Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyżyna Częstochowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyżyna Częstochowska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 września 2022

Wycieczka nr 109: SZLAKIEM ORLICH GNIAZD CZ.7


4.09.2021

Trasa: Lusławice PKP - Czepurka - Pabianice - Siedlec - Suliszowice - Kapuśniak - Brama Suliszowicka - Skała Molenda - Skały Pustelnika - Skała Dinozaur - Brama Siedlecka - Uroczysko Bogdaniec - Piasek - Czepurka - Lusławice, ok. 29 km

  Wewnątrz ciebie rozchodzi się ciepło. Rozlewa się falą. Jakby płonęła ci dusza. Wkrótce przychodzi oczekiwany dreszcz ekscytacji, który narasta z następnym oddechem, ruchem. Na moment przenosisz się do innego świata. Zapominasz o czyhającym zewsząd niebezpieczeństwie. A potem jak ukłucie szpilką - nagle i boleśnie daje o sobie znać strach. Upadek przecież jest tak realny i może się przytrafić każdemu. Tobie też. Doskonale o tym wiesz, lecz udajesz, że cię to nie dotyczy.
  Wreszcie stajesz na szczycie. Co teraz? Przez ułamki sekundy czujesz się zdobywcą. W końcu u stóp masz cały świat. Przynajmniej tak ci się zdaje. I do tego ta nieopisana wolność, jak gdyby ktoś wyposażył cię w skrzydła. To właśnie o nią chodzi. Dla niej ryzykujesz. 
  Bierzesz głęboki oddech i... wszystko bezpowrotnie mija. Orientujesz się, że przed tobą najgorsze - zejście.
  Jeśli znasz to uczucie, to choć raz w życiu musiałeś stawić czoła wspinaczce.


  Do Suliszowic docieramy pokonawszy 8 kilometrów asfaltu oraz atak zgagi. Bo tak to już jest, że człowiek na widok pola złocącej się kukurydzy dostaje bzika. Przecież jedna kolba nikomu nie zaszkodzi? - myśli sobie. A kiedy pokusa wygra, nagle, ni stąd ni zowąd wszystko kończy się ucieczką przed rolnikiem i przegryzaniem kolby w biegu. Istny galimatias. W takim pośpiechu ledwo idzie obrać kukurydzę z liści, a co dopiero sprawdzić, czy jest dojrzała. 
  Mówili, że kradzione nie tuczy. Czemu tylko nikt nie wspominał, że kosztem żołądkowych rewolucji? Nie żeby nam się takie coś przytrafiło. Gdzie tam. I wcale wściekły rolnik nie okazał się być dumnym posiadaczem traktora z sąsiedniej wioski, którego interesowaliśmy tyle, co zeszłoroczny śnieg. Podobnie jak to, że najedliśmy się więcej strachu niż kukurydzy (dzięki Bogu; aż się boje jak przeżyłyby to jelita). Skądże. Nigdy nic takiego nie miało miejsca.
  Popcornu dziś nie będzie.
 
  Nim zdążyliśmy zapomnieć na dobre, że bądź co bądź jesteśmy na jurze, z warstwy drzew przebiła się pierwsza, nie widziany od dwóch godzin skała. Odtąd nareszcie mogliśmy rozpocząć przygodę w prawdziwie jurajskim stylu. 

I co przypomina Wam Muminka?  

Oględziny

  Krótki rekonesans, obejście i atakujemy Muminka! Nadawał się w sam raz na rozgrzewkę i pobudzenie wspinaczkowego apetytu. Pokrótce głód przygody zagnał nas pod linię wysokiego napięcia, gdzie podążaliśmy pasem wykarczowanym z drzew. Metalowe słupy spisały się jako azymut wyznaczający kierunek marszu. I tak sobie wędrowaliśmy mając 110 kV nad głową. Czasem tylko prąd zatrzeszczał. 
  Niebawem opadliśmy wraz ze stokiem wzniesienia. Przed nami w momencie ukazał się bór. Może nie wyglądał imponująco, lecz prędzej, czy później musieliśmy go przebyć. Na razie jednak ścieżka wiła się pośród sosnowych zadrzewień z gracją, stroniąc od krzaków. Rodzaje nawierzchni zmieniały się jak w kalejdoskopie. Zanim zdążyliśmy przyzwyczaić się do sypkiego piachu, już pojawiała się trawa. I trafiliśmy na łąkę.
  Dla odmiany ta była zarośnięta wszelkiej maści dziką różą i jałowcem. Przedzierańsko stało się nieuniknione. Ale co tam, warto było. W końcu nie na co dzień ma się okazję zobaczyć skalną bramę, która stanowi swoiste wrota do świata skałek.
  Prości z nas ludzie. Widzimy skałę i natychmiast dostajemy głupawki. Cieszymy się jak dzieciaki zaprowadzone do sklepu ze słodyczami. Ślinka też nam cieknie ;) Potem oddajemy się bez reszty wspinaczce. Nie inaczej było i tym razem.

Na tle Bramy Suliszowickiej utworzonej w Skale Samcowizna
Foto: Statyw

Galion
Foto: Raku

  Stanie na skalnej bramie to zupełnie jak stanie na skalnej wyspie. Błękitny horyzont ze swymi falującymi w oddali wzgórzami niczym morze. Punktowo stroszą się wapienne grzbiety, ostańce. Prezentują się majestatycznie. I pomyśleć, że wkrótce na niektóre z nich się wdrapiemy i podobnie będziemy zachwycać się rozległymi widokami, które nam zaserwują. 
  Wcześniej jednak trzeba jakość zejść.

  Nie ułatwia tego biegnącą dołem ścieżka, którą zagarnęły ostrężyny. Pod nogami mamy jedynie dywan sprężyście uginających się pnączy. Jakbyśmy stąpali po ogromnej trampolinie. Tyle, że jeżyny nie pozwalały skakać. Oplątywały się wokół kostek, po czym chwytały setkami kolców wbijających się w skórę. 
  Kilkaset metrów dalej jeżyny ustąpiły. Znaleźliśmy się na węźle dróżek wydeptanych przez wspinaczy. Choć skałek jeszcze nie widzieliśmy (sosnowy młodnik skutecznie ograniczał pole widzenia), to czuliśmy, że się do nich zbliżamy. Aż nareszcie, po ośmiu minutach zawziętej walki z terenem, objuczeni blisko dziesięcioma kilo jakie dźwigaliśmy na plecach - stanęliśmy u stóp celu. Kapuśniak swym rozmiarem onieśmielał. Wizja stanięcia na jego postrzępionym wierzchołku budziła nie tylko strach, ale i fascynację. Fascynację zbyt silną, abyśmy byli w stanie ją poskromić.   



   Trójką zaczęli z tego samego miejsca. Ich rozcapierzone dłonie gładziły powierzchnię wapiennych ścian. Palce wędrowały ku nierównościom, najmniejszym z zagłębień, gdzie doszukiwały się namiastki chwytów. Pracowały też nogi. Wynajdowały szczelin w sam raz, by móc zaklinować w nie buta i tym samym stworzyć punkt podparcia reszcie ciała.
   Pięli się wyżej, a wyżej równało się trudniej. Nieuchronnie zbliżali się do przewieszenia. Tam ciężar całego człowieka dźwigały ręce i tylko one. Dotychczasowe włażenie miało niewiele wspólnego z prawdziwą wspinaczką. Było jedynie dziecięcą igraszką. Wkrótce Kamila miała przekonać się, że przewieszenie to dla niej zbyt wiele. 
  I stało się. Kamila zawisła na 9 metrze. Sama, przylepiona do ściany, bez perspektyw i możliwości odwrotu. Podczas, gdy wszystkiemu bezczynnie przyglądałem się z dołu, z pomocą naszej kozicy ruszył Bartek. Strach powoli opanowywał jej ciało. Przyspieszony oddech stawał się coraz płytszy. Zmęczone przedramiona drżały. Panika szykowała się do natarcia. Była ostatnią rzeczą, której teraz potrzebowaliśmy. Jak wiadomo od paniki droga do upadku niezwykle krótka. A od upadku do... Nie chcieliśmy o tym myśleć.
  Spod przewieszenia dochodziło nerwowe: Bartek pomóż! Raku robił co w swojej mocy, aby jak najszybciej dotrzeć do wystraszonej Kamili. Zszedł już naprawdę nisko. Brakowało ostatniego metra.
Palce Kamili stopniowo poluzowywały uchwyt. Przerażenie rozszerzało oczy. I kiedy nadchodziło nieuniknione, Bartek w porę chwycił Kamilę za nadgarstek. Strach opadł. Serca z gardeł powędrowały z powrotem na właściwe miejsce. 
  Po chwili wszyscy staliśmy się świadkami akcji ratunkowej. Nosiła kryptonim studnia. Kamila bowiem robiła za wiadro, Bartek zaś za kołowrót wciągający. Parę pociągnięć później było po wszystkim. Cała trójka wspinaczy mogła świętować sukces z piętnastego metra, czyli wprost ze szczytu Kapuśniaka. 

   Południowo-zachodnia ściana Kapuśniaka rozpalała wyobraźnię jurajskich wspinaczy od lat. Pierwsze drogi wspinaczkowe wytyczono tu jeszcze pod koniec XX wieku. Zabezpieczano je wówczas spitami oraz ringami z pręta zbrojeniowego. W tym czasie wytyczono takie klasyki jak: "Filip z Konopi", "Szalona Depresja", "Tirówka", czy też "Mis Szaletu". Każda z nich trudniejsza i posiadająca bardziej osobliwą nazwę od poprzedniej. Każda potwornie wymagająca. Przeznaczona tylko dla doświadczonych wspinaczy, którym nie dorastamy do pięt. 
 
Skała Kapuśniak, ale widnieje również pod innymi nazwami: Płetwa, Kapuśna Skała, Szalet...

Skałołaz

Tuż po zażegnaniu chwil grozy

   Minęło niewiele więcej jak czterdzieści minut, kiedy znaleźliśmy się na polach. Ładne to były pola. Gdzieniegdzie wyrastały z ziemi samotne skały. Jakby w zamierzchłych czasach przechadzał się tędy olbrzym, któremu z dziurawej kieszeni wypadła garść gigantycznych głazów. Te powbijały się w ziemię w przypadkowych miejscach. Szczęśliwie znalazło to naukowe wytłumaczenie.  

  Przenieśmy się w przeszłość, o jakieś 150 milionów lat, do górnej jury. Obszar dzisiejszej Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej zalewało wówczas ciepłe morze. Kiedyś to i na Karaiby mieliśmy bliżej :) Stwarzało to idealne warunki do rozwoju form przypominających wyglądem rafy. Z tą różnicą, że zamiast korali budowały je gąbki. Mądre głowy nazwały te gąbko-rafy biohermami. Pozostałości po bogatej faunie biohermów widać do dziś w postaci licznych skamieniałości małży, krabów, czy też znanych chyba każdemu amonitów. 
  Obumarłe szczątki tychże żyjątek osadzały się na niewielkich wyniesieniach morskiego dna. Tam,  (zaraz obok spoiwa kalcytowego) były głównym materiałem budulcowym dla powstających tzw. wapieni skalistych. Skały te cechowały się masywnością i niezwykle wysoką twardością. W trzeciorzędzie doszło do niszczących procesów (denudacyjnych). Pod ich wpływem wapienie skaliste zostały wypreparowane od pozostałych, mniej odpornych typów wapieni. Tym sposobem możemy podziwiać te wszystkie Muminki, Kapuśniaki i inne sterczące ostańce.

Dziurawa Skała zgodnie z nazwą poprzecinana dziurami jak ser szwajcarski
Foto: Raku

8- metrowa Torkowa Skała

  Kolejne kilometry przebiegały według prostego schematu: dziura - wpełzywanie - skała - wspinanie, itd.  Od czasu wejścia w las, zrobiło się paradoksalnie głośniej. Zaczęliśmy mijać innych turystów. Na większych formacjach skalnych spotykaliśmy trenujące obozy wspinaczkowe. Gdzieś między drzewami, na zawieszonych hamakach, młodzi adepci podpatrywali wyczyny starszych kolegów. I tak, na naszych oczach rodził się właśnie narybek przyszłych wspinaczy. A kto wie może i nawet ratowników górskich.
  My tymczasem jak dreptaliśmy wcześniej, tak dreptaliśmy nadal. Szukaliśmy miejsca nadającego się na postój. Nie dało się nie zauważyć tych wszystkich białych kamieni, które stale przebijały się na powierzchnię. Cały las był nimi usłany. Soczysta zieleń buków sprawiała, że wobec niej skały bledły, niknęły maskowane przez wysmukłe pnie. I spośród tej gęstwiny liści oraz gałęzi udało nam się wypatrzeć pewną, wysmukłą basztę znaną wśród lokalsów pod nazwą Dinozaur. Łeb prehistorycznej bestii zdawał się wprost wymarzony, do zaadaptowania go na tymczasowy piknik.
  Na górze zbyt wiele miejsca nie było, więc ścisnęliśmy się jak mogliśmy, przylegając do siebie plecami. Od teraz każdy ruch musiał być opatrzony nie lada ostrożnością. Co by się zbyt silnie nie zamachnąć i nie strącić przypadkiem puszki konserwy. Strata byłaby wówczas niewybaczalna, a ten, kto by jej dokonał z miejsca hańbiłby się tytułem zdrajcy.  

Skały Pielgrzyma
Foto: Raku

Kiedy feniks budzi się do życia z popiołów 

Dinozaur

  Z Dinozaura mieliśmy rzut kamieniem do drugiej już tego dnia skalnej bramy. Ogólnie można posunąć się o stwierdzenie, że w tutejszej okolicy wręcz roi się od podobnych formacji skalnych. Nie szukając daleko. Ledwo 2,5 kilometra stąd wznosi się najsłynniejsza na całej Jurze Brama Twardowskiego. Z nią wiąże się cała masa ludowych podań i zmyślnych legend.
  Niemal tak zmyślnych jak regularne kłamstwo w kilometrażu. Bo jeśli jeszcze nie wiecie, jest to narzędzie manipulacyjne, w moich rękach nadużywane. Jednak czasem bywa i tak, że staje się środkiem niezbędnym do przeżycia. Co wygląda atrakcyjniej? 21, a może prawie 30 kilometrów? No właśnie. Niby odkąd pamiętam stosuję ten sam manewr, a wciąż nadwyżka dziwi każdego identycznie jak za pierwszym razem. Rodzi festiwal narzekania, potyczek na pytania z serii "D" - "Daleko do dworca?", czy też klasycznego - "zaraz się zgubimy". Lecz nic nie dzieje się bez przyczyny. Przez tyle lat wspólnej wędrówki odnaleźliśmy przepis na denerwowanie się nawzajem. A ile przy tym radochy. Nie ulega wątpliwości, że umiemy sobie dogryźć. Ale wiecie co, najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że to jakoś pomaga, motywuje. Z czasem nauczyliśmy się też, że najlepszym sposobem obrony przed wszelkimi docinkami jest poczciwa cisza. Wsłuchując się w nią wystarczająco dokładnie, da się usłyszeć bicie serca i w takt jego uderzeń podążać przed siebie, nie zwracając uwagi na to, co wyprawia się dookoła. 

Brama Brzegowa. Przez niektórych nazywana również Siedlecką.


  Mawiają, że podróże kształcą i ja się czuję po tej dzisiejszej wyedukowany. Coraz częściej nasze wycieczki zaczynają przypominać pościg, zamiast wędrówki w spowolnionym tempie. Zbyt krótko, by poczuć odwiedzane miejsca całym sobą, każdym ze zmysłów osobno. Zbyt krótko, by stać się częścią całej tej podróżniczej magii. Jura zasługuje na coś więcej. Bez wątpienia kiedyś jeszcze tu wrócimy. Na dłużej. Wcześniej jednak czas na pewne zmiany. 

niedziela, 14 listopada 2021

Wycieczka nr 99: SZLAKIEM ORLICH GNIAZD CZ.6

 5.06.2021

Skład: Oliwka, Kamila, Locht, Wojtek, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Kusięta Nowe PKP - Lisia Skała - Góry Towarne - Olsztyn - Kłm. Kielniki - Przymiłowice-Kotysów - Kłm. Turów - Turów PKP, ok.15 km

  Przecięliśmy pas niewykoszonej łąki. Dalej, gdzie okiem nie sięgnąć, królowała gęstwina, zwiastująca nieprzyjemne przedzierańsko. Zarośla chwytały nas w swe kolczaste ramiona, gałęzie ściągały z głów czapki (tym co je mieli), a próby szybszego sforsowania zielonej ściany, kończyły się fiaskiem. Wszystko to trwało do czasu, gdy ponad krzaki, nie wyrósł ostaniec - kawał wapiennej skały, lśniący w słońcu bielą. Cel wydawał się prosty, zakładał stanąć na jego szczycie. Wcześniej jednak musieliśmy się zmierzyć z kilkunastometrową ścianą, a to nie było już takie łatwe, tzn. dla niektórych...

Lisia Skała
Foto: Raku

  Jako pierwszy ruszył Locht, a właściwie jego ręce. W ślad za rękami poszły i nogi. Przyklejony do skały, poszukiwał odpowiednich chwytów. Z pomocą przyszła mu wąska szczelina, przechodząca gdzieś w połowie wysokości ściany. Dawała znikome poczucie bezpieczeństwa i stabilności, wszak w końcu można było się czegoś porządnie złapać i podciągnąć nieco wyżej. Kuba to wykorzystał i kilka minut później stał już na górze. Niebawem dołączył do niego Raku. 
  Widząc z jaką łatwością oraz lekkością przyszła im wspinaczka, postanowiłem, że i ja spróbuje swoich sił. No i spróbowałem. Nie przewidziałem tylko jednego. Podeszwy moich butów nie znały słowa przyczepność i po paru chwilach odpadłem od ściany. Resztę jej długości pokonałem zjeżdżając na tyłku z zatrważającą szybkością. Wylądowałem w krzakach, łamiąc przy okazji kilka gałęzi, a chwilę po mnie, wylądowały zdarte płaty mchu, których rozpaczliwie próbowałem się złapać. Upadek okazał się mniej poważny w skutkach, co komiczny w obserwacji, bo po otrzepaniu spodni mogłem iść dalej, lecz śmiechom jeszcze długo nie było końca.
  A na górze znajdował się punkt widokowy, ciekawe zbiorowiska roślinne i rzecz jasna cała reszta ekipy, która jakimś cudem tam wlazła. Tylko jak, skoro nie widziałem jak się wspinali? Wkrótce okazało się, że na górę prowadziła też inna droga (mądry Polak po szkodzie). Była nią całkiem wygodna ścieżka, taka z której nawet ktoś tak zdolny jak ja, nie byłby w stanie spaść.

Kominy Częstochowy
Foto: Raku


  "Lubię wracać tam gdzie byłem już", śpiewał Pan Wodecki i my także lubimy wracać do niektórych miejsc. Jednym z nich są Góry Towarne. Przypominają nieco skalną wyspę, która wyrasta spośród okolicznych pól. Wyspę, która kryje w sobie to, co kochamy - jaskinie. Zarówno te mniejsze, jak i całkiem spore gagatki, na zwiedzenie których, trzeba poświęcić trochę czasu.
  Ostatni raz gdy tu byliśmy, śpieszyliśmy się przed nadciągającą z dali hordą pielgrzymów (która ostatecznie nas ominęła). Tym razem wszystko wskazywało na to, że żadne obce towarzystwo nam nie grozi, a tłumy turystów pozostały na niedalekim zamku w Olsztynie.


Foto: Locht

  Nim zagłębiliśmy się w podziemny świat, przyszedł czas na szybką sesję fotograficzną, oczywiście na skałach, bo skoro Jura, to i skał jest pod dostatkiem. Na zdjęcia wybraliśmy te najwyższe (z takich bowiem widać znacznie więcej, samemu jest się lepiej widocznym no i łatwiej z nich spaść).
  Przypiekało coraz mocniej, jak na początek czerwca przystało i choć ciemnych obłoków próżno było szukać na niebie, przeczuwaliśmy, że po południem może lunąć. Tak z resztą mówiły prognozy. Ale teraz nie one były nam w głowie, a wir przygody.

Foto: Raku


  Przed otworem zgromadziliśmy się w siódemkę. Tu rozpoczęło się zbiorowe przebieranie i dzielenie na zespoły. Jednemu przewodził Bartek, a drugiemu - Ja, obecnie wyglądający w swym czarnym stroju jak zawodowy szambonurek. Wkrótce ekspedycja rozpoczęła się na dobre i czołówki rozświetliły wnętrze przestronnej komory. Nazywaliśmy ją "złota", ze względu na specyficzny kolor ścian. Dalej robiło się nieco mniej przyjemnie.
  Jaskinia Towarna, to tak naprawdę system dwóch jaskiń, połączonych ze sobą za pomocą niskiego przełazu. Dla osób nieobytych z jaskiniami, mógł on okazać się nie lada wyzwaniem. Strop i namulisko tworzyły tu przestrzeń ograniczającą ruchy do minimum, ściskając każdego, kto spróbował się tędy przecisnąć. A gdy już ten ktoś się przeczołgał, myśląc, że najgorsze ma za sobą, robiło się jeszcze niżej i jeszcze ciaśniej. Plecy zaczynały wówczas trzeć o strop i odnosiło się wrażenie, że się utknęło. I choć to tylko wrażenie, to łatwo było ulec panice, która w miejscu takim jak to, jest niezwykle niebezpieczna.

Foto: Raku

Foto: Raku

  Sam przełaz znałem niemal na pamięć, lecz dla Kamili i Wojtka, był on jeszcze nieznany, jak zetknięcie z obcą kulturą, po której nie wiemy do końca czego mamy się spodziewać. Początkowo, zgodnie z tym co myślałem, czołganie szło sprawnie. Jednak im głębiej, tym pojawiało się więcej narzekania, że za dużo błota i za mało miejsca. Trwało to dopóki nie znaleźliśmy się w przełazie we trójkę. Tam pojawiło się prawdziwe apogeum i nadciągnęło daleko skryte zwątpienie. Pokonanie przełazu wiązało się z wyjściem poza strefę komfortu, a tego za nas nikt inny zrobić nie mógł. Wszystko więc leżało w naszych rękach, dosłownie i w przenośni.
  Po chwilach strachu, brudzie i wyjątkowej ciasnocie, nastała euforia. Pojawiły się również pierwsze z form naciekowych: draperie, stalaktyty, pola ryżowe i coś z czego słynie Jaskinia Dzwonnica - nacieki kożuszkowe powstałe z mleka wapiennego. Wyglądały one obłędnie pokrywając całe korytarze, w przeciwieństwie do wygłodniałych (ile to słowo dodaje dramaturgii) sieciarzy, które w podobnych ilościach czekały na nas u wyjścia :)

Rozczochrańce (szpileczka czerniejąca)

Locht w naturalnym środowisku
Foto: Raku

Pola ryżowe

Nacieki kożuszkowe

  Oślepieni jaskrawym światłem dnia, jak krety, wyłoniliśmy się na powierzchnię. Pierwsze co zrobiliśmy, to zerknęliśmy na zegarek. Zerknęliśmy i jeszcze długo wpatrywaliśmy się w wyświetlacz z osłupieniem. Eksploracja lekko wymknęła się spoza kontroli i tak  z planowej godzinki pod ziemią, zrobiły się dwie. Zmusiło nas to do pozostania we wcześniejszych zespołach. Z tym, że grupa dowodzona przez Bartka ruszyła w kierunku Turowa, a my ponownie zaszyliśmy się w podziemia.

Przytulia krakowska

Foto: Raku

  Do środka prowadził kręty, wymyty przez podziemne wody i procesy krasowe, korytarz. Panowała tu temperatura na tyle niska, że wydychane przez nas powietrze, zmieniało się w kłęby pary. Wśród wszechobecnego mroku, skrywał się bajeczny świat, do którego dzieliło nas jedynie pokonanie prożka skalnego i kilku kilogramów gliny wymieszanej z błotem. 

Foto: Kamila

Foto: Kamila

  Podczas gdy mierzyliśmy się z problemem niewyobrażalnych ilości błota i co rusz gasnących latarek, druga grupa była już w drodze na Kielniki. Nie zatrzymując się nawet na krótki postój, zdążyła nas sporo odsadzić. Za sobą zostawiali kolejne kilometry, dzielące nas od siebie. Kilometry, które musieliśmy jakoś nadrobić, chcąc się tego dnia jeszcze zobaczyć.

Foto: Raku

Foto: Statyw

  Wyścig z czasem trwał. A my pędziliśmy wprost przed siebie, podobnie jak spotkany po drodze zając.  Równocześnie ze zniknięciem szaraka, wkroczyliśmy do lasu. Wąska, początkowo ledwie widoczna ścieżka wiła się pośród sosen. Na jej końcu mieściła się jaskinia, ale nie taka zwyczajna.

Biakło i Lipówki, czyli namiastka tatrzańskich widoków na Jurze

Polny słuchacz

  W czasach gdy w pobliskim kamieniołomie eksploatowano wapienie, jaskinia pełniła funkcję magazynu materiałów wybuchowych. Pracownicy, by codziennie nie pokonywać stromej ścieżki prowadzącej do wejścia, ułatwili sobie życie i wybudowali w jej miejscu kamienne schody. Ich abstrakcyjny wygląd na tle okolicznego krajobrazu, przykuwa dziś uwagę każdego, kto zapuści się w tutejsze zakątki. Wewnątrz jaskini zachowało się niewiele po niegdysiejszej, bogatej szacie naciekowej. Goszczą tu głównie gołe ściany pokryte sadzą - pamiątką po licznie palonych ogniskach.
  
Na dnie wyrobiska zastaliśmy kolorowe balony. Wszystko wskazywało na to, że impreza jeszcze się nie zaczęła

Kamieniołom Kielniki
Foto: Kamila

Jedne z nielicznych nacieków w jaskini magazyn

  Tymczasem druga grupa, penetrowała zakamarki jednego z bunkrów pochodzących z okresu II wojny światowej. Tych w okolicznych lasach nie brakuje. Betonowe konstrukcje poukrywane pośród leśnych ostępów, służyły niegdyś jako punkt oporu niemieckiej linii umocnień B1. Łącznie zlokalizowano tutaj około 20 takich obiektów. Od kochbunkrów, które z łatwością można spotkać w niemal każdym rejonie Polski, przez Ringstand 58c, na bunkrach typu Regelbau 668 kończąc. 
  Te ostatnie dawały schronienie zazwyczaj dla 6 osób. Obsypywano je z trzech stron nasypem kamienno-ziemnym. Do ich maskowania służyła rozpięta siatka, zaś wejście zabezpieczały kratowe drzwi. Podstawowym pomieszczeniem była izba załogi, gdzie mieściły się dwa, bądź trzy rzędy podwieszanych pryczy, składane taborety wraz ze stolikiem oraz niewielki piec, na którym przygotowywano posiłki. Wśród wyposażenia znajdowały się również m.in gaśnica, telefon forteczny ze skrzynką na baterie, czy przenośna toaleta. Niezwykle ważne było też wyjście awaryjne. W przypadku niebezpieczeństwa, należało TYLKO otworzyć niewielkie drzwiczki, odblokować ryglowane przejście i wspiąć się po klamrach wzdłuż zewnętrznej ściany schronu wprost na dach.
    
W Regelbau 668
Foto: Raku

Unikatowy na skalę kraju drewniany element szalunkowy
Foto: Raku

  Pół godziny później spotkaliśmy się przy bunkrach. Ależ fajnie było widzieć się ponownie w komplecie, szkoda tylko, że trwało to tak krótko. Zdążyliśmy jedynie pożegnać się z tymi, którym śpieszyło się na wcześniejszy pociąg i wkrótce znów zostaliśmy we trójkę. 
  Najpierw zrobiło się ciemno, chwilę później już kapało, a za moment lunęło. W pośpiechu gromadziliśmy gałęzie i opieraliśmy je o pnie drzew, chcąc stworzyć prowizoryczny szałas. Na to narzuciliśmy wszystko, co mieliśmy pod ręką i co wygrzebaliśmy z plecaków. Tym sposobem powstało legowisko, któremu daleko było do wygodnego szałasu. Ale co ważniejsze, mimo swojego rumuńskiego wyglądu, swą funkcję spełniło znakomicie i ochroniło nas przed deszczem.

Ringstand 58


  Po deszczu wyszło słońce. Wydawało się, że zostanie z nami na dłużej. Dzielnie trzymaliśmy się niebieskich znaków szlaku, by przypadkiem nie zabłądzić. Naszą uwagę przykuł jednak zarośnięty pagórek. Okazało się, że tuż za nim mieści się dawny kamieniołom. Mały, ale niezwykle ciekawy pod względem geologicznym. Napisałbym, że również miły dla oka, gdyby nie dno wyrobiska zaadaptowane na nielegalne wysypisko śmieci...

Pod napięciem

Kamieniołom w Turowie, ale nie ten, o którym ostatnio jest tak głośno

  Dworzec w Turowie powitał nas we właściwy dla większości śląskich dworców sposób. Tak jak one, stał opuszczony od wielu lat. Wewnątrz wyglądał nie lepiej. Tuż za oknem, którym dostaliśmy się do pomieszczeń, znajdował się potężny stos potłuczonych butelek. Kawałki szkła walały się wszędzie i trzeba było uważać, by przypadkiem nie wbiły się w podeszwę buta. Na drugim piętrze zaś, zadomowił się klimat z czasów PRL-u. W parapetach stały doniczki z wyblakłymi, sztucznymi kwiatami, a w drzwiach wisiały kolorowe paski. Podłogi przykrywała kołderka kurzu, sprawiając wrażenie, że wszystko usnęło na moment i wkrótce się obudzi.

Dworzec PKP w Turowie

"PRL-owskie zasłonki"

Cięcie