Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry Świętokrzyskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry Świętokrzyskie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 grudnia 2022

Wycieczka nr 111: WARKOT MECHANICZNYCH PTAKÓW

19.09.2021

Skład: Marysia, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Janów ZTM - G. Belnia - Kłm. Góra Plebańska - Gałęzice - Kłm. Kopaniny - Kłm. Ostrówka - Kłm. Stokówka - Skiby - Chęciny, cmentarz ZTM, ok. 18 km

  Zewsząd dobiega rzężący warkot. Rutu-tu-tuuu! Odruchowo odskakujemy do lewej. I wtedy pobłyskuje plama czerwona, plama jaskrawo żółta. Starczy mrugnięcie oka, aby plam przybyło. Zbijają się one w stado kaszlących potworów, które pędzą ku naszej czwórce. 

  Tak właśnie, mimo woli znaleźliśmy w tętniącym adrenaliną sercu zawodów motocrossowych. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dowiedzieliśmy się o tym w momencie, gdy tuż przed naszymi nosami poszybował motor. A potem następny. Były ich dziesiątki.
  Zagłuszani przez ryk silników, pozbawieni sensownej alternatywy, szliśmy. Widzieliśmy jedynie jak cel włóczęgi coraz śmielej wyrasta zza wzgórza. Widok szczerbatej górki o trzech wieżach działał kojąco. Pozwalał choć na moment zapomnieć, że ledwo kilkadziesiąt metrów dalej rozgrywają się mistrzostwa pucharu Polski w Enduro. 


  Zawodnicy uskrzydleni marzeniem sięgnięcia wymarzonego trofeum bez wątpienia dawali z siebie wszystko. Tymczasem nas w pełni zadowalało sięgnięcie Belni, która co rusz zaskakiwała swą nietuzinkowością. Niby niska, a przy tym jakże stroma i niebosko sypka. Z pozoru położona w lesie, lecz mniej więcej w połowie długości z precyzją chirurga przecinała ją ruchliwa nitka S7. Góra pełna sprzeczności.

  Nie wiadomo kiedy skryliśmy się pod baldachimem drzew. Odtąd jeśli kogoś naszła ochota, by zaciągnąć się leśnym powietrzem po same płuca, dostawał w zamian woń zatęchłej ziemi. Gdzieś głęboko pod nią rozciągały się kilometry poplątanych strzępków grzybni. Nierzadko przebijały się na powierzchnię. Tam, już jako pomarańczowe rydze kusiły. A gdy któreś z nas uległo pokusie ich zerwania - w milczeniu plamiły dłonie na kolor soczystej mandarynki.

Panorama z wierzchołka Belni

  Pozostając w tematach okołogrzybowych docieramy do pewnej drogi przeciwpożarowej, gdzie rozegrała się najprawdziwsza w świecie bitwa na czernidłaki. 

  Było samo południe. Naprzeciw siebie stanęliśmy ja i Bugli. Każdy w popłochu zbierał arsenał, będąc gotowym, by cisnąć w dowolnej chwili. Na oślep. Grzybem. Gdy komuś udała się niełatwa sztuka trafienia owocnikiem w ruchomy cel, na unik było już za późno. Z rozpłaszczonego kapelusza czernidłaka momentalnie wyciekała smolista maź, a w dali rozlegał się diaboliczny śmiech oprawcy. 
  Co na to najbardziej pokrzywdzony, czyli rozdrobniony w lepką papkę czernidłak? Cóż, nie był w stanie za wiele z siebie wydusić. Lecz gdyby tak tylko oddać mu głos zawczasu, dowiedzielibyśmy się, że niezły z niego rzezimieszek. Wszak nie dość, że paskudnie brudzi, to twierdzi się, że jego spożycie wywołuje odruch wymiotny. Podobno. Osobiście nie sprawdzałem, bo i po co. Za to podzielę się z Wami praktyczną radą. Ubrania po starciu z czernidłakiem najlepiej prać ręcznie, w zimnej temperaturze. 

Czernidłak kołpakowaty

  Wystarczyło ujść ledwo dwa kilometry, aby spostrzec człeka na skuterze, który obserwował nas ukradkiem. Początkowo wyglądał na zawstydzonego. Stopniowo jednak nabrał śmiałości. Do tego stopnia, że chłop zdecydował się zsiąść ze skutera i przystanąć. Teraz widział więcej, lepiej. Najwyraźniej zaintrygowało go, cóż może czynić taka czwórka nastolatków. Nastolatków skulonych na poboczu drogi i zanurzona po ramiona w krzakach. No nie wiem, np. wygrzebywać stamtąd dopiero co znalezioną flagę Polski? 

  Bogatsi o biało-czerwony łup mknęliśmy ku ścianie zarastającego kamieniołomu. Mieliśmy z nią rachunki do wyrównania. Tyle, że i ona doskonale pamiętała ostatnie spotkanie z częścią naszej ekipy, kiedy to obdarliśmy ją w pewnym sensie ze skóry. 

   Spojrzenie: ścieżka - ściana. Zadarł wysoko nogę i rozpoczął popis gimnastycznych umiejętności. Raku zdobywał tę ścianę już wielokrotnie. Czemu by więc nie miał tego powtórzyć kolejny raz? Powierzchnia gładka jak oszlifowany kamień jubilerski. Gdzie w tym wszystkim choćby malutki punkt zaczepiania? On jednak znanymi tylko sobie sposobami go znalazł. Po chwili spozierał na nas już z góry. Usatysfakcjonowany. 
  W ślad za Rakowem pognał Bugli. O dziwo również i jemu udało się wgramolić. Sam nie mogłem być gorszy i pełen determinacji zabrałem się za wdrapywanie. Właściwie, by nie kompromitować się bardziej powinienem na tym zakończyć. Ale co mi tam. Szykujcie się na jazdę bez trzymanki. Dosłownie.

  Dobre 70% wspinaczki miałem już za sobą. Przed sobą z kolei pokonanie trudnego momentu. Raku wyciągnął mi pomocną dłoń. Wyprężałem się ile wlezie i choć dzieląca nasze dłonie odległość stale się zmniejszała, wciąż było zbyt daleko. Akurat wtedy straciłem równowagę. W pierwszym odruchu panicznie zamachnąłem się ręką najwyżej jak potrafiłem. Ten ostatni raz. Zdołałem jedynie musnąć palce dłoni Bartka. Wtedy rozpoczął się tyłkozjazd.
  Najgorsza była świadomość, że nie jesteś w stanie nic zrobić. Zwyczajnie zjeżdżasz. 
  Całość trwała na tyle krótko, że nie zdążyłem krzyknąć nic więcej prócz Aaa!!! A jak sunąłem! Zadek niczym hebel zdzierał mech ze skały. Skubany tak nabrałem rozpędu, że gdzieś po drodze, w ułamku sekundy znalazłem się w powietrzu. Siuup na Małysza! I tak sobie wyskoczyłem. Wylądowałem niespełna metr dalej. Wprawdzie telemarka zabrakło, za to zyskałem elegancki wywietrznik w spodniach w postaci postrzępionej dziury wielkości orzecha.

Foto: Statyw

  Przybywało rdzawej wody. Sama droga nabierała rudawego odcienia. Glina przylepiała się do butów. Przyroda dawała sygnały, że do kamieniołomu już naprawdę blisko. Niebawem wyłoniło się zalane wyrobisko. Prześlizgnęliśmy się między zwałowiskami kamiennych bloków oraz gliny. Odnosiliśmy wrażenie jakbyśmy stąpali po roztapiającym się batonie czekoladowym. Pięknie tu. Tylko czegoś brakowało. 
  Przyzwyczajeni do ucieczek przed ochroną, bądź zakradania się nieraz godzinami, tutaj doświadczyliśmy miłej odmiany. Wejście nie przysporzyło żadnych trudności. Co więcej nie musieliśmy obawiać się o to, że zaraz ktoś nas przegoni. Winna wszystkiemu była sobota. Dzień, w którym robotnicy spędzają czas z rodziną rozsiani po swych domach, a szaleńcy tacy jak my harcują po dziurach w ziemi. 

Kamieniołom pstrego piaskowca dolnotriasowego "Kopaniny"

Sielskie zabudowania Gałęzic

 Niedawną dróżkę zastąpiły koleiny sięgające łydek. Największe z nich wypełniał ni to szlam, ni to bagnista breja. Dziwne coś, w czym nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby się zanurzyć. Raz po raz mijaliśmy pasma taśmy trzepoczącej na wietrze, a wędrówka toczyła się naturalnym tempem.
  Trwało to do czasu, gdy zza pleców nie zaczął ścigać nas ryk silników. Mogło to oznaczać tylko jedno: znowu wkroczyliśmy na trasę wyścigu motorów. Coś mi podpowiadało, że prędko się ich nie pozbędziemy. 
  Za sprawą narastającego ryku, wędrówka natychmiast przerodziła się w trucht. Tu szlam, tam kałuża, po obu stronach zasieki z krzaków. Ścieżka szeroka na dwóch chłopów. Gdzie tu uciec? 
  Warkot mechanicznych ptaków, (bo z nimi właśnie skojarzyły mi się pędzące, kolorowe motory), skutecznie tłumił pozostałe dźwięki otoczenia. Wręcz je zabijał. Tymczasem do nas docierało, że lada moment czeka nas rzucenie się w krzaki, aby uniknąć rozjechania przez dwukołowce. 
   Ale jeszcze nie teraz. Na razie uciekamy, póki starczy sił. Wertep za wertepem. Wejście w niebezpieczny zakręt i krótka przebieżka z górki. Ileż tam było korzeni! Crossy siedziały nam na ogonie. Wreszcie dostrzegliśmy sąsiednią ścieżkę. Bez namysłu wbiegliśmy na nią. Jak się okazało w ostatniej chwili, podczas gdy sfora kilkunastu motorów przemknęła tuż obok.

  Z pomocą plątaniny ścieżek, dotarliśmy do wrót skalnego wąwozu, które otwarły się, wpuszczając nas do wspinaczkowej mekki. Ilekroć odwiedzamy Stokówkę, nie możemy wyjść z podziwu jak tak olbrzymie coś powstało pośrodku właściwie niczego. 
  Zgodnie uznaliśmy, że ta miejscówka, jak żadna inna nada się do przetestowania zdobycznej flagi. Na czas najbliższych parunastu minut wyprawialiśmy z nią przeróżniaste cuda. Od konstrukcji prymitywnej czaszy spadochronu, która nie miała prawa się udać, po wykorzystanie flagi jako peleryny Ułomena. 


 Tak się szczęśliwie złożyło, że w dniu wycieczki nasi siatkarze toczyli zacięty bój w półfinale mistrzostw Europy z reprezentacją Słoweni. I co? Wygrali oczywiście. 

  Swoją drogą siatkarze to chyba jedyna polska reprezentacja, której należy kibicować całym sercem. Mają bowiem w sobie coś wspólnego z prawdziwych przyjaciół. W końcu bez względu na to czy odniosą sukces, czy też przyjdzie im sięgnąć porażki i tak ich kochamy, nieprawdaż? Nie to co poczciwych piłkarzy chodzących po murawie w poszukiwaniu piłki.

Polska gurom!
Foto: Statyw

niedziela, 21 sierpnia 2022

Wycieczka nr 106: ŁE GORYCZAK!

13.08.2021

Skład: Makumba, Raku i Ja

Trasa: Mniów - Zaborowice - Jezioro Ług - Skalna Górka - Kołomań - Samsonów, ok. 23 km

  Czy pojechaliśmy 20 kilometrów tylko po to, by zobaczyć kamienie, a właściwie to jeden kamień? Całkiem możliwe ;) Lecz kamień był to niezwykły, okrzyknięty najciekawszym polskim znaleziskiem archeologicznym ostatnich dekad. 
  Wyryto na nim dwie postaci: męską oraz żeńską, które w ludowych przekazach uznawano za diabły. Stąd też jego nazwa Diabelski Kamień. Tym tropem poszły pierwsze interpretacje naukowe. Przypuszczano, że pochodził on z okresu późnego średniowiecza i związany był z wierzeniami pogan. 
  Następne teorie niosły za sobą coraz bardziej pokręcone koncepcje. Mówiły między innymi o kulcie neolitycznych rolników. Choć byli i tacy, co doszukiwali się w rytach podobieństwa do bóstwa płodności północnoamerykańskich Indian Hopi, a nawet... starożytnych kosmitów. Do dziś zagadka Diabelskiego Kamienia z Kontrrewersu pozostaje nierozwiązana, nie spędzając snu z powiek badaczom, którzy wciąż próbują wyjaśnić jakie było jego pierwotne przeznaczenie. 
  Z Mniowa wybyliśmy w kierunku Zaborowic, by odwiedzić naszą drewnianą koleżankę.

Diabelski Kamień z Kontrrewersu( takiej miejscowości) w Mniowie. Znalezisko przez ponad 10 lat przeleżało zakopane w ziemi, by ujrzeć światło dzienne i z miejsca stać się światową sensacją

  Nie zapomnieliśmy o niej i zdawało się, że ona o nas także. Jeszcze stała. I to nie tylko we wspomnieniach. Namacalny dowód wznosił się tuż przed nami. Wiatr kołysał i nim, i sosnami, na których to konstruktor pełen wyobraźni zbudował inżynieryjne cudo. 10 metrów drewnianej konstrukcji trzymającej się na paru pordzewiałych gwoździach oraz czterech spróchniałych sosnach robiło niemałe wrażenie. Konstrukcji tak masywnej, że z oddali wyglądała jak domek na drzewie. Na co komu takie monstrum w środku lasu, trudno wyjaśnić. 
  Tymczasem nie zwlekając ani sekundy dłużej na rozmyślania, wdrapaliśmy się na pierwszy z drewnianych szczebli. Ten wpierw zatrzeszczał, ugiął się sprężyście pod naporem stóp, lecz w konsekwencji nie pękł. Wytrzymał ciężar ciekawych świata nastolatków, co ośmieliło nas na tyle, aby wdrapać się pojedynczo po samą górę.


 Obawy budziło to, czy włażenie na taką prowizorkę, i to w trakcie tak wietrznej pogody, jest rozsądnym pomysłem. Oczywiście, że nie było. Bardziej niż realne wydawało się, że jeśli nadejdzie wystarczająco silny podmuch, to zdmuchnie nas z całą amboną, po czym wylądujemy 10 metrów niżej przygnieceni stertą starych belek. Wersja optymistyczna zakładała, że skończy się na złamaniach. Mniej sielankowa, że upadek skończy wszystko.
 Wiatr jednak okazał się łaskawy. Pozwolił zapuścić żurawia przez okienko ambony, ujrzeć jak pobliskie jezioro dzielnie walczy z suszą, a następnie bezpiecznie zejść. Z bliska jezioro prezentowało się wybornie. Połyskująca srebrzyście w słońcu tafla kontrastowała ze wszechobecnym różem dopiero co rozkwitłych wrzosów. A do tego mnóstwo niezwykle urodziwej przygiełki.



  Reklamówki zabrane. Chęci też są, a i zapał nie zdążył ostygnąć. Grzybobranie czas więc zacząć. Spojrzenia śledzą podszyt, dłonie rozchylają płożące krzewy. Buszujemy. Coś w dali błysło jakby brązowym kapeluszem. Może borowik. Wypada sprawdzić, w końcu okazja może się więcej nie powtórzyć. Niestety to tylko łudząco podobny liść. A to co tym razem? Eh, znowu daliśmy się nabrać. I znowu. Nozdrza co rusz rozchylają się w poszukiwaniu grzybowego zapachu. Zamiast niego wsysają tylko parne powietrze. 
  Kiedy wszystko wskazuje na to, że będziemy musieli obejść się smakiem i wrócić do domu z niczym, zauważam, że coś wystaje pośród traw. Nie opuszcza mnie myśl, że pewnie to kolejny liść, jednak gdy podchodzę bliżej jest już pewne - znalazłem grzyba. Jest już móóój. Wygląda jak borowik, ale i zarazem nie wygląda. Dziwny jakiś taki. Spoglądam na chłopaków i głosem mędrca wspominam, że uczono mnie, że, aby mieć pewność, czy grzyb jest trujący, czy też nie, należy odgryźć jego niewielki kawałek. Jeśli będzie palić znaczy, że lepiej go zostawić. Ah, te nawyki po szkole leśnej...
  Chaps. Grzyb stracił fragment kapelusza. Przystąpiłem do mamlania. Zdołałem tylko wykrzyknąć "łe goryczak!" i jak mnie w jednej chwili zaczęło palić, tak histerycznie począłem pluć tym grzybem dookoła jak z kalashnikowa. Cud, że nikogo nie trafiłem. Paliło potwornie. Przełyk zdawał się parzyć. Język  zdrętwiał, zmieniając się w spękaną ziemię pustyni, która potrzebowała jak najszybciej choć kropli deszczu. Plułem na potęgę, a w przerwach od plucia, płukałem usta wodą, lecz za nic w świecie jeszcze przez najbliższe dziesięć minut, nie byłem w stanie pozbyć się tego gorzkiego smaku. 
  Pamiętajcie nie róbcie nigdy podobnych rzeczy w domu, ani poza nim, zwłaszcza jak znajdziecie jakiegoś grzyba co ma kropki.

Foto: Raku

Foto: Raku

  Im w dziksze knieje się zapuszczaliśmy, tym robiło się ciekawiej. I tak nieświadomi, dokąd tak naprawdę idziemy, wyleźliśmy na ciąg śródleśnych mokradeł. Już z samej definicji powinniśmy się domyślić, czego mamy się spodziewać. Tyle, że mokradłom wizualnie było bliżej do zwyczajnego lasu. No może nazbyt mszystego.
  Zastanawiałem się skąd nade mną zebrały się te chmary owadów. Wystarczyło, że zerknąłem na prawego buta, a wszystko stało się jasne. Buta właściwie już nie było. Jego miejsce zastąpiła ociekająca mułem skarpeta. Samego zaś buta ku niepojętej uciesze pozostałych, którzy w przerwach od śmiechu łapali równowagę; z sukcesem pożerało torfowisko. 
  Tylko mi nie było do śmiechu. Skacząc na jednej nodze starałem się wyłowić zgubę. Misja ocierała się o skrajnie niemożliwą. W ruch poszedł długi kij. Pierwszy - spróchniały złamał się jeszcze na etapie poszukiwań. Drugi dawał większe nadzieję na powodzenie misji. Makumba zdołał wsunąć go do środka buta, lecz na niewiele się to zdało, wszak buta już wessało potężnie. Gwałtowne szarpnięcie również nie pomogło. But tkwił nadal tam, gdzie przedtem, tylko widać go było coraz mniej. Brak sznurówek dodatkowo utrudniał sprawę. 
  Podejście nr 2 - ani drgnie. Słychać za to odgłos zasysania. Bagno wciąga. Ponad czarną warstwę błota wystaje już tylko czubek buta. Bucie wracaj! 
  Upłynęło raptem minut cztery, gdy usta Makumba napięły się w uśmiech, odsłaniając przy okazji rząd śnieżnych zębów. W ubłoconej dłoni dzierżył on buta, z którego wylewała się woda. Gdybym nie wiedział, że to but, pomyliłbym go z wrakiem zatopionego okrętu, owiniętego w glony i inne wodorosty. Dodajmy tylko, że wycieczka na mokradłach się nie kończyła. Ba, one wyznaczały dopiero połowę trasy. Drugą musiałem pokonać o jednym bucie lub... Pozostawało jeszcze jedno, dosyć odważne rozwiązanie. Ale to byłoby skrajnie głupie. Chyba już wolałbym założyć to coś z powrotem na stopę.
 Mimo, iż pomyślałem jedno, zrobiłem co innego.

Przyczynowo-skutkowe migawki z akcji ratunkowej
 Foto: Każdy po trochu
Jakość: brak

  Dalej szedłem niczym uboga wersja nimfy błotnej, którą odziano w skarpety lub jak kto woli niedoszły topielec. Oczywiście las zadbał, by przypadkiem nie było mi za wygodnie. Nieustannie podstawiał mi najróżniejsze przeszkody w postaci biorących się znikąd dołów, w jakich spokojnie zmieściłbym się z nawiązką cały, przez strumyki, które musiałem posłusznie przeskakiwać, po ściółkę wchodzącą za skarpety i kłującą przy tym na kształt dziesiątek szpileczek. Trwało to do postoju. Wtedy też przekonałem się do butów i po wcześniejszym owinięciu względnie suchych skarpet foliowymi workami, obuwie na nowo wylądowało na mych stopach. 
  Nie pamiętam, kiedy tak cieszyłem się z upału. Działał na kształt ogromnej suszarki. W rezultacie but wysechł o wiele szybciej, niż zakładałem.

Foto: Raku


  Jak zapewniały zdobyczne mapy lada moment miały pojawić się porządne wychodnie skalne. Skończyło się kłamstwem większym, niż nadwyżka planowanego kilometrażu. Obiecujące skały okazały się wypierdkami nieprzekraczającymi niebotycznych 60 cm wysokości. Toż to trudno głazem nazwać. 
  Trzy pozostałe lokalizacje również zawiodły, stawiając nas w niezręcznej sytuacji, w której to nie ma czemu robić zdjęć. Ostatni promyk nadziei tlił się w jeszcze w jednym miejscu. Tlił się, tlił, a gdy dotarliśmy do celu i zostaliśmy same chaszcze - zdechł. Klapa po całości. 
  Beznadziejna sytuacja nie uległa poprawie w trakcie następnych dziesięciu kilometrów. Sama nawigacja zaczęła z nas drwić. Ścieżka w niej porządna, a w terenie gąszcze nieprzebyte i błota. A iść trzeba, tak więc brniemy, przedzieramy się. Nagrody żadnej. Załamany tym, gdzie się podziały te wszystkie atrakcje, udałem się obczaić nieodległe źródełko. 
  Droga do niego trudna, wymaga podążania na azymut przez krzaki dobry kwadrans w jedną stronę. W nagrodę dostaje ja ci widok zastanej, śmierdzącej wody, a źródło przypomina studzienkę. To co może by tak jeszcze dorzucić nam na dokładkę komary? Pewnie, bierzemy w ciemno. Mamy serdecznie dość. Chcemy się stąd wydostać, ale nie tak prędko, las nie powiedział bowiem ostatniego słowa.




  Trochę trwało nim wydarliśmy się z objęć dziczy. Wkrótce mieliśmy się przekonać, że tylko po to, by przekroczyć rzekę w bród. W efekcie buty przemokły na nowo. Z tą różnicą, że teraz już oba. Jeśli myślicie, że na tym się skończyło, to muszę Was zasmucić. Po rzece wbiliśmy się w pokrzywowe zasieki. Ręce opadają, ale w tym przypadku musiały unieść się wysoko w górę. Z piersią wypiętą do przodu napieramy, nie zważając na bąble wyskakujące na skórze. W międzyczasie dowiaduje się, że łupiny słonecznika sprawdzają się jako przekąska równie dobrze co same nasiona. Zdumione tym faktem kupki smakowe, wraz z żołądkiem (o dziwo) nie protestują, w przeciwieństwie do spojrzeń Bartka i Makumby pełnych obrzydzenia i troski nad głupotą kolegi zarazem. 


  Oblepieni liśćmi, pajęczynami i przysychającym błotem, a ponadto z ranami kłutymi, szarpanymi, bąblami wielkości guguł, docieramy pod ruiny. Widok nas przywodził na myśl rycerzy po stoczonej, lecz przegranej bitwie. Miało być owocne grzybobranie. Wyszło jak ze skałkami. Brak choćby jednego małego borowika. Co ja mówię, choćby wątłej kurki. Nic. 
  Lecz prawdziwy koniec tej opowieści ma miejsce dopiero cztery dni później... 




  Prawdę mówiąc gdyby nie strumień rzęsistego deszczu lecący z zachmuranego nieba, to nie byłoby o czym pisać. 
  Czekaliśmy właśnie na kieleckim spodku, kiedy się rozpadało. O żadnej wycieczce nie było mowy. Podczas, gdy przez huragan myśli przewijało się to jedno, zakazane słowo "odwrót", Makumba wpadł na pomysł grzybobrania. Jako, że żadne z nas nie było przygotowane na takowy spontan, zabraliśmy się za kompletowanie czegoś, w co moglibyśmy upchać potencjalne znaleziska. Po wybałuszeniu zawartości plecaków, doszliśmy do wniosku, że dwa pokrowce przeciwdeszczowe, to niewiele. Wtedy to dostrzegliśmy neonowy napis Społem. Jakby się do nas uśmiechał i mówił: odwiedź mnie! 
  Zakupów dokonaliśmy dziwacznych. Przechadzaliśmy się alejkami, wybieraliśmy, przeglądaliśmy, by koniec końców wyłożyć na taśmę kasy lnianą siatkę, reklamówkę sponsorowaną logiem sklepu i garść zrywek. Kasjerka nie kryjąc zdziwienia wybałuszyła oczy i spytała, czy to wszystko. W odpowiedzi usłyszała chóralne owszem.
   Kilka godzin później wyglądało następująco. Autobus, błądzenie po lesie, szukanie grzybów i tych, którzy się zgubili. Znalezisk brak. Inny las i powtórka z rozrywki. Mójczy mówimy do widzenia. Szczęścia szukamy w niestachowskich lasach. Te obdarowują nas do tego stopnia hojnie, że kupione reklamówki ledwo wystarczają na upakowanie połowy zbiorów. Teraz rodzi się pytanie, co my zrobimy z taką ilością grzybów. 
  Wówczas do gry wchodzi Makumba, a ściślej jego lniana bluza. 
- Czekaj coś wymyślę - mówi. Myślę nad czymś, no. Myślisz, że wymyślenie czegoś takiego jest proste? - tu zapada chwila ciszy - Chociaż czekaj ja coś wymyślę. Myślałem jakoś, ale nie mogę nic takiego wymyślić... Mam!
Rozłożona bluza w jednej sekundzie wylądowała na ziemi. Wysypaliśmy na nią grzyby. Makumba lewą dłonią złapał oba rękawy bluzy, prawą zaś sięgnął do kieszeni spodni. Dźwięk rozrywanej taśmy izolacyjnej. Od teraz rękawy robiły za pasek nośny. W dalszej kolejności Makumba skrupulatnie zapiął guziczek po guziczku. Przenośna torba na grzyby zdaje się być gotowa. Pomysł wart zapamiętania na przyszłość. Zostaje jedynie sprawdzić, czy wytrzyma. Makumba podnosi torbę własnej produkcji. Następuje chwila prawdy. 
- Yyy nie uniosę tego - stwierdza. W jego głosie słychać niebywałą pewność. - Zrobiłem tą torbę z bluzy, więc nie narzekaj na jej komfort. Ewentualnie jego brak. Jest dobra? - pyta Bartka.
- Jest brak - odpowiada tamten.

Do Niestachowa zostało ponad 2 km. Torba ciążyła jak wór ziemniaków.
- Przecież jakby ktoś nas na tym szlaku spotkał, to jak jakiś psychopatów. Niosą kurdę koszulę z grzybami na kiju, jeszcze "Szklanek" słuchają - puentuje Raku.

Grzybowe łowy

Myśliwi ze zdobyczą

czwartek, 18 sierpnia 2022

Wycieczka nr 105: PO DRUGIEJ STRONIE TĘCZY

3.08.2021

Skład: Marysia, Kamila, Brajan, Raku i Ja

Trasa: Czajęcice - Rez. Wąwóz w Skałach - Stara Słupia - Nowa Słupia - Łysa Góra - OOŚ "Święty Krzyż" - Huta Szklana - Bartoszowiny, ok. 23 km

  Przyjemnie było wrócić i znów móc wędrować ścieżkami bliskimi sercu, a tam, gdzie ich zabrakło wydeptać własne. Posmakować pierwszych w sezonie jeżyn zerwanych prosto z krzaczka. Zaciągnąć się zapachem lata, zasłuchać w znajomych melodiach, czy wreszcie zobaczyć co słychać u ducha puszczy. O tak, przyjemnie było wrócić.

 Powietrze miało intensywny posmak kamfory zmieszanej z garścią ziół. Przyjęliśmy pozycję narciarza, który właśnie wchodzi w niebezpieczny zakręt i w niej też przemierzaliśmy murawę kserotermiczną. Roiło się tu od barwnych kwiatów, owadów brzęczących za uszami. Jedynym na brak czego mogliśmy narzekać, była sama ścieżka. Szliśmy czymś przypominającym trawiastą zjeżdżalnię. I jak to zjeżdżalnie mają w zwyczaju - dokładają wszelkich starań, by ci, którzy się na nich znaleźli, mogli do woli się poślizgać. To nietrudne. Wystarczy tylko się odepchnąć...

W rezerwacie Wąwóz w Skałach

Stok jednej z muraw

  Mało brakło i ja bym zjechał. Szczęśliwie w porę chwyciłem wystającą skałę. Na dno wąwozu stoczył się jedynie zdarty płat mchu. Skarpa przysporzyła trudności również reszcie grupy. Odtąd rozciągnęła się ona w sznurek ślizgających się postaci.
  Pokonawszy skarpę, wdrapaliśmy się na wierzchołek hałdy. Stąd otwierał się widok na czynny kamieniołom w pełnej okazałości. Dziura zdążyła się wyraźnie powiększyć od naszej ostatniej wizyty. I nie ma się co dziwić. Bo choć minęły trzy lata, to zdaje się, że od tego czasu koparki pracują nieprzerwanie. Wkrótce jednak ma się to zmienić. Materiał skalny jest już bowiem na wyczerpaniu. I tu pojawia się promyk nadziei dla pobliskiego rezerwatu. Kiedy kopalnia zakończy wydobycie, ma on zostać powiększony o obszar dawnego wyrobiska - uczciwie. 
  Niestety nie wszystkie miejsca mają tyle szczęścia.  

Kamieniołom Skały

  Z lewej kłaniały nam się zalesione stoki Łysogór, z prawej ograniczały połacie pól płaskie jak blat stołu, z kolei pośrodku nich wetknięta była nitka asfaltu, którą zdążaliśmy do Nowej Słupi. Miejskie sklepy musiały przygotować się na nacierający w ich stronę szturm czwórki strapionych, a co gorsze, wygłodniałych turystów. Rzecz jasna tymi głodomorami nie był kto inny, jak my sami. 
  Drżyjcie sklepowe półki!
  Ledwo godzinę później, lżejsi o zawartość portfeli, za to bogatsi o przyciężkie brzuchy, człapaliśmy prowadzeni niebieskimi znakami szlaku. Wtedy to właśnie, tuż obok nas przystanął meleks. Ot biały, śmieszny samochodzik elektryczny. Ku nam wyjrzała twarz kierowcy. Okularnik uśmiechnął się, po czym do nas zagadał. Myśląc, że rybki, chwyciły przynętę, przeszedł do konkretów. Tym oto sposobem otrzymaliśmy jedną z najbardziej niedorzecznych ofert, jakie było dane nam usłyszeć.
- Podwiozę Was na Święty Krzyż - zaczął. - Pojedziemy naokoło i... wyjdzie drożej niż za bilet do parku. Wsiadacie? 
Mistrz marketingu, pomyślałem. Nie wiem, co wy byście zrobili na naszym miejscu, ale my odpowiedzieliśmy mu salwą śmiechu. Meleks odjechał. Widocznie musiał uznać nas za uciekinierów z jakiegoś psychiatryka. 
  Niedługo potem napłynął moment dziwnej refleksji. Jak źle musieliśmy wyglądać po wizycie w sklepie, skoro uznano nas za, pożal się Boże, niedzielnych turystów? W następnej kolejności ogarnęła nas seria wyrzutów sumienia, że postąpiliśmy ciut niegrzecznie tak się śmiejąc. Chcąc naprawić błąd, obróciliśmy się za siebie. A tam, w odległości nie większej jak sto metrów od nas, na nowo ujrzeliśmy zdeterminowanego meleksiarza, który niczym kameleon na muchę, czyhał na przyszłe ofiary. 


 Minęliśmy kasy biletowe i tak wkroczyliśmy na obszar parku. Do pokonania zostało jeszcze wiele schodków, ale po Pieninach były one ledwie rozgrzewką. W drodze na szczyt na moment odbyliśmy jeszcze w bok, z zamiarem sprawdzenia co słychać u ducha puszczy. 
  Wybieraliśmy się do niego od dawna, ale zawsze było jakoś nie po drodze, brakowało czasu. Znacie to. A gdy ów czas odnalazł się w parze z drogą, to... No właśnie. Spóźniliśmy się z naszą wizytą o dobre dwa lata, kiedy to staruszek jeszcze zipał. Mowa oczywiście o najstarszym drzewie parku - buku Jagiełły. Sędziwe drzewo przeżywszy 400 lat, któregoś dnia zwyczajnie przegrało z czasem, po czym padło. Na swój sposób niewiele się zmieniło prócz tego, że przestało rosnąć. Za życia było domem, kryjówką dla wszelakich stworzeń. Od ptaków, przez gryzonie, na nietoperzach kończąc. Teraz rozpoczęło swoje drugie życie, nadal będąc schronieniem, choć głównie dla bezkręgowców, ale i pokarmem, z którego czerpać będzie cały puszczański ekosystem.
  Jak widać nie ma co zwlekać z odwiedzinami...
  Im bliżej Łyśca, tym tłumy pęczniały. Wręcz się od nich roiło. Ocean turystów przelewał się przez klasztorną furtę. Nie słychać było nic prócz gwaru, spustu migawek aparatów, wrzasku rozbieganych dzieci zlewających się w jedną ogromną wrzawę. Istna okropność. Należało zwijać się stamtąd czym prędzej, tym bardziej, że w dali widzieliśmy jak jeszcze większe stada spacerowiczów są już w natarciu. 

Ostatki cienia

Tłumów jeszcze nie widać

Kadr bardziej niż klasyczny

  Z niemałym trudem przebiliśmy się do wnętrza sanktuarium, skąd już rzut beretem do wieży widokowej. Co dziwne, jeszcze żadne z nas na niej nie było. Nadeszła więc idealna pora, aby to zmienić. 
  Bilety sprzedano nam ulgowe, choć te przysługiwały do lat osiemnastu. Nie narzekaliśmy. Prócz tego, że zostaliśmy odmłodzeni, w kieszeni wylądowało kilka dodatkowych drobniaków. Lecz to nie bilety zaskoczyły najbardziej, a spokój. Znajdując się w epicentrum turystycznego zgiełku, w trakcie wycieczkowego szczytu, mogliśmy poczuć się jak gdyby wieżę otworzono specjalnie dla nas. Zostaliśmy sam na sam ze spiralnymi schodkami. 
  Te wprowadziły na rejony Alicji z Krainy Czarów. Wszystko jakieś takie nieproporcjonalnie olbrzymie, albo odwrotnie, mikroskopijne. Poza tym wąsko, stromo, ciasno - suuuper! Ostatnia klatka i jesteśmy na tarasie. 
  Jak przystało na jego geograficzne położenie piździło. Panoramka stąd przyjemna oku. Nie zawiodła. Głowa próbując ogarnąć ją całą, obraca się to w lewo, to w prawo, a my żałujemy, że nie jesteśmy sowami. Jednocześnie rozpierała nas duma, że urodziliśmy się tutaj, a nie w przeżartej spalinami Warszawie, czy w ble Radomiu. Że to wszystko, co mamy u stóp, jak pisał Żeromski, jest nasze, wspólne. Ale czy na pewno?  





  Po nasyceniu oczu majestatycznymi widokami, rozdzielamy się. Ja udaję się na misję, pozostali zdążają biegiem szlaku. Wkrótce szlak staje się dla mnie przeszłością i ląduje pośrodku lasu. Idę najprędzej jak potrafię, by przypadkiem nikt nie zauważył mojej obecności. Czemu? Tu gdzie jestem być mi nie wolno. Swoją obecność usprawiedliwiam tym, że mam coś ważnego do załatwienia. Nagle słyszę trzask łamanej gałęzi, a potem rozlega się kwilenie i przede mną śmiga spłoszone stadko dzików. Zanurzam się głębiej. Robi się dziko, nieokiełznanie dziko, aż docieram do celu. Pełen fascynacji podziwiam świat, do którego trafiłem. 
  Z drzew zwisają pajęcze siedzi, sędziwe drzewa obrosłe mchem dogorywają. Co jakiś czas przebijają się poletka gołoborzy. Dzięcioł czarny daje o sobie znać dudniąc w spróchniały pień z całych sił. Pośród jodłowej ściółki dopatrzyłem się gatunków roślin, które widziałem po raz pierwszy na oczy. Oznaczało to, że muszę być prawdziwie rzadkie. 
  Dziwne, ponieważ podobno ten fragment już dawno stracił wartość przyrodniczą. Wbrew fali protestu oraz sprzeciwu przyrodników, naukowców, zdecydowano, że śmiało można oddać go w ręce księży, którym przecież należy się jak nikomu innemu. W zamian, aby zamaskować utratę cennego obszaru, postanowiono dorzucić losowy fragment lasu w Grzegorzowicach oddalonego od Parku o niemal 10  kilometrów i tym sposobem park zostałby sztucznie powiększony. Paranoja.
   Tam, gdzie ludzie na wysokich stołkach widzą tylko kupę omszałych kamieni, ja dostrzegam wspólne dziedzictwo przyrodnicze, które jeśli zostanie utracone, to wraz z nim zniknie również część każdego z nas. Ta sama część, która lubi czasem wyskoczyć na poobiedni spacer po Parku, czy przyglądać się starym drzewom i rozmyślać nad przemijaniem. Znajome widoki mogą wkrótce przestać istnieć. Po prostu nieodwracalnie znikną. Na zawsze.  
  Aż strach pomyśleć, że za parę lat serce puszczy jodłowej może zostać wykarczowane, bo ktoś wymyśli jakiś nowy przepis. W jej miejscu z inicjatywy oblatów stanie sklepik z pamiątkami obmurowany kamieniami z niegdysiejszego gołoborza, zaś z tyłu obracać się będzie koło młyńskie rozświetlone tysiącami tandetnych światełek i napędzane pieniędzmi turystów, którzy wydali je na parę chwil rozrywki.  


Rzadkość na skalę regionu - gołoborze ulokowane na południowym zboczu góry

  Z grupą spotkaliśmy się na polach u podnóża Huty Szklanej. Podczas, gdy ja zdejmowałem z siebie masę pajęczyn, jakie zdążyłem zebrać w trakcie przedzierania się gęstwiną, oni garściami rwali soczyste jeżyny. Krwiście czerwony sok tylko plamił ich dłonie. Wkrótce sam dołączyłem zarówno do zbiorów, jak i do degustacji. Raz po raz do rozdziawionych paszczy wpadały dojrzałe owoce. Ich smak przypomniał mi o wakacjach spędzanych u wujków na wsi. Tych codziennych wędrówkach do źródła po wodę (z kranów nie ciekło wówczas nic zdatnego do picia), czy też szaleńczych wyścigach składakami i doskonaleniu talentu gubieniu się w lesie.
  
Morze widoków

Fajrant

  Nie jest tajemnicą, że trafiliśmy na pełnię żniw. Na pola wyjechały traktory. Warkot silników pomrukiwał przy wtórze nadchodzącej burzy. U mnie w domu mówiło się, że aniołki toczą beczki. Jak dobrze, że ów beczki przeturlały się gdzieś obok, dzięki czemu burza szczęśliwie nas ominęła, a my nieoczekiwanie znaleźliśmy się po drugiej stronie tęczy, w myśl cytatu Mashiego Kishimoto "Jeśli chcesz ujrzeć tęczę, musisz dzielnie przetrwać deszcz". Tyle, że nie spadła ni jedna kropla deszczu. Przynajmniej tutaj, bo w Kielcach zostaliśmy powitani przez burzę rodem z filmów katastroficznych.
Burza zmierza w stronę Kielc

Nowoodkryte zastosowanie statywu

Nic tylko pobiec przed siebie w poszukiwaniu garnka ze złotem

czwartek, 13 stycznia 2022

Wycieczka 104: ŚWIETLIK 2021

10-11.07.2021

Skład: Daria, Ania, Oliwka, Kamila, Wiktor, Wojtek, Kędzier, Locht, Makumba, Bugli, Brajan, Raku i Ja

Trasa: Chęciny - G. Zamkowa - Rez. G. Rzepka - G. Żebrownica - Polichno - Jedlnica - Grząby Bolmińskie - Miedzianka - Rez. G. Miedzianka - Rykoszyn PKP, ok. 26 km

 "Nocą, kiedy słychać więcej niż widać, budzą się pierwotne instynkty, a świat, tak doskonale znany za dnia, zdaje się być obcym". 

- Chodźcie śmiało! Jest nas mało! Chodźcie śmiało!
  Okrzyki nie cichły. Sytuacja stawała się coraz bardziej dynamiczna, a wkoło przetaczał się niepokój. Nas trzynastka. Ich nie widomo ilu, może tylu samo, może więcej. Siedzimy pod mostem niczym bezdomni. W ciemności, w ciszy. By przypadkiem nie wywiązała się nikomu niepotrzebna bójka. I czekamy, nie mając pojęcia co wydarzy się za chwilę. Znaleźliśmy się w potrzasku...
 

  Cztery i pół godziny wcześniej przemierzaliśmy smętne uliczki Chęcin. Nasze, pełne do granic możliwości brzuchy, co rusz przypominały o zjedzonej przed momentem pizzy. Wspinaczka po kamiennych schodach była dla nich udręką, nie mówiąc o późniejszym zbieganiu stromym zboczem kamieniołomu. 
  Dalej już grupa swobodnie rozciągnęła się na długość kilkudziesięciu metrów. 13 kolorowych postaci. Każda z nich ze zrolowaną karimatą na plecach; każda pochłonięta wędrówką. Z dali przypominaliśmy wielką, pełznącą gąsienicę. Jeśli gąsienice potrafiłyby się śmiać, ta byłaby prawdopodobnie najszczęśliwszą gąsienicą pod Słońcem. 
  Nikomu nawet nie przeszło przez myśl, że wkrótce ten iście bajkowy obrazek może zniknąć. 

Kamieniołom na Górze Zamkowej stanowi doskonały przykład ilustrujący w jaki sposób powstawała tzw. antyklina chęcińska - skomplikowana struktura tektoniczna. By ją zrozumieć trzeba sobie wyobrazić obrazek dwóch gór o podobnej wysokości sąsiadujących ze sobą, które są zbudowane z tych samych skał, czyli wapieni dewońskich. Tymi górami są Zelejowa i Zamkowa. Na Zelejowej skały te opadają stromo w kierunku północnym, zaś na Zamkowej - południowym. Kiedyś obie te góry łączyła wspólna grań, która kształtem przypominała rogalik. Pod wpływem silnych ruchów górotwórczych i fałdowań ten "rogalik" się przerwał, a pomiędzy obiema górami na powierzchni ziemi utworzyło się  nazwijmy to zagłębienie. I tak oto mamy antyklinę.

Foto: Raku

   Kiedy wybrzmiały pierwsze dźwięki gitary, wpatrywaliśmy się w odległą perspektywę pełną rozległych połaci pól i serpentyn dróg. To niesamowite ile przyjemności może nieść ze sobą takie leżenie w trawie i nic nierobienie.
  Muzyka pobudziła zmysły. Zwabiła też modliszkę, która znalazła swój drugi dom pośród włókien naszych ubrań. Śmieszne to i sympatyczne stworzenie, a przynajmniej takie się wydaje, dopóki nie przyjrzymy się bliżej jego mrocznym zwyczajom.
  Nie od dziś krąży mit, że każda modliszka podczas kopulacji pożera głowę swojego adoratora. Naprawdę robi tak ok. 5-30 % modliszek, a wpływ na to ma aktualny dostęp do pożywienia. Ktoś może się zastanawiać na co jej te kanibalistyczne zapędy? Otóż przygryzienia głowy samca powoduje, że jego mechanizmy kopulacyjne zaczynają działać intensywniej, a odwłok wtłacza więcej nasienia. Więc jak widać nic nie dzieje się bez przyczyny. Nie mniej żadne z nas nie chciałoby się znaleźć na miejscu Pana modliszki. 
  A niektórzy mężowie narzekają na swoje żony.

Modliszka zwyczajna

Foto: Locht

Foto: Locht

Sięgnąć marzeń
Foto: Kamila

  Gęste gałęzie leniwie przepuszczały wiązki promieni. Zza ściany drzew odsłaniał się już widok na średniowieczne mury zamku. Jednak to nie zamek, a różowy balonik unoszący się wysoko w niebo, przykuł naszą uwagę. Tak jak on ulotna stawała się ta chwila, a żeby przypadkiem nie uleciała nam zupełnie, ruszyliśmy. 
  Było nas tak wiele, że idąc wąską ścieżką, przed sobą widziało się jedynie plecy następnej osoby. Chyba, że miało się mniej szczęścia. Wówczas można było dostać czymś, co akurat wystawało z jej plecaka. Tym czymś mogła okazać się np. mata łazienkowa. Na co komu ona? Nie pytajcie...

Foto: Raku

Zamek rocznie odwiedza ponad 200 tysięcy turystów
Foto: Kamila

Ulotność

  Niecałe dwa kilometry dalej stanęliśmy na szczycie Rzepki, gdzie zdecydowaliśmy się zostać na zachód Słońca. Zewsząd robiło się złoto. Złote niebo, złote wzgórza, złote wszystko. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim byliśmy my - oddani bez reszty magii tego miejsca. Potrafiła ona zdziałać cuda, pozwalając się rozmarzyć i poczuć, jakbyśmy znaleźli się w nieznanej czasoprzestrzeni.

  W odległej przeszłości Góra Rzepka wraz z sąsiednią Beyliną, stanowiła nie lada gratkę dla poszukiwaczy drogocennych kruszców. Skrywała bowiem bogate złoża minerałów, wśród których bez wątpienia najcenniejsza była galena. Jej niezwykłe właściwości dostrzeżono już w starożytnym Egipcie, gdzie używano jej do celów kosmetycznych. Nieco później, bo w średniowieczu, z galeny wytwarzano liczne ozdoby i dekoracje, na które mogły pozwolić sobie jedynie najzamożniejsze warstwy społeczeństwa. To przyczyniło się do tego, że w rejonie Rzepki od XIV aż do XIX wieku, prowadzono szereg robót górniczych, po których do dziś zachowały się pamiątki w postaci lejkowatych zagłębień terenu. Są one niczym innych jak pozostałością po niegdysiejszych szybach. 
  Wraz z okresem międzywojennym z galeny przerzucono się na wydobycie marmuru, ale nie byle jakiego, bo najpiękniejszej i najdroższej jego odmiany, czyli różanki zelejowskiej. Ceniona w przemyśle kamieniarskim, znalazła szerokie zastosowanie w budownictwie. Posłużyła do budowy m.in wnętrza Biblioteki Jagiellońskiej, czy katedry wawelskiej.


Złota godzina na Rzepce
Foto: Kamila


Falistość pól

  Wszystko fajnie z tą całą magią miejsca, ale jakbyśmy się nie wygimnastykowali i jak długo tu nie czekali, to i tak zachodzącego Słońca na Rzepce byśmy nie zobaczyli. Nie było na to najmniejszych szans. Wszystko przez modrzewiowy las porastający górę, który zwyczajnie zasłaniał widok w kierunku zachodnim. Jak żałowałem, że nie wpadłem na to wcześniej. Teraz było już za późno na jakiekolwiek myślenie, musieliśmy ruszać czym prędzej. Szybka zmiana planów i pędzimy na Sosnówkę. Do zachodu zostało niecałe 20 minut. Może zdążymy, może się uda, może... 
  I tak rozpoczął się wyścig z czasem, który ani myślał zwolnić.

Foto: Raku

Foto: Raku

  Słońce chowało się za wierzchołkami pagórków o łagodnych zboczach, trawy zdążyły przybrać pastelowe odcienie, a na horyzoncie królował jaskrawy pomarańcz. Jakby ktoś przechylił puszkę farby, a ta rozlała się po całej okolicy. Rozmowy i ekscytacja narastały. Każdy myślał o tym, by jak najszybciej zrzucić z siebie ten ciężki plecak i móc rozkoszować się pięknem wspaniałego spektaklu. Do jego zobaczenia dzieliła nas tylko ostatnia prosta. 

Foto: Kamila

Peleton

Foto: Raku

  Jednym brakowało tchu, inni płynnie ze wspinaczki przeszli we wbieganie. Strome podejście zostało pokonane na wiele sposób, ale każdy z nich łączyło jedno - wszyscy zdążyliśmy przybyć nim przedstawienie dobiegło końca. Na krańcu wzgórza stanęliśmy jak wryci z aparatami w ręku i podziwialiśmy, gdyż istotnie było co podziwiać.
  Rozciągająca się tu panorama zachwycała. Za spiczastymi szczytami Miedzianki prędko znikała krwista plamka - to samo wielkie Słońce, które jeszcze kwadrans temu ścigaliśmy. Teraz ledwie było je widać. 

Garść widoków z Sosnówki
Foto: Kamila

W stronę Słońca

Ostatnie chwile dnia

  Tymczasem na sąsiedniej polance, ludzka wieża rosła w oczach. Wdrapywali się kolejni śmiałkowie, chcący sięgnąć jak najwyżej. Niebawem gotowy był już drugi poziom. Szóstka wspaniałych zapomniała jednak o najważniejszym - solidnej podstawie. Zamiast niej były trzęsące się z wysiłku ręce. Kluczowe utrzymanie równowagi wnet zostało zaburzone. Nie wyglądało to za dobrze. 
Nagle doleciał krzyk tłumiony atakiem śmiechu:
- Dłużej tak nie wytrzymam! 
Chwilę potem konstrukcja runęła niczym domek z kart i wszyscy którzy wcześniej ją współtworzyli, teraz leżeli w trawie dusząc się ze śmiechu. Tak właśnie powitaliśmy bezgwiezdną noc. 
  


  Drogę rozświetliły czołówki. Rozpoczął się chaotyczny taniec migoczących świateł. Daleko im było do samochodowych reflektorów. Wszystko to, co znajdowało się poza ich zasięgiem, tonęło w przepastnym mroku. Choćby rozpięta na całą szerokość drogi pajęczyna - delikatna i trwała zarazem. Widoczna stawała się dopiero, gdy o mały krok się w nią nie wpadło. 
  Trzeba wiedzieć, że jeśli któraś z dziewczyn zgarnęłaby czającego się na pajęczynie ogromnego krzyżaka, piskom i krzykom nie byłoby końca. One z kolei doprowadziłyby do wybudzenia znacznej ilości mieszkańców wioski. Sam pająk zapewne przestraszyłby się całą sytuacją najbardziej ze wszystkich, ale i zdziwił, że w końcu udało mu się coś złapać. Jedyny problem w tym, że jego ofiara byłaby wielokrotnie większa od niego samego. Tak więc dbając o nocny komfort mieszkańców oraz zdrowie psychiczne pająka, na przód zostali wypuszczeni najodważniejszy, których zadaniem było ostrzeganie pozostałych przed czyhającą pajęczyną.

  Kwadrans potem na horyzoncie spostrzegliśmy jasną plamę. Sprawiała wrażenie jakby zbliżała się w naszą stronę. Wkrótce wiadomym stało się, że wcale nie jest to złudzenie, a plama to tak naprawdę latarka. Wydawała się jednak jakaś taka inna, nie nasza. Pewne było również, że latarka musi mieć swojego właściciela. Tylko kto mógł nim być i przede wszystkim co ten ktoś robił w miejscu takim jak to, o tak późnej porze? 
  Spodziewaliśmy się wściekłego rolnika, który zwabiony głośnymi odgłosami naszej grupy, chciał przegonić nas ze swojego pola. Zawsze też mógł być to jakiś seryjny morderca, ale nawet jeśli, to on był sam, a nas trzynastka i to bynajmniej nie pechowa. Wśród tej trzynastki kilka osób ze scyzorykami, podtrzymujących kielecką tradycję i jedna z nożem, któremu bliżej było do maczety niż do czegoś, czym kroi się ogórki na sałatkę. Zapomniałbym jeszcze o tych, których sam wygląd mógł budzić strach. Wszystko to składało się na optymalne poczucie bezpieczeństwa.
  Zarys tajemniczej postaci stawał się coraz wyraźniejszy, a sama postać coraz większa. Po chwili zostaliśmy oślepieni światłem latarki. Latarki, która jak się okazało, nie należała ani do rolnika, ani do mordercy, tylko zwyczajnego miejscowego, który widząc wędrujących piechurów ruszył im z pomocą. Pomocą? Niby przed czym? 
   Nie wiem jak to jest, ale gdy lądujemy w tarapatach, prawie zawsze znajduje się jakaś dobra dusza, która chce uratować nas z opresji. Tym razem ścieżka, którą podążaliśmy według tego, co mówił mężczyzna, miała wkrótce zniknąć na rzecz gęstwiny chaszczy nie do przedarcia. Mężczyzna udzielił nam więc pewnej wskazówki: trzymajcie się krzaków, tak, abyście zawsze mieli je po prawej stronie, to na pewno się nie zgubicie. Wydaje się niby proste, lecz nocą nic takie nie jest. 
  Podziękowaliśmy cichemu bohaterowi i udaliśmy się we wskazanym przez niego kierunku. Niebawem pojawiły się i same krzaki. Potem nieco więcej krzaków, a na koniec zarośla. To czym szliśmy ciężko było nazwać ścieżką. Ale imitacją ścieżki już owszem. Jednak nawet i ona po czasie się skończyła. Tym sposobem nie uniknęliśmy przedzierania. Sprężyste gałęzie uginały się, a następnie strzelały. Trzeba było uważać, by ktoś przypadkiem nie dostał z liścia. Po niezwykle długich czterech minutach gąszcz ustał, a nam ukazała się dróżka. Dokładnie ta sama dróżka, którą mieliśmy iść od początku. Eh...
  
  Dalej miało być już spokojnie, bez nieplanowanych przygód. I istotnie było do czasu, kiedy nie znaleźliśmy się w Jedlnicy. 
 
Chemiczny wykład Makumby w drodze na Żebrownicę

Foto: Kamila

- Chodźcie śmiało! Jest nas mało! Chodźcie śmiało!
  Okrzyki nie cichły. Sytuacja stawała się coraz bardziej dynamiczna, a wkoło przetaczał się niepokój. Nas trzynastka. Ich nie widomo ilu, może tylu samo, może więcej. Siedzimy pod mostem niczym bezdomni. W ciszy. By przypadkiem nie wywiązała się nikomu niepotrzebna bójka. I czekamy, nie mając pojęcia co wydarzy się za chwilę. Znaleźliśmy się w potrzasku...

  Jedyna droga prowadziła przez most przerzucony nad rzeką Hutką. Tuż za nim stała wiata, z której dobiegały niepokojące okrzyki. Przejście obok niej było nieuniknione. W takich chwilach przez głowę przelatują te same myśli. Na co nam to było? A mówili, żeby zostać w domu, gdzie najbezpieczniej. Ale jesteśmy gdzie jesteśmy, nie możemy czekać w nieskończoność. Może zbytnio dramatyzuję.
  Plecaki z powrotem wylądowały na zmęczonych już ramionach i poszliśmy, zwartą grupą, śledząc dokładnie wzrokiem prawy brzeg mostu. Od wiaty dzieliło nas tylko kilkadziesiąt metrów.
- Patrzcie harcerzyki jakieś! - wykrzyknął jeden.
Nie reagowaliśmy, szliśmy jak w transie. Byle się nie odwrócić, byle już znaleźć się w lesie. Koniec końców nie stało się nic. Znów czuwało nad nami szczęście.

  W lesie zastaliśmy księżyc w nowiu. Z oglądania drogi mlecznej wyszło nici, a i same gwiazdy, choć chciałoby się powiedzieć, że rozświetliły firmament, w rzeczywistości były jakieś takie wyblakłe i nieliczne. To jednak nie przeszkodziło nam, by zatrzymać się na dłużej, zadrzeć głowy w niebo i spoglądać w bezkres wszechświata.
  Mknąc (faktycznie pędziliśmy) wapiennym grzbietem Grząbów Bolmińskich, wsłuchiwaliśmy się w przyjemne cykanie świerszczy. Pojęły one doskonale, że najlepszą formą komunikacji w nocy jest dźwięk. 
  Nocny odcinek dobiegał już końca. Zmęczenie narastało. Każdy, absolutnie każdy, marzył tylko o jednym. Tym czymś był jakże potrzebny SEN. 

Foto: Raku

Światła mroku. A dalekoo z tyłu cementownia Małogoszcz

  Na Miedziankę docieramy w komplecie na 2:30, po ponad sześciu godzinach męczącej, ale i cudownej zarazem wędrówki. Tam plecaki zostają opróżnione ze wszystkiego, co będzie za moment pełniło funkcję tymczasowego legowiska. Same legowiska... no cóż niezwykle skromne, zrobione na prędce. Jakaś karimata, folia, czy koc, na którym da się położyć i oczywiście coś do przykrycia. Byle zachować jakieś resztki komfortu i trochę ciepła. 
  Zasypiamy chwilę po trzeciej, podzieleni na trzy grupki ulokowane w odległych zakątkach góry. Od zapadliska po dawnym polu górniczym, na miejscówce pod spróchniałą brzozą kończąc. Chowając za powiekami dzień pełen wrażeń, powoli docierało do mnie, w jak niecodziennej przygodzie było nam dane uczestniczyć. 
 
  Lekko ponad godzinę później obudziły nas, nie pieszczące promienie wschodzącego Słońca, a irytujący dźwięk melodyjki budzika w telefonie. Irytujący do tego stopnia, że ochota na ciśnięcie tym telefonem napływała samoistnie. Od rzutu skutecznie powstrzymywał brak pewności, czy przypadkiem ten głaz, bądź krzak obok, nie jest przypadkiem kimś z nas w zrolowanym śpiworze.
  Jeśli o same śpiwory chodzi. Wyścibienie nosa spoza jego strefę było nazwijmy to wysoce nieprzyjemne. Nie tak sobie zapamiętałem temperaturę na zewnątrz, kiedy kładłem się spać. Mógłbym przysiąść, że było cieplej. Teraz każdy, zaraz po przebudzeniu, trząsł się z zimna. 

Zielone wyspy pośród morza mgieł

  Uczucie chłodu dodatkowo potęgowała oblepiająca mgła. Gdy wreszcie się rozproszyła, w pełni odsłoniło się tutejsze piękno. Ta baśniowa sceneria, którą tak doskonale znaliśmy z wcześniejszych wojaży. Zrobiło się nieopisanie cudownie. A potem było tylko cudowniej i cudowniej. W końcu tarcza Słońca wynurzyła się zza wzgórz w pełnej krasie. Przyglądaliśmy się temu wszystkiemu opatuleni, z na wpół otwartymi oczami, domagającymi się jeszcze choć trochę drzemki. Spojrzenie trwające kilka minut, zmieniło się we wspomnienie bliskie naszym sercom, w których bez wątpienia zadomowi się na wiele, wiele dłużej.

Foto: Raku


Foto: Raku

  Spust migawki uruchomił samowyzwalacz. Czerwona lampka zaczęła mrugać. Ustawialiśmy się w pośpiechu, czekając na Bartka, który rzucił się w pogoń. Miał 10 sekund na to, by pokonać drogę dzielącą siostrzane wierzchołki. Zdążył. Pstryk!
  Śledząc wzrokiem pozostałych widziałem rysujący się na ich twarzach uśmiech, przyćmiewający wszystko dookoła. Te wszystkie trudy, zmęczenia. Nie potrzebowaliśmy żadnych słów. On mówił wszystko. Byliśmy świadkiem czegoś niesamowitego. Na naszych oczach otwierał się pewien nowy rozdział, do którego drzwi, były dotychczas jedynie ledwo uchylone. Dzisiaj otworzyły się na oścież. Unikalne doświadczenie, którego nigdy przedtem nie doświadczyliśmy. Euforia w czystej postaci. 

Foto: Statyw

Foto: Statyw

  Ze snu na dobre budził się wciąż zaspany tak jak my poranek. Pierwsze ze wschodzących promieni urządziły nam prywatny pokaz laserowy. Ostre słupy światła wcinały się w resztki mgły, a następnie rozczepiały na pojedyncze wiązki. 
  Euforia, która przed momentem jeszcze wśród nas gościła, prędko zdążyła przerodzić się w smutek. Doskonale wiedzieliśmy, że tuż za Miedzianką, nasza przygoda dobiega już końca... 

Pokaz laserowy

Królowa świętokrzyskich gór muskana przez pierwsze promienie

Koncertujący trznadel