Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pasmo Zgórskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pasmo Zgórskie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 września 2020

Wycieczka nr 74: 50-tka


17.07.2020

Skład: Oliwka, Makumba i Ja

Trasa: Czerwona Góra - G. Zelejowa - G. Żakowa - Kłm. Szewce - Szewce - Zgórsko - G. Trupień - G. Patrol - G. Zielona - G. Pruskowa - Przełęcz pod Belnią - G. Belnia - Jaworznia - Rez. Chelosiowa Jama - Janów - Białogon - G. Brusznia - Kłm. Grabina - G. Dalnia - Rez. Biesak-Białogon - Przełęcz pod Obrazikiem - G. Pierścienica - Stadion, ok. 50 km
 
0,0 km
Wystartowaliśmy spod szpitala na Czerwonej Górze. Szlak czerwony niebawem wprowadził nas na mokrą po padających dzień wcześniej deszczach grań Zelejowej. W drodze na szczyt wzniesienia towarzyszyła nam gęsta mgła, sprawiająca wrażenie, że znajdujemy się o wiele wyżej niż w rzeczywistości.

3,0 km
Wreszcie dotarliśmy nad przepaść, gdzie odsłonił się widok na ścianę kamieniołomu mieniącą się w blasku porannego Słońca. Zgodnie z tradycją czekało nas zejście na dół, tzw. wersją ekstremalną. Po wyborze najbardziej odpowiedniej drogi, przystąpiliśmy do skalnej wspinaczki i walki z niesamowicie śliską skałą. Ta zakończyła się dla Makumby niekontrolowanym zjazdem na dno wyrobiska i niegroźną kontuzją kolana.


Tuż przed upadkiem


Następnie wdrapaliśmy się na drugi fragment grani, którym powędrowaliśmy na spotkanie ze szlakiem niebieskim.

6,0 km
Zgodnie z wcześniejszymi założeniami o godzinie 8:15 byliśmy już na strzeżonej przez drewniane sylwetki diabłów Żakowej Górze.

Korzystając z przyjemnej temperatury oraz braku oznak zmęczenia, zrezygnowaliśmy z przedwczesnego postoju. Omijając zgrabnie przydrożne kałuże, pochłonięci rozmową o godnych polecenia książkowych pozycjach, niepostrzeżenie znaleźliśmy się przy przejściu pod ruchliwą ekspresówką. Na horyzoncie majaczył się kolejny punkt wycieczki - Przełęcz pod Belnią, ale by tam się znaleźć czekała nas jeszcze długa podróż.


11,0 km
Na miejsce odpoczynku wybraliśmy Kamieniołom Okrąglica, jednakże tamtejsze komary skutecznie go uniemożliwiły, zmuszając nas do żerowania na pobliskiej łące. 

13,0 km
Słońce wznosiło się coraz wyżej, a niebo zaczęły pokrywać kłębiaste chmury. Czas płynął, a my nie byliśmy nawet w połowie trasy.

17,0 km
Tuż za mostem na Bobrzy w Słowiku, rozpoczęliśmy najbardziej męczący odcinek, czyli wędrówkę szczytami pasma Zgórskiego. 

18,5 km
Na pierwszy ogień mozolna wspinaczka na Trupień wśród malowniczych bukowych wąwozów i obowiązkowa przerwa na Patrolu połączona z oglądaniem okolicy. 



20,0 km
Potem przyszła kolej na Zieloną, która wbrew swojej nazwie była bardziej brązowa, za sprawą zalegających wokoło opadłych liści. 

Jeden z wąwozów pod Zieloną

Kilometr później zdobyliśmy mało ciekawą Pruskową, ze szczytem pozbawionym jakichkolwiek widoków. Zanim udało nam się znaleźć w miejscu kolejnego dłuższego postoju, minęło całkiem sporo czasu, w którym pogoda zdążyła się pogarszyć.

22,0 km
Po dotarciu na wspomnianą wcześniej Przełęcz pod Belnią, mogliśmy nacieszyć się wspinaczką po stromym odsłonięciu geologicznym, jak i cudowną panoramą obejmującą swym zasięgiem między innymi okolice Chęcin. 


Trochę to zajęło, ale się udało. Czyli żółta furgonetka w żółtym tunelu.

Kolejna część podróży to wędrówka lasem, zgodnie z przebiegiem szlaku czarnego.

25,0 km
I tak, czterdzieści minut później, znaleźliśmy się w Jaworzni, gdzie postanowiliśmy odwiedzić interesujący obiekt odkryty przez nas jeszcze w zeszłym roku. Był nim tunel prowadzący niegdyś wprost do wnętrza komina wapiennika. 


Po pokonaniu dosyć niskiego wejścia, znaleźliśmy się w ciemnym, ale przestronnym korytarzu. Jego ściany pokryte były starymi cegłami, a także osmolonym kamieniem. Kilka minut później byliśmy już przy przodku, który stanowił zasypany fragment tunelu.


Foto: Oliwka

Stroma ścieżka zlokalizowana w sąsiedztwie wejścia do tunelu, zaprowadziła nas wprost na Górę Kopaczową stanowiącą idealny punkt widokowy na Kielce. Wzniesienie to pokrywają interesujące pod względem botanicznym murawy kserotermiczne, na których można odnaleźć między innymi goryczkę orzęsioną.



29,0 km
Dreptanie po przyjemnym terenie skończyło się wraz z wejściem do Janowa, gdzie przerzuciliśmy się na wędrówkę chodnikiem. Za plecami ścigały nas burzowe chmury. Chcąc możliwie jak najdalej od nich uciec, podkręciliśmy tempo marszu.


32,0 km
Deszcz, a właściwie mżawka złapała nas dopiero w Białogonie. 

Ten nieproszony komponent pogodowy naprzykrzał się przy każdej możliwej okazji. 

Taki mały powrót do przeszłości :)

34,0 km
Sytuacja poprawiła się, gdy weszliśmy do lasu porastającego Brusznię, który o tej porze roku wygląda cudownie. Mnogość barw rosnących tutaj roślin jest oszołamiająca. Wśród nich wypatrzyliśmy kilka naprawdę rzadkich gatunków, ale o nich za chwilę.

36,0 km
Nie był to koniec florystycznych niespodzianek. Ich kulminacja nastąpiła w okolicach Kamieniołomu w Grabinie.

Panorama znad wyrobiska

Absolutny faworyt - storczyk drobnokwiatowy


Idealnym miejscem na schronienie przed wciąż nasilającymi się opadami nadało się moje ulubione miejsce odpoczynku u podnóża Dalni. 
Dalsza część wędrówki to udziwnianie trasy w taki sposób, by wyszedł wcześniej planowany dystans. Zmęczenie powolutku dawało o sobie znać. Na nasze szczęście przestało padać, przez co nie musieliśmy się zbytnio przejmować wodoodpornością naszych ubrań.

42,5 km
Po pełnej zakrętów drodze, wkroczyliśmy do dawnego kamieniołomu Biesak-Białogon.

Widok ogólny na jeziorko Kamionka

Grzybienie różowe

Znając tutejsze ścieżki jak własną kieszeń, mogłem pozwolić sobie na lawirowanie po leśnym terenie.


48,5 km
Góra Pierścienica, czyli ostatni punkt trasy. Potem czekało nas już tylko zejście i dojście do przystanku autobusowego na Stadionie.

50,0 km 

Może ktoś spyta po co to wszystko? Już spieszę z wyjaśnieniem. Nic nie cieszy bardziej jak osiągnięcie zamierzonego celu. Im wyżej zawieszona poprzeczka i czym trudniejsze wyzwanie, tym przepełnia nas większa satysfakcja. Nie inaczej było i tym razem. Niektórzy z nas pokonując własne słabości stali się o wiele silniejsi, a w trudnych chwilach warto wrócić do momentów, w których udało nam pokonać się samych siebie.

środa, 25 grudnia 2019

Wycieczka nr 58: ZGÓRSKIE GÓRY W CZAPCE MIKOŁAJA


21.12.2019

Skład: Oliwka, Locht, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Szewce - G. Ołowianka - G. Ciastowa - G. Plebańska - Rez. Moczydło - Rez. Chelosiowa Jama - Jaworznia Fabryczna, ok. 15 km

Dobrze jest czasem wyrwać się z oparów hałaśliwego zgiełku, z dala od pstrokatych billboardów i stać się uciekinierem z betonowych miast.

Nie od dziś wiadomo, że świętokrzyskie górnictwo (zwłaszcza kruszcowe) jest silnie związane z rejonem Chęcin. Miedzianka czy Góra Żakowa, w obrębie których utworzono rezerwaty przyrody, stanowią idealne miejsca, by namacalnie zapoznać się z dawnymi technikami górniczymi. Co jednak z obiektami, które są zdecydowanie mniej znane, nie mówiąc już o tym, że w żaden sposób nie podlegają one ochronie prawnej. Niestety bez niej, ślady naszej przeszłości, ulegają nieodwracalnemu zniszczeniu, co stało się m.in z położoną nieopodal Miedzianki, Ołowianką.
Czas jednak na więcej optymizmu. To, że jedna Ołowianka niemalże przestała istnieć, nie znaczy, że stało się to z innymi górami. By się o tym przekonać wyruszyliśmy odwiedzić... Ołowiankę, ale tą położoną w Paśmie Zgórskim, które kompletnie nie jest kojarzone z działalnością górniczą. O samym wzniesieniu wiedzieliśmy niezwykle mało. Nie przeszkadzało nam to zbytnio, gdyż bardzo lubimy odkrywać miejsca, które są jeszcze nie do końca poznane. W literaturze fachowej może poczytać o tym, że działały tu od XVI kopalnie ołowiu, a także kamieniołom, gdzie już wydobywano marmur odmiany "ołowianka".

Wyruszyliśmy wedle jesiennej tradycji - kilka chwil przed wschodem Słońca. Po dotarciu na miejsce okazało się, że poszukiwania w terenie nie będą należały do najłatwiejszych. Gęste zarośla z tarniny, leszczyny i dzikiej róży, bardzo ograniczały nam możliwość przemieszczania się nie mówiąc już o szukaniu czegokolwiek.

Półgodzinne poszukiwania zostały nagrodzone znalezieniem dawnych szpar górniczych.
Nie było to jednak wszystko. Wiedząc, że w południowej części góry znajduje się dawny kamieniołom, postanowiliśmy go odszukać. Szczerze spodziewałem się jakiegoś łomiku, czy czegoś w tym stylu. Kiedy przypadkowo trafiłem do krawędzi starego wyrobiska, w jednej chwili znalazłem się nad kilkunastometrową dziurą w ziemi! Miejsce niezwykle dzikie i piękne zarazem. Dostanie się na dół było dosyć czasochłonne ze względu na strome zbocza, śliskie skałki i nielicznie rosnące drzewka, które jako jedyne dawały poczucie stabilności.

Po krótkiej przerwie na dole, połączonej z sesją fotograficzną, musieliśmy opuścić to urokliwe miejsce i ruszyć w dalszą podróż.
Asfalt, biszkopty i jeszcze raz biszkopty. Tak można streścić odcinek trasy, którą dostaliśmy się do leśnej ścieżki, prowadzącej zboczem Góry Plebańskiej. Północna część tego wzniesienia skrywa jednak jedno miejsce, w którym możemy znaleźć chwilę spokoju lub powspinać się po linie.


Foto: Raku

Wspinaczkę pod górę, utrudniała niezwykle śliska, porośnięta mchem i pozbawiona jakichkolwiek chwytów skała

Nie jest tam jednak łatwo trafić. Zgórskie lasy na długo broniły przed nami dostępu do niego. Dopiero za trzecią próbą, udało mi się znaleźć ukryty w gęstym lesie i otoczony zewsząd wąwozami, dawny kamieniołom piaskowców dolnokambryjskich. Jest to kolejne mało znane, a zarazem niezwykle urokliwe miejsce, nadające się idealnie na zrobienie dłuższego postoju. Mikołajkowa czapka, która od tego miejsca towarzyszyła Lochtowi, wzbudzała dużą ciekawość okolicznych mieszkańców. Bardzo szybko jednak zniknęliśmy z ich pola widzenia. Zaraz za budynkiem szkoły skręciliśmy w lewo i wkroczyliśmy do rezerwatu Moczydło. Byliśmy w nim już rok temu (link tutaj), wtedy jednak chaszcze nie pozwoliły nam na jego dokładniejsze poznanie. Tym razem nie mogliśmy już na nie narzekać. Początkowo podążaliśmy główną ścieżką prowadzącą przez sam środek dawnego pola górniczego.

Kolejne kroki skierowaliśmy już w południową część wzgórza, by rozpocząć poszukiwania dawnej sztolni austriackiej. Udało nam się odnaleźć kilka potencjalnych miejsc, gdzie mogłaby się ona znajdować, jednak z uwagi na niebezpieczną, grubą warstwę opadłych liści zalegających na dnie dawnych wyrobisk, zrezygnowaliśmy, ze schodzenia na sam dół.
W dwóch miejscach zrobiliśmy jednak wyjątek, by móc przejść przez najlepiej zachowane szpary górnicze, które są pozostałością po eksploracji rud ołowiu, której początki sięgają XVII w. Prowadzone były one wzdłuż żył kruszcowych. Podobne, lecz znacznie mniejsze obiekty tego typu możemy zobaczyć, m.in na Karczówce. Przez wiele lat były one zupełnie niewidoczne, gdyż cały rezerwat pełnił funkcję dzikiego wysypiska śmieci. Dopiero dwa lata temu podjęto skuteczną akcję sprzątania tego miejsca, w wyniku której zebrano ponad 2 tony odpadów. Dzięki zaangażowaniu 50 osób ślady dawnego górnictwa, mogliśmy zobaczyć je na nowo. Pierwsze wyrobisko znalazł Raku. Od razu podjęliśmy decyzję o zagłębieniu się w największy ze skalnych tuneli.

Widok z dołu 

Foto: Raku

Czuliśmy się w nim jednak nieswojo, gdyż tuż nad naszymi głowami znajdowały się dwa olbrzymie, zaklinowane głazy. Było jednak warto. Na jego końcu odnaleźliśmy wejście do jednej z dawnych sztolni, bądź jakąś pustkę krasową. Jednak niestabilne wejście, które podtrzymywały leśne korzenie i dosyć małe rozmiary obiektu, sprawiły, że ze względów bezpieczeństwa nie podjęliśmy próby jej eksploracji.


Foto: Locht

Zresztą według naszych obserwacji wynikało, że po wejściu jednej osoby do środka, zwiedzanie praktycznie już się kończyło. W kontynuacji poszukiwań przeszkodziły nam dwa dziko biegające psy. By uniknąć ich ewentualnego ataku, podjąłem heroiczną próbę wejścia na drzewo :)

Foto: Oliwka

Po kilku minutach jednak teren był już bezpieczniejszy, a pieski uciekły w głąb lasu. Pozwoliło nam to na dotarcie do drugiej ze szpar górniczych. Głębszej, lecz nieznacznie krótszej od poprzedniczki. Na dno prowadziły dwie drogi, z czego ta pierwsza wydawała się być bezpieczniejsza. Nadawała się ona idealnie dla tych, którzy chcieli poćwiczyć swoje wspinaczkowe umiejętności.
Druga zaś wymagała ostrożności przy schodzeniu, by przypadkiem się nie poślizgnąć. Po znalezieniu się w komplecie na dole, zajęliśmy się planem opracowania zejścia do tajemniczej dziury, biegnącej pod wyrobiskiem. Najodważniejsza z nas wszystkich okazała się Oliwka.
Nie, że my jakoś się boimy, jednak istniało prawdopodobieństwo, że w głębi dziury może znajdować się szyb św. Jadwigi mający podobno ponad 100 m! Nasza koleżanka postanowiła jednak mimo wszystko sprawdzić co kryje dziura. Będąc tuż przed wejściem do niej, w środku było na tyle ciemno, że nie sięgało światło latarek. Mimo to Oliwka powoli zaczęła zagłębiać się do jej wnętrza. Kiedy w jednej chwili cała zniknęła, zaczęliśmy się o nią poważnie obawiać. Nie minęło zbyt wiele, ponownie wydostała się na powierzchnię. Dowiedzieliśmy się, że w środku nie było niczego ciekawego, a sama dziura praktycznie kończyła się zaraz po wejściu. Nasze kolejne kilometry pokonaliśmy po mniej i bardziej wydeptanych ścieżkach, aż w końcu dotarliśmy do dawnego kamieniołomu, gdzie wśród gęstych chaszczy, udało nam się odnaleźć stary szpadel.


Na szczęście nie było to ostatnie zdjęcie 

Chaszcze tego dnia nie dawały za wygraną

Niestety później nic nie znaleźliśmy, oprócz kilkunastu zagłębień w terenie. Nad naszymi głowami niebo niebezpiecznie się ściemniło. Według początkowych założeń, nie bagatelizując prognozy pogody, naszą wycieczkę mieliśmy zakończyć na przystanku przy szkole w Jaworzni. Duży zapas czasu zachęcił nas jednak do dodatkowego odwiedzenia rezerwatu Chelosiowa Jama.



Po dotarciu na miejsce, na pierwszy ogień poszedł dawny wapiennik, który z bliska robił jeszcze
większe wrażenie. Krótką przygodę z urbexem zakończyliśmy, w chwili, gdy dotarliśmy do ruin dawnych murów, z których następnie udaliśmy się do największego z dawnych wyrobisk.



Ciekawe co to mogło być?


Jak zawsze jego rozmiary wywołują u mnie duże wrażenie. Prawie godzinny postój, ani przez chwilę nie wydał nam się za długi, jednak w drodze powrotnej, całkowitym przypadkiem znaleźliśmy bardzo ciekawy obiekt. Do autobusu jednak zostało nam zbyt mało czasu, by ryzykować i podejmować próbę wchodzenia do niego. No cóż więcej nie będziemy zdradzać, gdyż w na wiosnę mamy w planach tam powrócić...

Ekipa nad skalnym urwiskiem

Locht w miejscu idealnym na chwilę relaksu

sobota, 2 marca 2019

Wycieczka nr 25: AKCJA LIST


15.09.2018

Skład: Makumba, Brajan, Raku i Ja

Trasa: Podzamcze Piekoszowskie - Piekoszów - Rez. Moczydło - Rez. Chelosiowa Jama - Jaworznia, ok.14 km

  Podobno przygoda zaczyna się tuż za progiem własnego domu. Dużo w tym prawdy. Otworzyłem drzwi wejściowe i wychyliłem się na zewnątrz z komórką w ręku. Od telefonu, który miałem wykonać, zależało wszystko. Po daszku skapywały zawieszone krople deszczu. Nie wróżyło to niczego dobrego. Zapuściłem więc żurawia nieco dalej i zaskoczony stwierdziłem, że nie pada. Jeszcze parę minut zasuwała porządna ulewa, a teraz nic. Cud!
  Czym prędzej zadzwoniłem do Rakowa. Rzuciłem krótkie hasło: wycieczka jest. Po drugiej stronie słuchawki wybrzmiał wyraźnie rozradowany głos. Choć tego nie widziałem, to mógłbym się założyć, że i uśmiech także. Z Brajanem poszło szybciej, bo wystarczył sms. A Makumba? No cóż. On już biegł, by nie spóźnić się na miejsce zbiórki. Autobus okazał się jednak szybszy. 

  Mając do dyspozycji dodatkową godzinę, postaraliśmy się o to, by w pełni ją wykorzystać. Co można zrobić w tym czasie? Obejrzeć odcinek ulubionego serialu, ugotować obiad, albo wpełznąć do jaskini. 

Widoczna już z daleka Skałka Geologów, a w niej otwór naszej jaskini

 Jaskinia leżała tuż nad przepaścią liczącą kilkanaście metrów. Jedyna droga do niej prowadziła półką skalną. Po ostatnich opadach straciła jakiekolwiek pozory przyczepności. Ale jak już się tam wdrapaliśmy, to ani myśleliśmy o odwrocie. Na prędce włożyliśmy ubrania robocze, zdjęliśmy plecaki, które zaoferował się pilnować Brajan. Potem była już tylko ciemność.




  Kiedy nogi czołgającego się przodem Makumby znikły z pola widzenia, postanowiliśmy wpełznąć głębiej. Niski strop nie pozwalał ani na moment się podnieść. W takiej więc, nieco spłaszczonej pozycji, wgramoliliśmy się do przestronnej komory, gdzie wreszcie rozprostowaliśmy kości.
  Ładnie tu było.  Pośrodku sali znajdował się ogromny naciek. Wyglądem przypominał kamienną zasłonę. W niszach skalnych wisiały stalaktyty i nieco cieńsze makarony. Ściany pokrywały polewy z mleka wapiennego, a nawet wodospady naciekowe. To wszystko stanowiło jedynie niewielką pozostałość po niegdysiejszym bogactwie jaskini, które zostało bezpowrotnie utracone.



Żeberko

- Do autobusu zostało niecałe 10 minut - poinformował Bartek, który wyszedł jako pierwszy. A, że w jaskini słychać słabiej, tak jakby wszystko było przytłumione, wolałem się dopytać, czy się nie przesłyszałem:
- Ile?! Przecież dopiero co weszliśmy.
- 10 minut.
Nie, no drugi raz przecież bym źle nie usłyszał. Trzeba było się zbierać i to prędko, jeśli chcieliśmy jeszcze myśleć o wycieczce. Przystanek znajdował się co prawda blisko, ale my musieliśmy się przebrać i najważniejsze - wyczołgać się z najdalszego punktu w jaskini.

Nacieki w najdalszej części jaskini



  8 minut, a my jesteśmy jeszcze w brudnych ubraniach. I w kropce. Stwardniałe sznurówki nie chcą się zawiązać, więc zostawiam je niezawiązane. Nakładam na siebie kolejne warstwy jak taśmociąg, patrzę rozpaczliwie na zegarek. Jeszcze 6. Niedbale upycham wszystko do plecaka, zarzucam go na ramię i pędzę. STOP! Ah tak tam jest przepaść.
  Cztery, trzy. Zbiegam stromą, błotnistą ścieżką, prawie się potknąłem, ale jakoś utrzymałem równowagę i gnam dalej. Już widać przystanek. Dwie minuty. Jeszcze tylko pasy. Zaraz jakie pasy? Wyobraźcie sobie, że dopiero będąc w połowie przejścia dla pieszych zorientowałem się, że się na nim znajduję. A to wszystko za sprawą traperów, na podeszwach których zalegała gruba warstwa jaskiniowej gliny. Przejechałem się na niej jak na łyżwach i NIC nie było mnie w stanie zatrzymać.
  Nagle obok spostrzegłem maskę samochodu. Zamknąłem oczy i... usłyszałem tylko pisk opon. Byłem już na chodniku. Bezpieczny. Żywy! Zarówno kierowca jak i ja nie wiedzieliśmy co się przed chwilą wydarzyło. Oboje staliśmy patrząc na siebie w ciszy, którą szybko uciął głośny klakson. Zamiast podziękować mu (właściwie jej, bo była to kobieta) za uratowanie życia, pobiegłem w stronę nadjeżdżającego autobusu. 

W środku jaskiniowego mroku

  Autobus zawiózł nas pod potężny Pałac Tarłów, a właściwie to, co z niego zostało. Uwagę przykuwały mury obwodowe okalające budowlę, fragmenty misternych zdobień i najbardziej rzucające się w oczy - 4 trójkondygnacyjne wieże na planie sześciokąta. W środku mury nie prezentowały się już tak dobrze. 

Pałac Tarłów w Podzamczu Piekoszowskim

  Wszędzie walały się śmieci. Głównie potłuczone butelki. Mury się sypały, przy każdym mocniejszym dotknięciu. Dlatego też (bardzo rozsądnie) uznaliśmy, że spróbujemy wdrapać się na drugie piętro. Przy sobie mieliśmy tylko krótką, pomarańczową linę. Nim jednak ktokolwiek z nas chciał rozpocząć wspinaczkę, ktoś inny musiał wejść bez żadnych zabezpieczeń jakieś 6 metrów nad ziemię. Zadanie to przypadło Bartkowi. W zasadzie sam zgłosił się na ochotnika, w końcu była to jego lina, więc do niego należało to, co chce z nią zrobić.


  Raku znajdował się już w połowie wysokości, przylepiony do kamiennej ściany. My, przyglądaliśmy się uważnie jego poczynaniom z dołu. Z tej perspektywy wyglądały one na jeszcze bardziej dramatyczne. Nie mówiąc już o tym, jak czuł się Bartek, w momencie gdy próbował się chwycić jednego z wystających kamieni, a ten został mu w ręce. Cały, ogromny głaz!
  Wyżej było tylko gorzej i gorzej. Sytuacja nieco uległa poprawie, po znalezieniu się na niezwykle cienkim murku, gdzie rosło jeszcze drzewo. Bardziej przypominało uschnięty chwast, ale było jedynym drzewem, w promieniu kilkudziesięciu metrów. Bartkowi nie zostało zatem nic innego, jak przywiązać do niego linę. Ta służyła bardziej za pomoc mentalną, gdyż strach było się za nią łapać, w obawie, że przy mocniejszym szarpnięciu wyrwie się ów drzewko z korzeniami, tym samym pozbawiając nas jedynej "asekuracji". 

Było dosyć wysoko!

  Jak się okazało, drugie piętro roiło się od drzew (nie drzewek), o które śmiało można by było przywiązać linę. Można by, ale nie przywiązano! I tak najlepsze były chwile, w których nie dało się złapać zupełnie niczego. Wtedy albo się miało szczęście, albo odpadało od ściany. Nie było nic pomiędzy. A właściwie to był - strach. 
  Szykowaliśmy się już do zejścia, kiedy dotarło do mnie, że linę należy odwiązać. Pojawiał się więc problem. Ostatnia osoba, która będzie schodzić, będzie musiała zrobić to bez liny. Tą osobą nie okazał się najbardziej doświadczony we wspinaczce z nas wszystkich Bartek. Nie był nią też Makumba, który doskonale poradziłby sobie z tym zadaniem. Tym oto zbiegiem okoliczności zostałem ja, czyli ktoś, kto ze wspinaczką ma tyle wspólnego co słoń z gracją.
  Lina spadła. Wraz z nią moje resztki odwagi. Sam zaś nie spadłem, co uznałem za ogromny sukces. Po jakichś 10 minutach słuchając okrzyków zażenowania i mojego ulubionego: "Szybciej!", znalazłem się na dole. 

Już na drugim poziomie

  Zostały jeszcze piwnice. Wciąż nie wiedzieliśmy jak się do nich dostaniemy. W tym celu obeszliśmy całe ruiny, szukając miejsca, z dziurą w ziemi. Najlepiej tak dużą, że zmieściłoby się w nią każde z nas. Jedyną dziurę spełniającą ten warunek porastały wysokie pokrzywy. Założyłem rękawice i ruchem wściekłego rolnika usunąłem chwasty. Raku z Makumbą przymocowali linę najpierw do wystającego fragmentu cegły, a potem opletli ją wokół mojego pasa. Spuszczali mnie ostrożnie i powoli. Czułem się jednak jak kotwica, która wbrew swojej woli szybko znalazła się w wodzie. Z tą różnicą, że ona dobrze wiedziała, że opada na dno. Nieważne, czy piaszczyste, czy żwirowe. Ważne, że na dno. To, co znajdowało się pode mną, tonęło w mroku i stanowiło niemałą zagadkę.
  W pewnej chwili coś poszło nie tak. Straciłem równowagę i zacząłem zsuwać się w ekspresowym tempie. Momentalnie opuściłem bezpieczną półkę, na której dotychczas stałem i zawisłem w powietrzu, trzymając się liny. Dyndałem jeszcze przez parę chwil. Poczułem się niczym Indiana Jones ze swym lassem. Tyle, że jemu się to udawało. ZAWSZE. Mi już niekoniecznie. Ręce po jakimś czasie odmówiły posłuszeństwa i się puściłem. Wylądowałem na jakiejś kupie gruzu i przeróżnych śmieci. Nie zdążyłem się im dokładniej przyjrzeć w końcu było ciemno i strasznie stromo. Do tego stopnia stromo, że zjechałem jeszcze niżej. A niżej był już tylko piach. Powiedzmy, że się udało. Teraz zostało mi przekonać pozostałych, by zrobili to samo.
  Oni w tym czasie nie próżnowali i znaleźli drugie wejście do piwnic. Wyposażone w kamienne stopnie. W pełni bezpieczne. Miało też swoje wady. Pozbawione było jakiejkolwiek adrenaliny pomieszanej ze złością. Siedziała we mnie jeszcze długo, od chwili gdy na dole zobaczyłem szczerzącą zęby trójkę, która nawet się nie ubrudziła. 

A tutaj już jestem w trakcie wspinaczki
Foto: Raku

Dzikie piwnice

 Wędrówka wzdłuż asfaltu sprzyjała rozwinięciu dłuższej rozmowy. Rozstrzał poruszanych w niej tematów nie zmieściłby się w standardowej konwersacji. Dzieliliśmy się przeżyciami ze wspólnych wycieczek, wspominaliśmy ostatnią wyprawę do Łagowa...
- Łagów?! - wystrzelił do nas nieznajomy przechodzień. Dzierżył lekko przydługi płaszcz i śmieszny, futrzany beret.
- Co? To do mnie, taaaK?! Nie wiedzieliśmy co się dzieje. Sytuacja, w której się znaleźliśmy była wysoce abstrakcyjna. Czyżby słowo Łagów oznaczało coś więcej niż nazwę miejscowości? I u licha co ten facet od nas chce? Dlaczego się obraził?
- N i e - odparłem nieśmiało. I teraz to czekanie. Co on na to powie i jak zareagu... Nie skończyłem myśli, gdy odpowiedź, którą usłyszeliśmy zdumiała nas do tego stopnia, że osłupieliśmy.
- A wy to z Polski (a niby skąd?). Tu nastąpiła chwila namysłu. Na twarzy mężczyzny pojawił się dziwaczny uśmiech (taki jaki pojawia się u aktorów grających seryjnego mordercę).
- To możecie iść - mruknął, machając od niechcenia.

  No to szliśmy. Kilka razy oglądając się jeszcze za siebie. Za zakrętem zaczepił nas kolejny mieszkaniec (chyba ?). Tyle, że ten toczył się na starym składaku.
- Hehe. Kiedy ślub? Kiedy, he wesele?
Ile was tu jeszcze jest? Rany, czy wszyscy ludzie w tym Piekoszowie muszą być tacy dziwni?! Uznaliśmy, że lepiej będzie nie odpowiadać. Kontynuowaliśmy wędrówkę jak gdyby nic, zupełnie nic się nie wydarzyło. Z jednym tylko małym wyjątkiem. Przyspieszyliśmy nieco kroku. Chcieliśmy się wydostać z tego wariatkowa jak najszybciej. 


Parafia Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Piekoszowie

 
  Wrrrum! Śmignął jeden. Zaraz po nim następny. I jeszcze tak z pięciu. Dopiero u dwóch ostatnich udało mi się rozpoznać kolor crossa. Po co on mi był potrzebny właściwie nie wiem. Wiem za to, że moja wiedza na temat motorów ogranicza się do tego, czy są szybkie czy ładne. Te posiadały obie te cechy, z tym, że były baaardzo szybkie. Gnały jak szalone. A to dlatego, że (tak jakoś się złożyło) trafiliśmy na zawody enduro. I aktualnie przebywaliśmy na trasie wyścigu. Należy dodać, że przebywaliśmy tam zupełnie nieświadomie, do czasu, kiedy okazało się, że porozwieszane wszędzie taśmy nie zostały z jakiejś dawnej akcji gaszenia pożaru, a my sami musieliśmy uciekać w krzaki, by nie rozjechała nas horda wyskakujących zza rogu motocyklistów. 


  Chwile stresu przeminęły tuż za przejazdem kolejowym. Dalej miało być tak pięknie: pola, żwirowe ścieżki pełne widoków. A zamiast tego wszystkiego za moment wyłonił się asfalt. Przynajmniej mieliśmy gdzie uciekać przed crossami.

Widoki na Piekoszów

  Właśnie wkroczyliśmy w zabudowania. Parę niskich, niczym nie wyróżniających się domków. Gdzieś tam, na jednym z podwórek, najwyraźniej naszą grupę wypatrzyła starsza pani. Podeszła do płotu i spytała:
- Pomoglibyście wyciągnąć mi ten list ze skrzynki?
Jak tu nie pomóc staruszce w opałach? Ochoczo zabraliśmy się do pracy. Szczelina okazała się jednak zbyt wąska dla naszych palców, a ściślej dwóch palców. Wszystko, co było od nich węższe wchodziło bez problemu. Czym by to wyciągnąć? Głowiliśmy się i głowiliśmy, aż któreś z nas spostrzegło patyk. Leżał w rowie. Długi, wąski, jednym słowem - idealny! Mając już tego patyka, włożyliśmy go do szpary i spróbowaliśmy wyciągnąć nieszczęsną kopertę. Ta, co chwilę się wymykała i znowu spadała na dno skrzynki.
  Tak pochłonięci grzebaniem w cudzej skrzynce, nawet nie zauważyliśmy kiedy staruszka zniknęła. Przepadła jak kamfora. Na podwórko wybiegł za to silnie zbudowany mężczyzna. Z wyglądu taki typowy Seba. I nagle usłyszeliśmy ryk:
- Co wy tu (tu padło niecenzuralne słowo na k) robicie?!!!
Przeanalizujmy naszą sytuację. Czwórka podejrzanych gówniarzy stoi przy ogrodzeniu. A już taki najbardziej podejrzany z nich wszystkich, trzyma patyka, którego wpycha do skrzynki na listy. Taaak. Istotnie łatwo to wszystko było wytłumaczyć. Ale spróbowaliśmy. W końcu nie mieliśmy wyjścia. Albo zostać stłuczonym na kwaśne jabłko przez osiłka, albo opowiedzieć, co wydarzyło się naprawdę. Zawsze pozostawała też opcja awaryjna - ucieczka. Nikt z nas nie chciał z niej korzystać. Przecież nie robiliśmy nic złego.
  
  Opowieść trochę trwała. Wraz z tym, jak opowiadaliśmy kolejne wydarzenia, przekrzykując się nawzajem, oczy mężczyzny stawały się coraz większe i większe ze zdziwienia. Jakby zaraz gałki miały opuścić oczodoły i udać się na daleką podróż w nieznanym kierunku. Wysłuchał nas wyjątkowo spokojnie, a chwilę potem... sam zaczął grzebać w skrzynce. Swoją drogą skrzynka stałaby się słowem dnia, gdyby nie wyparł jej list. A ten podstępnie nie chciał wyjść.
  Nagle osiłkowi, jakby to powiedzieć... ręka utknęła w blaszanej szparze. Od teraz mieliśmy do wyciągnięcia o jedną rzecz więcej.
  My mocowaliśmy się z ręka. On - z listem. A między tym wszystkim był oczywiście cienki patyk, który trzymał nie kto inny, jak ja. Teraz brakowało nam tylko, żeby ów patyk się złamał i podzielił los listu oraz ręki.

  Grzebanie zakończyło się sukcesem. Niemałym! W nagrodę za udzieloną pomoc, pan mięśniak, wskazał nam skróty prowadzące do rezerwatu, które okazały się nie skrótami, a przedzieraniem się przez prawdziwą dżunglę.
  Maczety brak. Był co prawda Makumba i jego nóż, ale On sprawdzał się lepiej jako taran. Chaszcze nie ustępowały na krok. Oplatały. Szło, a właściwie posuwało się do przodu niezwykle tragicznie. W takich warunkach trudno o jakieś przyjemności. Nam udało się jednak ich doświadczyć. Była nią ścieżka. Ledwie widoczna, jak wydeptana przez zwierzęta. Pełna paskudnego błota. Ale ścieżka. Wówczas nic więcej nie potrzebowaliśmy do szczęścia.
  
Foto: Raku

  Brajan posiadł niezwykłą zdolność zbaczania z takich ścieżek. Uwidoczniła się ona wówczas, gdy wszyscy wydostaliśmy się z rezerwatu, a on nadal siłował się ze ścianą tarniny. Jak powszechnie wiadomo, na gorszą przeszkodę trafić nie mógł. To jak tam trafił było dla nas tajemnicą. Za ogrodzeniem wybrzmiał chór szczeknięć psów, które zaczęły się niecierpliwić co to za banda oszołomów stoi przed ich ogrodzeniem. Asysta czworonogów nieco pomogła Kubie, i niedługo potem przez wąską lukę, wydostał się wprost do nas. Niedługo potem staliśmy już nad krawędzią ogromnego kamieniołomu. 


Pozowanie od zawsze nie było moją mocną stroną. Tego dnia jednak nie wyszło mi wyjątkowo
Foto: Brajan

  Kamieniołom był ogromny, a ścieżki wokół coraz węższe i węższe, aż ostatecznie zmieniły się w kłujące krzaki, potem chaszcze, a na koniec wbijające się w ubrania (czasem i skórę) ciernie. Marsz co chwila przerywały głośne okrzyki bólu. Po pół godzinie przedzierania się dotarliśmy w miejsce, skąd, jak planowaliśmy dałoby się zejść na dno wyrobiska. W praktyce jednak plany te pokrzyżował nam czynny zakład, przez teren którego nie było mowy, abyśmy się przedarli niezauważeni. Tak więc bardzo niechętnie zawróciliśmy. Z pamięci wypieramy fakt, że czeka nas powrót przez te same koszmarne chaszcze. 


Dewon. Sp. z o.o. producent mączki wapiennej

Goryczka orzęsiona