplejszych dni, by w wreszcie się zazielenić.

Foto: Raku

  Gnaliśmy przed siebie rozpoznając znajome miejsca. Takim miejscem był m.in kościół w Mominie. Pierwszą świątynię wzniesiono tu prawdopodobnie jeszcze w XIV wieku. Po licznych przebudowach (z jednej z nich pochodzi wieża wzniesiona w XVII w) powstał obecny kształt budowli. Lekko gotycki. W swych wnętrzach mieści podobno 6 ołtarzy.



Foto: Raku
  Smuga asfaltu ostro pięła się w górę. Teraz dało się dostrzec więcej. Spoglądaliśmy na drogi, którymi dopiero co wędrowaliśmy. Niebawem wszystko widać było jak na dłoni. Na horyzoncie pojawiło się Pasmo Jeleniowskie. Świetnie rysował się też dalszy przebieg trasy. Częściowo schowany za okolicznymi pagórkami. Stryczowice były już w zasięgu ręki. Czekało nas jeszcze 15 minut solidnego marszu, by w końcu znaleźć się w wyczekiwanym lesie. 

  Na początku XXI wieku doszło tu do wielkiego odkrycia, które zelektryzowało świat ówczesnej archeologii. Jedno z okolicznych wzniesień skrywało o wiele więcej niż wyobrażali sobie badacze. Podczas wykopalisk natrafiono na megalityczne budowle pochodzące z epoki kamienia, które okazały się dawnymi grobowcami. Takie nasze małe Stonehenge. Najstarszy datowano na 5,5 tysiąca lat, czyli na wiele wieków przed powstaniem egipskich piramid. Były to czasy, kiedy nastąpił gwałtowny rozwój rolnictwa na obszarze tzw. Żyznego Półksiężyca. Wtedy też w Mezopotamii wynaleziono jeden z najbardziej przełomowych wynalazków ludzkości - koło. Konstrukcję koła musieli również znać ówcześni budowniczowie grobowców, gdyż do transportu ogromnych kamieni na górę wykorzystywano konne wozy.

Nadciąga fala

  W trakcie badań przypadkowo natrafiono też na pozostałości cmentarza z okresu średniowiecza. Największą tajemnicą odkrycia pozostawał zagadkowy sposób chowania zmarłych. Znaleziono mężczyznę złożonego na brzuchu, skrępowaną kobietę. Wszyscy przysypani byli kamieniami. Po jakimś czasie okazało się, że tak w tamtym okresie chowano osoby, o które obawiano się, że powrócą do świata żywych. Nie był to więc zwykły cmentarz, a miejsce pochówku "wyklętych", jak ich wtedy określano.
 

 Wkrótce dotarliśmy do Garbatki. Poprzednio pokonywaliśmy ją zanurzeni po łydki w wodzie. Była to wówczas wartka, lekko zamulona rzeka. Dzisiaj przypominała bardziej leniwie sączący się pośród skał strumyk, który z łatwością pokonaliśmy jednym porządnym skokiem.

Garbatka
Foto: Raku

Foto: Raku

  Boczna ścieżka wprowadziła nas do zarośniętego wąwozu. Jego strome ściany budowały zlepieńce dolnotriasowe złożone z charakterystycznych dla tych terenów otoczaków. Wąwóz ciągnął się dalej, my jednak zatrzymaliśmy się przy schronisku skalnym, utworzonym w obrębie stopnia skalnego. W czasie roztopów i intensywnych opadów, nabiera on charakteru wodospadu. By dostać się do wnętrza groty, trzeba wówczas przejść przez ścianę nieprzerwanie opadającej wody. 

Foto: Raku

Schron Traperów (2,5 m)

  Las stopniowo odkrywał przed nami kolejne tajemnice. Wędrując, wypatrywaliśmy ich razem. Podobnie jak odpowiednich tematów fotograficznych. I niespodziewanie, najciekawsze, odkryły się praktycznie same pod naszymi stopami. Rozkwitły pierwsze wiosenne kwiaty. Pośród dywanów mchów i rozkładających się pniaków, czarki wyłoniły swe czerwone owocniki. 

Nieśmiały zawilec
Foto: Raku

Czarka austriacka

  Nie skłamałbym twierdząc, że niedługo potem skałki pokazały się jak grzyby po deszczu. Były wszędzie. Małe tworzyły zazwyczaj progi skalne. Większe były częścią wysokich na ponad 5 metrów ścian, czy krótkich grzęd. Ich strzępiaste brzegi rozrywały leśny krajobraz.
 
Pomnik przyrody nieożywionej "suchy wodospad"

  Skałki te ze względu na swoją geologiczną budowę, zupełnie nie nadawały się do wspinaczki. Każda próba znalezienia jakichś chwytów, złapania się za wystający fragment skały, kończyła się tym, że ten fragment zostawał w zaciśniętej dłoni, rozsypując się na pojedyncze frakcje. Poza tym było ślisko i zimno. Palce u dłoni w takich warunkach drętwieją po kilkunastu minutach. Czasem jeszcze szybciej. Wspinaczkę ograniczyliśmy więc do minimum.


  Lodowate kamienie pokryły się matami i wszystkim innym co nadawało się do siedzenia i co kto miał pod ręką. Byle tylko było w miarę suche. Posiedzieliśmy tak dobre pół godziny, gdy przyszła pora, by iść dalej. A w terenie, w którym się znajdowaliśmy słowo dalej, równało się z wyżej. Wąska ścieżka biegła tuż przy urwisku. Następnie przez gąszcz ciernistych krzaków wychodziła na półkę skalną. Kiedy już pierwsza osoba wgramoliła się na nią, czekała na odpowiedni moment, by podać pomocną dłoń pozostałym. Ci korzystali z niej bardzo chętnie. Zdrewniałe kolce tarnin, zdejmowały nam czapki. Zapewne gdyby nie puchate kurtki, przedzieranie nie skończyłoby się tylko na tym. Stromizna nabierała temperamentu. Po zdobyciu ostatniego podejścia, znaleźliśmy się na szczycie, porosłym wysoką trawą.

Foto: Raku

  To właśnie w pobliżu tego wzniesienia znajdowały się wspomniane wcześniej grobowce. Wybór akurat tej góry nie był kwestią przypadku. Stojąc na niej widzimy dwa pozostałe cmentarzyska zlokalizowane w Broniszowicach i Garbaczu-Skale. Te trzy wzgórza znajdują się niemal w linii prostej, stanowiąc święte miejsca kultu naszych przodków. 

Wzniesienie na drugim planie to Garbacz-Skały

  Ścieżką wydostaliśmy się na skraj lasu. Stała tam niewysoka ambona. Spod niej roztaczał się piękny widok na pola, które opadały i wznosiły się, sprawiając, że czuliśmy się jakbyśmy mieli przed sobą górską dolinę. Po upewnieniu się, że kolejny etap podróży będzie przebiegać dnem tej doliny, ruszyliśmy miedzą w kierunku wylotu wąwozu.


Foto: Raku

Foto: Raku

  Pełno opadłych liści. A nad głowami zawieszone drzewa. Dno wąwozu było pełne niebezpieczeństw. Jeden zły ruch i przyjemna wędrówka w jednej chwili zamieniała się w niekontrolowany zjazd stromym zboczem. Prawdziwe utrudnienia czekały nas dopiero niecały kilometr dalej. My jednak jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Za bardzo skupiliśmy się na pełnej śmiechu rozmowie.


Foto: Raku

  Na nowo pojawiła się rzeka. Tym razem w swej bardziej nieokiełznanej odsłonie. Wiła się jak wąż. Przecinała drogę. Szykowała nam zasadzkę. 


  Prześcigając się w pomysłach na jej przekroczenie, zostaliśmy przy obchodzeniu koryta prawym brzegiem. Skończyło się na tym, że wyszliśmy wprost na rozlewiska. O tutejszych bobrach już kiedyś pisałem. Nie mają sobie równych. Ich konstrukcje są nie tylko skuteczne, ale dla nas wędrowców, stanowią przeszkody praktycznie nie do pokonania.

Foto: Raku

Bobrowa tama

 Wróciliśmy więc do miejsca, gdzie rzeka stawała się na tyle wąska, by dało się pokonać ją w kilku ruchach, balansując na kamieniach wystających ponad wodę. Na drugim brzegu znaleźliśmy się w komplecie. I tak pomysł Bartka, początkowo pominięty, okazał się zarówno najlepszy, jak i najbardziej bezpieczny spośród pozostałych.

Odsłonięcie zlepieńców z widoczną erozją wodną 

Wciąż pod górę

  Zbliżaliśmy się do Broniszowic. Po lewej stronie drogi stało parę domków na krzyż. Banda szczekających psów przemknęła najpierw wzdłuż pobocza, a potem zniknęła za przęsłami metalowego ogrodzenia. Właściciel czworonogów, widząc naszą grupę nadciągającą z dali, czym prędzej starał się zagonić je wszystkie na teren swojej posesji. Gdy przechodziliśmy obok, brama była już zamknięta. Jednemu jednak udało się wydostać. Jak przystało na obrońcę domu, niemal natychmiast podbiegł, trochę powarczał i równie szybko stracił nami zainteresowanie. 


  Jak na kwiecień było wyjątkowo zimno. Uczucie chłodu dodatkowo potęgował stale nasilający się wiatr. Wędrówka miała się już ku końcowi. Wszystko wskazywało na to, że wyrobimy się przed deszczem. W dali wyłaniał się już jej cel. Coraz wyraźniejszy i zupełnie nie pasujący do pobliskiego krajobrazu. Przez moment mogliśmy poczuć się jak w odległej o ponad 1200 km Holandii. 

  Wiatrak powstał w latach 80-tych XIX w. Od tego czasu pracował niemal nieprzerwanie aż do 1955 roku. W środku zachowało się kompletne wyposażenie wraz z całym mechanizmem, a także ludowe narzędzia do obróbki zboża i kaszy. W najbliższych latach planowane jest udostępnienie obiektu do zwiedzania dla turystów. Na razie wciąż pozostaje zamknięty na cztery spusty.

Foto: Statyw

Fiołek wonny

Nowe, wyremontowane śmigła, które zastąpiły te zniszczone przez wiatr w 2019