Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pasmo Przedborsko-Małogoskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pasmo Przedborsko-Małogoskie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 sierpnia 2021

Wycieczka nr 92: POJEZIERZE ŚWIĘTOKRZYSKIE CZ.3

 17.04.2021

Skład: Kamila, Locht, Brajan, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Ludynia PKP - Niwiska Gruszczyńskie - Gruszczyn - G. Święty Michał - Nowa Huta -Torfowisko Wielki Ług - Żurawski Ług - Kłm. Dybkowa - Gnieździska - Wrzosówka - Małogoszcz PKP, ok. 22 km


   Ścieżka wspinała się łagodnie na zalesione wzgórze, a my wraz nią. Po wieczornych opadach zdążyła zamienić się w błotnistą breję. Przesiąknięta ziemia wraz z wodą spływała wąskimi strużkami w dół stoku. Z igieł zwisały ciężkie krople deszczu. Tak ciężkie, że po chwili spadały. Wilgoć przepełniała powietrze. Była odczuwalna w każdym oddechu. Oblepiała.
  Zza ściany drzew wyglądała ku nam równina pól. Biła swą węglistą czernią, która wyraźnie oddzielała się na tle jasnego horyzontu. 


  Naszym poczynaniom przyglądało się niewielkie stado saren z dwoma kozłami na czele. W dniu takim jak ten, zwierzęta czuły się swobodniej. Mniej obawiały się potencjalnych zagrożeń, dzięki czemu dało się podejść do nich bliżej. Skradaliśmy się po cichu, unikając gwałtownych ruchów. Łby ze spiczastymi uszami co jakiś czas odrywały się od jedzenia, by się rozejrzeć po okolicy. Wtedy zatrzymywaliśmy się w miejscu. Przypominało to zabawę w raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy.

Leśny system wczesnego ostrzegania

  Parę minut później staliśmy przy ruinach. Schowane w środku lasu, miały w sobie coś mistycznego. Sama ich historia również skrywa wiele sekretów. Wciąż nie jest znane przeznaczenie, czy fundator obiektu. Po tym, co się zachowało można przypuszczać, że niegdyś był to kościół. Być może obronny. Niektóre informacje mówią, że został przekształcony w zbiór ariański. I to jeszcze w XVI w, czyli w prawdopodobnych początkach swojego istnienia. 
 
Jeszcze przed II wojną światową ruiny posiadały wysoką frontową ścianę. Zniszczyli ją Niemcy, wykorzystując pozyskany z niej materiał do utwardzenia dróg

  Pod zadaszeniem pobliskiej wiaty zostawiliśmy plecaki i trochę lżejsi udaliśmy się zgłębiać tajemnice ruin. W środku zastaliśmy mnóstwo dewocjonaliów. Od różańców i figurek świętych utkanych w dziury muru, po wyblakłe już obrazy, a nawet dywanik z podobizną papieża. Główną uwagę przyciągał wyglądający na zupełnie nowy ołtarz. Raz do roku, a dokładniej w dzień wrześniowych imienin Michała odprawiana jest przy nim msza. Zjeżdżają się wtedy mieszkańcy okolicznych wsi, by następnie po uroczystościach wspólnie świętować na odpuście.



   Ruiny powoli opanowuje roślinność. Wysokie na kilkanaście metrów sosny okrywają je kołderką chroniącą od wiatru. Trawy przerastają ściany, resztki murów pokryte są plechami krzaczkowatych porostów. A podobno jeszcze sto lat temu na wzgórzu nie rosło ani jedno drzewo. "Kościół" widać było wtedy z Chęcin. Dzisiaj stojąc w tym miejscu ciężko w to uwierzyć.

Foto: Raku

Miniaturowe ogrody

Punkt widzenia

   Krótko po rozdzieleniu się, stanęliśmy na szczycie niewielkiego wzgórza. Rosły tu żółte kobierce pierwiosnków. Z góry widać było niewiele, głównie za sprawą paskudnej mgły. Musieliśmy zadowolić się panoramą ciągu pobliskich domów, w stronę których zmierzaliśmy. Asfalt pojawił się za zakrętem, tam też czekali pozostali. 

Wychodnie szarych wapieni wypatrzone wśród przydrożnych krzaków. Tworzyły niewielką grzędę na długości kilkudziesięciu metrów

Być może w pobliżu niegdyś działał lokalny kamieniołom, a wydobywany kamień posłużył do budowy okolicznych domów.

  Następny kilometr prowadził przez wieś. Swojski klimat utrzymywał się na każdym kroku. Za rozpadającymi się płotami biegały nakrapiane perliczki, kaczki i gdaczące kury. Na jednym z podwórek dostrzegliśmy nawet woliery z ozdobnymi gatunkami bażantów. Wkraczając na ścieżkę wiodącą podmokłymi łąkami, głosy domowych ptaków umilkły. Nad naszymi głowami pojawiła się parka polujących myszołowów, wydająca charakterystyczne piskliwe tony. Chwilę potem z traw z turkotem wystrzeliły przestraszone bażanty. Im bliżej ściany lasu, tym okolica ożywała coraz silniej.



   Pod koniec okresu zlodowaceń północnopolskich osady w postaci lotnych piasków były przewiewane z miejsca na miejsca, aż napotykały większą przeszkodę, gdzie się gromadziły. Tak z czasem powstawały wydmy. Większość z nich porosły już bory sosnowe. Przykryły dywany białych chrobotków i wrzosy. 
   Szerokie drogi stopniowo znikały. Prześwitów między drzewami również ubywało. Zastępowały je wąskie ścieżki i pasy coraz większych chaszczy. W dotychczasowych, niemal suchych rowach melioracyjnych stała woda. A zamiast kolejnych sosen pokazywały się coraz to większe olsze i wierzby. Był to wyraźny znak, że zbliżamy się do torfowisk, że jesteśmy naprawdę blisko.

Foto: Raku

Tunel

  Tutejsze torfowiska przejściowe obejmują obszar ok. 17 ha. Składają się z dwóch kompleksów oddzielonych od siebie lasem: Wielkiego Ługu i znacznie mniejszego - Białego Ługu. Ługiem dawniej określano wszelkie podmokłości, stąd te nazwy. Od zamierzchłych czasów miejsca te służyły mieszkańcom do pozyskiwania torfu opałowego i służą nadal, tyle że na znacznie mniejszą skalę.

Foto: Raku

Wielki Ług

  Pierwsze metry dało się znieść. Sprężyste kępy situ i innych traw wystarczały. Niedługo potem i one przestały wystarczać. Wody przybyło, jej poziom się podwyższył i rozlewała się już wszędzie. Ratowaliśmy się jak mogliśmy. Skakaliśmy na niewielkie wysepki z żurawiną i karłowatymi sosnami. Bugli na prędce owinął swoje skórzane opinacze znalezionymi w plecaku reklamówkami. Jedynie Locht był na wygranej pozycji w swych nieprzemakalnych kaloszach. 
  Z czasem woda zaczęła wlewać się do środka butów, zatapiając ich wnętrze jak dziurawy pokład okrętu. Przestało już komukolwiek zależeć na unikaniu większych podmokłości. Brnęliśmy przed siebie, nie patrząc nawet pod nogi, z myślą, by jak najszybciej się stąd wydostać. 
 
- Kuba, ale po co tu jesteśmy? - wystrzelił nagle Brajan.
Wkoło rozległ się wybuch śmiechu. Uśmiech pojawił się u wszystkich i został jeszcze na długo, bo tak właściwie nikt nie znał odpowiedzi na to pytanie. 
  Zbliżaliśmy się do największego bajora. Nogi zadzieraliśmy już bardzo wysoko. Zaczęło się zasysanie. Wciągało przy większym ruchu. Wilgoć chłonęła, torfowisko ożyło i na nowo pożerało nasze buty. Drugi brzeg był już coraz bliżej. Pierwsi dostali się na niego Raku z Lochtem. Wkrótce dołączyli pozostali. Myśleliśmy, że za ścianą przybrzeżnych zarośli znajduje się już droga. Torfowisko jednak nie miało zamiaru nas tak szybko wypuścić.  

Foto: Raku

Ogromna kałuża 

  Zamiast drogi pojawiły kanały, którymi woda uchodziła do sąsiedniego Białego Ługu. Na szczęście dla nas na tyle wąskie, że dało się pokonać je oddając solidny skok. Poważny problem pojawił się wówczas, gdy ujrzeliśmy przed sobą rozlewiska i przepływającą środkiem rzeczkę. Przez całą jej szerokość przerzucono pniak. W całości pozbawiony kory, przez co wydawał się niesamowicie śliski i taki też był. Obaliły go zapewne tutejsze bobry. Przy okazji mogły jeszcze zmajstrować jakąś poręcz. A tak sami musieliśmy zadbać o to, by przedostać się w miarę bezpiecznie. 
  W krzakach odszukaliśmy dwa patyki. Stawiając stopy jedna za drugą, wykonywaliśmy powolny ruch do przodu. Z każdym krokiem, ręka trzymająca patyk wbijała go w muliste dno. Czynność tą powtarzaliśmy dopóki nie doczłapaliśmy na brzeg. 
  Znajdowaliśmy się na nim już wszyscy prócz Brajana, który stał przy końcu kłody. Nagle zaczął tracić równowagę. Widząc to ruszyłem z pomocną dłonią. Chwyciłem go mocno i pociągnąłem do siebie. Jednocześnie sam się zachwiałem i  po chwili obaj wylądowaliśmy zanurzeni po łydki w wodzie.

  Za ścianą zarośli pojawiła się kolejna, a za kolejną następna i tak do momentu, gdy władzy nad okolicą nie przejęły ostrężyny. Wystające kolce chwytały i raniły. Krzywiąc się z bólu w końcu wydostaliśmy się na drogę. Teraz miało być tylko przyjemnie. 

Trudy przeprawy. Nikt nie mówił, że będzie łatwo

Foto: Raku

  W dali pobłyskiwała już tafla jeziora. Opięte rękawy przylegały do przepoconych kurtek przeciwdeszczowych. Z przesiąkniętych butów co jakiś czas wypływały resztki wody. Czasem nawet wydostawały się bańki powietrza. Byliśmy zmarznięci, przemoczeni i trochę źli. Z utęsknieniem wypatrywaliśmy miejsca, gdzie dałoby się rozpalić ognisko. 

Unoszące się na wodzie niczym malutkie wysepki płaty torfowisk

Foto: Raku

Jezioro Żurawski Ług

  Dmuchaliśmy z całych sił, podsycając tlący się żar. Płomień rósł w oczach, choć wciąż był niewielki. Ledwo strawił papierową podpałkę. Dorzucaliśmy do niego oszczędnie. Suchego drewna mieliśmy tyle, ile udało mi się upchać do plecaka przed wyjściem z domu. Wystarczyło go na jakieś góra 20 minut. Te leżące w lesie było zbyt wilgotne i zgnite, by nadało się na opał. 
  Kiedy płomień był już dostatecznie wysoki, usiedliśmy wkoło. Pochylając się nad ogniskiem, wyciągnęliśmy zziębnięte dłonie. Na patykach piekła się kiełbasa podzielona w akcie prometeizmu na sześć równych kawałków. Zrobiło się przyjemnie ciepło. Bardzo przyjemnie.
  Ognisko powoli przygasało, aż zgasło ostatecznie. Dla pewności popiół zalaliśmy wodą, a następnie przysypaliśmy jeszcze ziemią i ruszyliśmy na ostatnią prostą.

Foto: Raku

Na dalszym planie żuraw spacerujący z czaplą białą

   W zależności od poziomu wody powierzchnia jeziora waha się od 7 do nawet 20 ha. Głębokość dochodzi do 1,5 m, co czyni go najgłębszym na całym Pojezierzu Świętokrzyskim. Miejsce to jest przede wszystkim ostoją dla wielu rzadkich gatunków wodno-błotnych; głównie ptaków. W okolicy gniazdują bociany czarne, czaple i żurawie. Do niedawna widywano również cietrzewie. 



   Torfowiska udało się obejść. I dobrze, bo nikt po tym wszystkim nie miał zamiaru znowu wylewać wody z butów, które dopiero co zdążyły trochę obeschnąć przy ognisku. Skarpety przynajmniej częściowo też wydawały się być suche i nic nie wskazywało na to, by miało się to zmienić. Przynajmniej na razie. 
  Po wyjściu z lasu, byliśmy już w Gnieździskach. Stąd asfalt ciągnął się aż do samej stacji, mijając po drodze licznie ulokowane wzdłuż drogi kamieniołomy. Przemysł wydobywczy kwitł tu w najlepsze, choć lata świetności dawno ma za sobą. 
  Gnieździska to dawna wieś królewska. Swą nazwę wzięła prawdopodobnie od słowa wskazującego na miejsce obfitujące w gniazda ptaków, których rzeczywiście jest tu sporo. Przekonaliśmy się o tym niecały kilometr dalej. Tuż przed bramą wjazdową, na chodniku siedział mały dzwoniec. Zaciekawieni podeszliśmy bliżej, by mu się lepiej przyjrzeć. Nie uciekał, nawet gdy się nad nim pochyliliśmy. Wyglądał na wyczerpanego. Być może uciekał przed jakimś drapieżnikiem i teraz chciał chwilę odpocząć, by powrócić zregenerowanym do lotu.

Foto: Bugli

Pierzasty malec

  Za ogrodzeniem jednego z domów zbudowanych z szarych pustaków, skręciliśmy w lewo, gdzie swój początek miała biała, żwirowa droga. Zaprowadziła nas wprost na krawędź wyrobiska. Kilka metrów pod nami znajdował się niższy poziom. By się tam dostać, zeszliśmy po skalnym cyplu. Wąska ścieżka biegnąca grzbietem, gwałtownie opadła. W dół posypał się deszcz kamieni. Wraz z nimi zsunąłem się lekko w dół. Zaraz po tym, gdy pojawiły się wystające fragmenty skały, zrobiło się stabilniej. Wreszcie dało się czegoś złapać. Potem było tylko łatwiej i łatwiej, aż ostatecznie znaleźliśmy się na dole.



  Odsłaniały się tu wapienie, margle i krzemienie jurajskie. Skrywały bogate skamieniałości fauny dawnego morza, które niegdyś zalewało pobliskie tereny. Przy odrobinie szczęścia można natknąć się na gąbki, szczątki ramienionogów, czy znane wszystkim amonity. Licząc na to, że i nam uda się odnaleźć coś ciekawego, zabraliśmy się do poszukiwań. W ruch poszedł młotek o drewnianym stylu, który przy mocniejszym uderzeniu ciągle wypadał. Taka cecha wyróżniająca go spośród innych, wyglądających podobnie młotków. Rozłupywaliśmy ogromne głazy, na mniejsze kawałki, które mogliśmy spokojnie zmieścić upchać do plecaków. Musieliśmy jedynie uważać, by nie naruszyć samych skamieniałości i nieustannie kontrolować czas, dzielący nas do pociągu. Stale go ubywało i by nie dopuścić do sytuacji, w której musielibyśmy biec, kwadrans później udaliśmy się w kierunku Małogoszczy.
   
Rostrum belemnita (przedstawiciela rzędu wymarłych głowonogów)

Foto: Locht

Poziome warstwowanie wapieni uformowane pod wpływem prądów dennych

   Nieplanowane skróty okazały się niepotrzebne. Przyjemna łąka w jednej chwili zmieniła się w podmokłą i buty na nowo wypełniły się wodą. Kto mógłby się tego spodziewać stojąc przed szerokim pasem trawy. Wyglądał zupełnie zwyczajnie. 
  Aż do stacji towarzyszył nam głośny chlupot wody połączony z mlaskaniem. 

Dawno nie używany Ził strzegący wejścia do czynnej kopalni Lipkowa Góra

niedziela, 28 lutego 2021

Wycieczka nr 83: NA KRAŃCACH PASMA PRZEDBORSKO-MAŁOGOSKIEGO

 29.12.2020

Skład: Makumba, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Bukowa PKP - G. Piekielnica - Kłm. Bukowa - Cieśle - Źródło "Stoki" - Dziadówki - Kłm. Małogoszcz - Leśnica - Małogoszcz PKP, ok. 24 km

Za nami 12 najdziwniejszych miesięcy z jakimi przyszło się zmierzyć. Piętrzące się na każdym kroku przeszkody, nietuzinkowe ograniczenia, a to wszystko przyprawione szczyptą nieustannej niepewności. Mimo tak wielu trudności, niezwykle cieszę się, że działalność wycieczkowa nie została w tym okresie uśpiona na dobre i w ów hibernacji nie oczekiwała "lepszych czasów". I choć rzeczywiście liczba wycieczek w porównaniu z ubiegłymi latami, znacząco spadła, to i tak z każdej wyprawy czerpaliśmy pełnymi garściami, zdając sobie sprawę, że może okazać się tą ostatnią. Czasem nawet krótki wypad tuż za granicę miasta wystarczył, abyśmy mogli przypomnieć sobie o dawnej normalności i ponownie spotkać się razem. A takiego kontaktu potrzebował każdy z nas, siedząc od wielu tygodni w czterech ścianach. Nieraz trzeba było się nieźle nakombinować, by wszystko odbywało się w sposób legalny, a przede wszystkim bezpieczny. Koniec końców się udało, a efektem tych działań są piękne wspomnienia. Rok 2020 zdecydowanie upłynął pod znakiem odkrywania nowych obiektów geologicznych. Stanowił również przełom w naszej fascynacji torfowiskami, która przerodziła się w prawdziwą miłość. Pierwszy wakacyjny wypad w góry, pierwsza wycieczka z dystansem powyżej 35 km, czy pierwsza noc spędzona w namiocie. Całkiem sporo było tych pierwszych razy, podobnie jak nowych osób, które pojawiły się na wycieczkach, podczas których łącznie przebyliśmy 536 km. I tak nadszedł dzień, w którym miała się odbyć wycieczka żegnające wszystkie powyższe chwile. Ostatnia w 2020. 

Rano deszcz dudnił o szyby naszych okien z siłą, przypominającą energiczne stukanie dzięcioła w pień lekko spróchniałego drzewa. Wierząc jednak prognozom, które mówiły, że za kilka godzin zza chmur wyłoni się Słońce, wygramoliliśmy się z domowych pieleszy i ruszyliśmy na spotkanie z duchem przygody. Kiedy tylko drzwi pociągu otworzyły się, swoje kroki skierowaliśmy wprost pod daszek przystanka, by tam przeczekać największą ulewę. Pół godziny później, mimo, iż jeszcze trochę siąpiło, postanowiliśmy rozpocząć wędrówkę, by wyrobić się ze wszystkim na czas. Przemierzając kolejne, zawiłe metry mokrego asfaltu, dotarliśmy niebawem do przejazdu kolejowego, skąd do pierwszej z atrakcji mieliśmy niecały kwadrans. U wrót ścieżki prowadzącej wprost do niej, widniała mało zachęcająca tabliczka z zakazem wstępu - teren prywatny. Nie słuchając jej zbytnio, (wszak każdy może sobie taką tabliczkę postawić na losowo wybranej ścieżce), wkrótce znaleźliśmy się na niewielkim wzgórzu. Jego zachodni stok pokrywały pola uprawne, których zapewne ona strzegła. My jednak kulturalnie obeszliśmy je znajdującą się poniżej dróżką.


Idąc nią, ostatecznie weszliśmy na okoliczną górkę o jakże wdzięcznej nazwie Piekielnica. Słynie ona jako wspaniały punkt widokowy, z którego widać doskonale m.in okolicę Łopuszna, a nawet niektóre z kieleckich osiedli.

Foto: Raku


Wapienna wychodnia na szczycie
Foto: Raku

Towarowy wjeżdżający w widoczny z daleka przekop kolejowy

Cały jej szczytowy grzbiet zbudowany jest z wapieni, głównie jurajskich, które miejscami tworzą urokliwe wychodnie, a nawet skryte w krzakach kilkumetrowe skalne ściany. Te przypominają swym wyglądem formacje z Czubatki.

Foto: Raku


A tutaj inna perspektywa


Ściany skalne mierzące nawet 4,5 metra wysokości


Jak na każdej wycieczce, również i na tej, nie mogło również zabraknąć sesji fotograficznej, a miejsce takie jak to nadawało się do tego idealnie.

Chwila dla reportera
Foto: Bugli

Wesoła ekipa i smutny widok ludzkiej głupoty oraz egoizmu

Nim postój dobiegł końca, deszcz zanikł całkowicie, a Słońce nieśmiało wyłoniło się zza popielatych obłoków. Wiatr, który od rana nie ustawał na sile, prędko rozganiał chmury, dzięki czemu z minuty na minutę, pogoda stawała się nie do poznania.

Samotne drzewko z pasiakiem w tle

Okno pogodowe

Ale wycieczka to nie tylko pogoda, która jest tak wdzięcznym tematem do pisania. To również wachlarz wrażeń. A im dłużej wędrowaliśmy, tym zaczęło robić się coraz ciekawiej. 

Foto: Raku

Najpierw ścieżka, którą dotychczas podążaliśmy, musiała zostać zastąpiona, na rzecz przedzierania się przez gąszcz. Z pomocą wówczas przyszły długie ostrza noży Bartka i Makumby, które pozwoliły stworzyć coś na kształt tunelu, którym mogliśmy wydostać się na otwartą powierzchnię, gdzie odsłoniła się piękna panorama sąsiedniego wyrobiska Kopalni Bukowa.

Jeden z licznych łomików wapienia, skrytych w gęstwinie chaszczy

Foto: Raku

W celu zrobienia kilku fajnych fotografii, postanowiliśmy wejść na przydrożną hałdę i konsekwentnie zbliżyć się do krawędzi kamieniołomu. 

Foto: Raku

Po trudach wspinaczki, znaleźliśmy się poziom wyżej. By dostać się do celu, zostało nam jedynie pokonać drogę dla ciężarówek wywożących urobek. Ze zwinnością kulawego zająca, w komplecie przedostaliśmy się na drugą stronę i zaszyliśmy się w sosnowym młodniku. Pełni ostrożności, wciąż będąc w miarę bezpieczni, rozdzieliliśmy się na dwa zespoły. Jeden został z plecakami pozostałych, a drugi udał się na zwiady i rozpoznanie terenu, które okazało się strzałem w dziesiątkę. Czemu? Odpowiedź tkwi w poniższych zdjęciach. Bowiem, gdybyśmy poszli dalej, wydostalibyśmy się wprost na najbardziej strzeżoną część kopalni. Świetnie, nieprawdaż :)

Tych kilka sosen, które załapały się na kadr pokazuje jak blisko byliśmy tej szarej budki,
 znajdującej się w lewym dolnym rogu zdjęcia.
Foto: Raku

Małogoska cementownia. Daleko, jeszcze bardzo daleko.
Foto: Raku

Foto: Raku

Kiedy plan spalił na panewce, trzeba było zawrócić, a tym samym ponownie pokonać niebezpieczną drogę. Na szczęście warkot silnika ciężarówek był dosyć głośny i udało nam się go usłyszeć na tyle wcześnie, by uniknąć niemiłego spotkania. Skuleni w krzakach, w pobliżu najwęższego miejsca drogi, oczekiwaliśmy odpowiedniego momentu, by wylecieć jak strzała z ręki wprawnego łucznika.

#Rambo
Foto: Raku

Po dwóch kursach rozładunkowych, udało nam się w końcu znaleźć na bezpiecznych polach. Wcześniejszy pomysł uległ lekkiej modyfikacji i dalej wędrowaliśmy trawiastymi połaciami, stanowiącymi przyrodniczy kontrast dla pobliskiego fabrycznego krajobrazu.

Trochę prześwietlone, ale chmurki ładne

Oddzieleni z jednej strony gęstą, wiejską zabudową, a z drugiej wielką dziurą w ziemi, nie mieliśmy dużego pola popisu i szliśmy wprost przed siebie.

W stronę domostw
Foto: Raku

Sama kopalnia swoją działalność rozpoczęła jeszcze w latach 20-tych XX wieku. Eksplorując przez lata wapień górnojurajski, rozrosła się do rozmiarów jednego z największych tego typu obiektów w kraju.

Niedługo potem stanęliśmy na wierzchołu niewielkiego pagórka, skąd roztaczał się przyjemny widok na okolicę. 



Mimo weekendu ciężki sprzęt pracował w najlepsze, a niektóre z czynnych maszyn znajdowały się wyjątkowo blisko nas. By nie wchodzić im zbytnio w paradę, udaliśmy się w kierunku wspomnianych wcześniej domów, w nadziei, że uda nam się jakoś przedostać na ulicę.


Na drodze prowadzącej wprost do zakładu
Foto: Raku

Niestety, kiedy znaleźliśmy się już bliżej, okazało się, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest kontynuowanie wędrówki wzdłuż wyrobiska. Trochę potrwało, abyśmy z polnych ścieżek wydeptanych przez sarny, wydostali się w bardziej cywilizowany obszar.

Foto: Raku

Piaskowe góry i brunatna sawanna
Foto: Raku

Gdy przekroczyliśmy asfalt, znaleźliśmy się na szutrowej drodze, którą dreptaliśmy jeszcze przez kilka dobrych kilometrów, w towarzystwie rozciągających się na horyzoncie krajobrazów Płaskowyżu Jędrzejowskiego.


Symetria jesiennych pól

Do kolejnego ciekawego miejsca dotarliśmy po krótkim odpoczynku, zwieńczonym opróżnieniem jadalnej zawartości wnętrza naszych plecaków. Ów miejscem było źródło zwane przez miejscowych "Stoki". Zasila ono, a właściwie zasilało -bo podczas naszej wizyty doszczętnie wyschło- niewielki strumyk o nazwie Struga Żarczycka. Niegdyś był to punkt spotkań okolicznych mieszkańców noszących stąd źródlaną wodę wprost do swoich domów. Teraz spokojne miejsce, z samotną drewnianą ławeczką w pobliżu.

"Źródło" Stoki
Foto: Raku

Dalej przemierzaliśmy sosnowe bory, przez korony których nierównomiernie przebijały się wiązki popołudniowych promieni. Smagały one nasze policzki, rumiane od dotychczasowego wysiłku wędrówki.

Foto: Raku

Wkrótce przyszedł czas na kolejną ciekawostkę. Myślę, że akurat w tym przypadku słowo to nie zostało użyte nad wyraz, gdyż to, co zobaczyliśmy raczej trudno traktować inaczej.

A tak prezentowała się przestrzeń około 8 km nad naszymi głowami
Foto: Raku

Kilka rozpadających się ścian z daleka przypominało jakiś pustostan. Z bliska z resztą też. Mało kto jednak wie, że przed laty istniał tutaj prawdziwy przysiółek z krwi i kości. Pod koniec lat 70-tych zamieszkiwało tutaj jeszcze 6 rodzin. Mieszkańcy jednak sukcesywnie przeprowadzali się do pobliskich Ciesiel. Głównym powodem bez wątpienia była wygoda i chęć zdobycia udogodnień, które mieli pozostali. Mowa tu o prądzie, czy dostępie do bieżącej wody - dwóch aspektów, bez których większość z nas nie wyobraża sobie obecnego życia. Populacja Dziadówek, bo taką nazwę nosił przysiółek drastycznie spadała przez kolejne lata. I tak ostatecznie w 1994 wyprowadził się ostatni z mieszkańców. Od tego czasu budynki mieszkalne i gospodarcze, popadają w ruinę i straszą każdego, kto zbłądził w te strony.

Foto: Raku


Znalezienie czytelnych znaków tego szlaku było dla mnie sporym zaskoczeniem, zwłaszcza, że na wielu mapach po prostu nie istnieje

Słońce coraz bardziej obniżało się na horyzoncie. Jak przystało na jeden z grudniowych dni, zaczynało się ściemniać już kilka minut po piętnastej. Była 13:15. Nie mieliśmy więc zbyt wiele czasu, by odwiedzić jeszcze jedną lokalizację, a jednocześnie zdążyć na pociąg.


Góra Spinkowa na horyzoncie

Wspinając się stromym stokiem na Górę Spinkową, otoczoną zewsząd żółtymi tabliczkami z zakazem wstępu, niczym jakiś afisz reklamowy; nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jaką niespodziankę skrywa jej szczyt. Mowa oczywiście o zapierających dech w piersiach widokach.

Krótki rzut oka na fragment trasy, którą tego dnia przeszliśmy


Niebezpieczeństwa brak, a nawyk ukrywania się pozostał.

Kamieniołom Leśnica

Trafiliśmy akurat na około pół godziny przed zachodem Słońca, czego nagrodą były złote widoki. Jeśli zaś chodzi o to, co jest tutaj wydobywane, to prócz wapieni górnojurajskich, eksploruje się również margle. Samo zaś wyrobisko dosyć mocno wgryza się w sąsiadującą z nim górę, tworząc charakterystyczny element okolicznego krajobrazu. Stąd jednak, gdzie się znajdowaliśmy, było to zupełnie niewidoczne.


Foto: Raku

Jedno zdjęcie, dwa kamieniołomy

Zbliżenie na detale jednego z poziomu wyrobiska

Foto: Raku

Niby kolejny tego dnia kamieniołom, a jednak zupełnie inny. I nie chodzi o rozmiary, bo ten liczy sobie 73 ha powierzchni, ale o sam efekt WOW. W poprzednim obiekcie takiego efektu nie było. Myślę jednak, że przyczyniła się do tego jego wzmożona aktywność. Czego nie można było powiedzieć o Leśnicy, gdzie było cicho, pusto i pięknie. Widok tutejszego kamieniołomu, mógłby nawet dawać złudne wrażenie, że jest on nieczynny, gdyby nie te znajdujące się w oddali budynki cementowni.

El bandito
Foto: Raku

Łysa glaca w ciepłe dni popłaca

Na pociąg zdążyliśmy. I to idąc w blasku zachodzącego Słońca.