Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świętokrzyski Park Narodowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świętokrzyski Park Narodowy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 sierpnia 2022

Wycieczka nr 105: PO DRUGIEJ STRONIE TĘCZY

3.08.2021

Skład: Marysia, Kamila, Brajan, Raku i Ja

Trasa: Czajęcice - Rez. Wąwóz w Skałach - Stara Słupia - Nowa Słupia - Łysa Góra - OOŚ "Święty Krzyż" - Huta Szklana - Bartoszowiny, ok. 23 km

  Przyjemnie było wrócić i znów móc wędrować ścieżkami bliskimi sercu, a tam, gdzie ich zabrakło wydeptać własne. Posmakować pierwszych w sezonie jeżyn zerwanych prosto z krzaczka. Zaciągnąć się zapachem lata, zasłuchać w znajomych melodiach, czy wreszcie zobaczyć co słychać u ducha puszczy. O tak, przyjemnie było wrócić.

 Powietrze miało intensywny posmak kamfory zmieszanej z garścią ziół. Przyjęliśmy pozycję narciarza, który właśnie wchodzi w niebezpieczny zakręt i w niej też przemierzaliśmy murawę kserotermiczną. Roiło się tu od barwnych kwiatów, owadów brzęczących za uszami. Jedynym na brak czego mogliśmy narzekać, była sama ścieżka. Szliśmy czymś przypominającym trawiastą zjeżdżalnię. I jak to zjeżdżalnie mają w zwyczaju - dokładają wszelkich starań, by ci, którzy się na nich znaleźli, mogli do woli się poślizgać. To nietrudne. Wystarczy tylko się odepchnąć...

W rezerwacie Wąwóz w Skałach

Stok jednej z muraw

  Mało brakło i ja bym zjechał. Szczęśliwie w porę chwyciłem wystającą skałę. Na dno wąwozu stoczył się jedynie zdarty płat mchu. Skarpa przysporzyła trudności również reszcie grupy. Odtąd rozciągnęła się ona w sznurek ślizgających się postaci.
  Pokonawszy skarpę, wdrapaliśmy się na wierzchołek hałdy. Stąd otwierał się widok na czynny kamieniołom w pełnej okazałości. Dziura zdążyła się wyraźnie powiększyć od naszej ostatniej wizyty. I nie ma się co dziwić. Bo choć minęły trzy lata, to zdaje się, że od tego czasu koparki pracują nieprzerwanie. Wkrótce jednak ma się to zmienić. Materiał skalny jest już bowiem na wyczerpaniu. I tu pojawia się promyk nadziei dla pobliskiego rezerwatu. Kiedy kopalnia zakończy wydobycie, ma on zostać powiększony o obszar dawnego wyrobiska - uczciwie. 
  Niestety nie wszystkie miejsca mają tyle szczęścia.  

Kamieniołom Skały

  Z lewej kłaniały nam się zalesione stoki Łysogór, z prawej ograniczały połacie pól płaskie jak blat stołu, z kolei pośrodku nich wetknięta była nitka asfaltu, którą zdążaliśmy do Nowej Słupi. Miejskie sklepy musiały przygotować się na nacierający w ich stronę szturm czwórki strapionych, a co gorsze, wygłodniałych turystów. Rzecz jasna tymi głodomorami nie był kto inny, jak my sami. 
  Drżyjcie sklepowe półki!
  Ledwo godzinę później, lżejsi o zawartość portfeli, za to bogatsi o przyciężkie brzuchy, człapaliśmy prowadzeni niebieskimi znakami szlaku. Wtedy to właśnie, tuż obok nas przystanął meleks. Ot biały, śmieszny samochodzik elektryczny. Ku nam wyjrzała twarz kierowcy. Okularnik uśmiechnął się, po czym do nas zagadał. Myśląc, że rybki, chwyciły przynętę, przeszedł do konkretów. Tym oto sposobem otrzymaliśmy jedną z najbardziej niedorzecznych ofert, jakie było dane nam usłyszeć.
- Podwiozę Was na Święty Krzyż - zaczął. - Pojedziemy naokoło i... wyjdzie drożej niż za bilet do parku. Wsiadacie? 
Mistrz marketingu, pomyślałem. Nie wiem, co wy byście zrobili na naszym miejscu, ale my odpowiedzieliśmy mu salwą śmiechu. Meleks odjechał. Widocznie musiał uznać nas za uciekinierów z jakiegoś psychiatryka. 
  Niedługo potem napłynął moment dziwnej refleksji. Jak źle musieliśmy wyglądać po wizycie w sklepie, skoro uznano nas za, pożal się Boże, niedzielnych turystów? W następnej kolejności ogarnęła nas seria wyrzutów sumienia, że postąpiliśmy ciut niegrzecznie tak się śmiejąc. Chcąc naprawić błąd, obróciliśmy się za siebie. A tam, w odległości nie większej jak sto metrów od nas, na nowo ujrzeliśmy zdeterminowanego meleksiarza, który niczym kameleon na muchę, czyhał na przyszłe ofiary. 


 Minęliśmy kasy biletowe i tak wkroczyliśmy na obszar parku. Do pokonania zostało jeszcze wiele schodków, ale po Pieninach były one ledwie rozgrzewką. W drodze na szczyt na moment odbyliśmy jeszcze w bok, z zamiarem sprawdzenia co słychać u ducha puszczy. 
  Wybieraliśmy się do niego od dawna, ale zawsze było jakoś nie po drodze, brakowało czasu. Znacie to. A gdy ów czas odnalazł się w parze z drogą, to... No właśnie. Spóźniliśmy się z naszą wizytą o dobre dwa lata, kiedy to staruszek jeszcze zipał. Mowa oczywiście o najstarszym drzewie parku - buku Jagiełły. Sędziwe drzewo przeżywszy 400 lat, któregoś dnia zwyczajnie przegrało z czasem, po czym padło. Na swój sposób niewiele się zmieniło prócz tego, że przestało rosnąć. Za życia było domem, kryjówką dla wszelakich stworzeń. Od ptaków, przez gryzonie, na nietoperzach kończąc. Teraz rozpoczęło swoje drugie życie, nadal będąc schronieniem, choć głównie dla bezkręgowców, ale i pokarmem, z którego czerpać będzie cały puszczański ekosystem.
  Jak widać nie ma co zwlekać z odwiedzinami...
  Im bliżej Łyśca, tym tłumy pęczniały. Wręcz się od nich roiło. Ocean turystów przelewał się przez klasztorną furtę. Nie słychać było nic prócz gwaru, spustu migawek aparatów, wrzasku rozbieganych dzieci zlewających się w jedną ogromną wrzawę. Istna okropność. Należało zwijać się stamtąd czym prędzej, tym bardziej, że w dali widzieliśmy jak jeszcze większe stada spacerowiczów są już w natarciu. 

Ostatki cienia

Tłumów jeszcze nie widać

Kadr bardziej niż klasyczny

  Z niemałym trudem przebiliśmy się do wnętrza sanktuarium, skąd już rzut beretem do wieży widokowej. Co dziwne, jeszcze żadne z nas na niej nie było. Nadeszła więc idealna pora, aby to zmienić. 
  Bilety sprzedano nam ulgowe, choć te przysługiwały do lat osiemnastu. Nie narzekaliśmy. Prócz tego, że zostaliśmy odmłodzeni, w kieszeni wylądowało kilka dodatkowych drobniaków. Lecz to nie bilety zaskoczyły najbardziej, a spokój. Znajdując się w epicentrum turystycznego zgiełku, w trakcie wycieczkowego szczytu, mogliśmy poczuć się jak gdyby wieżę otworzono specjalnie dla nas. Zostaliśmy sam na sam ze spiralnymi schodkami. 
  Te wprowadziły na rejony Alicji z Krainy Czarów. Wszystko jakieś takie nieproporcjonalnie olbrzymie, albo odwrotnie, mikroskopijne. Poza tym wąsko, stromo, ciasno - suuuper! Ostatnia klatka i jesteśmy na tarasie. 
  Jak przystało na jego geograficzne położenie piździło. Panoramka stąd przyjemna oku. Nie zawiodła. Głowa próbując ogarnąć ją całą, obraca się to w lewo, to w prawo, a my żałujemy, że nie jesteśmy sowami. Jednocześnie rozpierała nas duma, że urodziliśmy się tutaj, a nie w przeżartej spalinami Warszawie, czy w ble Radomiu. Że to wszystko, co mamy u stóp, jak pisał Żeromski, jest nasze, wspólne. Ale czy na pewno?  





  Po nasyceniu oczu majestatycznymi widokami, rozdzielamy się. Ja udaję się na misję, pozostali zdążają biegiem szlaku. Wkrótce szlak staje się dla mnie przeszłością i ląduje pośrodku lasu. Idę najprędzej jak potrafię, by przypadkiem nikt nie zauważył mojej obecności. Czemu? Tu gdzie jestem być mi nie wolno. Swoją obecność usprawiedliwiam tym, że mam coś ważnego do załatwienia. Nagle słyszę trzask łamanej gałęzi, a potem rozlega się kwilenie i przede mną śmiga spłoszone stadko dzików. Zanurzam się głębiej. Robi się dziko, nieokiełznanie dziko, aż docieram do celu. Pełen fascynacji podziwiam świat, do którego trafiłem. 
  Z drzew zwisają pajęcze siedzi, sędziwe drzewa obrosłe mchem dogorywają. Co jakiś czas przebijają się poletka gołoborzy. Dzięcioł czarny daje o sobie znać dudniąc w spróchniały pień z całych sił. Pośród jodłowej ściółki dopatrzyłem się gatunków roślin, które widziałem po raz pierwszy na oczy. Oznaczało to, że muszę być prawdziwie rzadkie. 
  Dziwne, ponieważ podobno ten fragment już dawno stracił wartość przyrodniczą. Wbrew fali protestu oraz sprzeciwu przyrodników, naukowców, zdecydowano, że śmiało można oddać go w ręce księży, którym przecież należy się jak nikomu innemu. W zamian, aby zamaskować utratę cennego obszaru, postanowiono dorzucić losowy fragment lasu w Grzegorzowicach oddalonego od Parku o niemal 10  kilometrów i tym sposobem park zostałby sztucznie powiększony. Paranoja.
   Tam, gdzie ludzie na wysokich stołkach widzą tylko kupę omszałych kamieni, ja dostrzegam wspólne dziedzictwo przyrodnicze, które jeśli zostanie utracone, to wraz z nim zniknie również część każdego z nas. Ta sama część, która lubi czasem wyskoczyć na poobiedni spacer po Parku, czy przyglądać się starym drzewom i rozmyślać nad przemijaniem. Znajome widoki mogą wkrótce przestać istnieć. Po prostu nieodwracalnie znikną. Na zawsze.  
  Aż strach pomyśleć, że za parę lat serce puszczy jodłowej może zostać wykarczowane, bo ktoś wymyśli jakiś nowy przepis. W jej miejscu z inicjatywy oblatów stanie sklepik z pamiątkami obmurowany kamieniami z niegdysiejszego gołoborza, zaś z tyłu obracać się będzie koło młyńskie rozświetlone tysiącami tandetnych światełek i napędzane pieniędzmi turystów, którzy wydali je na parę chwil rozrywki.  


Rzadkość na skalę regionu - gołoborze ulokowane na południowym zboczu góry

  Z grupą spotkaliśmy się na polach u podnóża Huty Szklanej. Podczas, gdy ja zdejmowałem z siebie masę pajęczyn, jakie zdążyłem zebrać w trakcie przedzierania się gęstwiną, oni garściami rwali soczyste jeżyny. Krwiście czerwony sok tylko plamił ich dłonie. Wkrótce sam dołączyłem zarówno do zbiorów, jak i do degustacji. Raz po raz do rozdziawionych paszczy wpadały dojrzałe owoce. Ich smak przypomniał mi o wakacjach spędzanych u wujków na wsi. Tych codziennych wędrówkach do źródła po wodę (z kranów nie ciekło wówczas nic zdatnego do picia), czy też szaleńczych wyścigach składakami i doskonaleniu talentu gubieniu się w lesie.
  
Morze widoków

Fajrant

  Nie jest tajemnicą, że trafiliśmy na pełnię żniw. Na pola wyjechały traktory. Warkot silników pomrukiwał przy wtórze nadchodzącej burzy. U mnie w domu mówiło się, że aniołki toczą beczki. Jak dobrze, że ów beczki przeturlały się gdzieś obok, dzięki czemu burza szczęśliwie nas ominęła, a my nieoczekiwanie znaleźliśmy się po drugiej stronie tęczy, w myśl cytatu Mashiego Kishimoto "Jeśli chcesz ujrzeć tęczę, musisz dzielnie przetrwać deszcz". Tyle, że nie spadła ni jedna kropla deszczu. Przynajmniej tutaj, bo w Kielcach zostaliśmy powitani przez burzę rodem z filmów katastroficznych.
Burza zmierza w stronę Kielc

Nowoodkryte zastosowanie statywu

Nic tylko pobiec przed siebie w poszukiwaniu garnka ze złotem

sobota, 20 lutego 2021

Wycieczka nr 82: CZERŃ, RÓŻ, BRĄZ I BIEL

22.12.2020

Skład: Brajan, Raku i Ja

Trasa: Rudki - Sosnówka - Nowa Słupia - Skałki Massalskiego - Łazy - G. Chełmiec - Łysa Góra - Trzcianka, ok. 20 km

  Na zewnątrz mrok zawładnął okolicę. Nieliczne samochody gnające ulicami, przełamywały złudzenie śpiącego miasta. My sami, jeszcze nie do końca rozbudzeni, mrużąc ciężkie, domagające się snu powieki, czekaliśmy, aż wreszcie przyjedzie autobus. Ten zawiózł nas do Rudek, gdzie wycieczka zaczęła się na dobre. Zaczęło się również powoli rozjaśniać. Chwilę potem wszechobecne ciemności, ustąpiły wczesnym barwom poranka. 

  Uwielbiam wschody Słońca. Są takie odrealnione od otaczającej nas kolorystyki. Cały ten spektakl, który przez kilkanaście minut, a czasem jeszcze dłużej opanowuje niebo, sprawia, że choć przez chwilę oczy wszystkich zwrócone są w jedną stronę. W stronę Słońca.


  Pierwsze skrzypce gra zawsze róż, prędko przechodzący w krwistą czerwień, a następnie jaskrawy pomarańcz.

Niebo jako płótno najlepszego malarza pod i nad Słońcem :)

  A kiedy już pojawi się lekko rozmazana plama, króluje tylko złoto wszystkich odcieni. Promienie nieśmiało przebijają kłębiaste obłoki i wkrótce rozpoczyna się nowy dzień, pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji, niepotrzebnej dramy i chwil przyprawiających o palpitację serca. 


Oko Saurona

  Z otwartych połaci pełnych traw porastających teren dawnej kopalni Staszic, poprzez niewielki otwór, przez który wpadała wiązka jasnego światła, po chwili niknąca w głębi podziemnego korytarza, znaleźliśmy się we wnętrzu okolicznego wzniesienia. Nieustannie pochyleni, pokonywaliśmy kolejne metry, by wreszcie znaleźć się w miejscu, gdzie będziemy mogli się wyprostować.
 
Foto: Statyw

Ów miejscem był główny chodnik sztolni. Dostępu do niego dzielnie broniły ceglane pozostałości infrastruktury wnętrza kopalni.

Foto: Raku

Ta działała w latach 1925-1970, a głównym obiektem eksploracji okazał się być piryt. Pozyskiwano go łącznie aż na 5 poziomach, czyli do głębokości 240 metrów. W latach 50-tych sowieccy geolodzy odkryli towarzyszące pirytowi rudy uranu. Stały się one przedmiotem tajnego wydobycia surowca na szerszą skalę. O tym jak wyglądały realia pracy robotników pisałem przy okazji relacji z wycieczki nr 36, kiedy to po raz pierwszy odwiedziliśmy ten obiekt. Tym razem chciałem bardziej wziąć pod lupę obecną dawkę promieniowania w sztolni. O tym jak się ją liczy i skąd biorą się tajemnicze jednostki wspominałem zaś tutaj. Promieniowanie według zebranych z poziomu drugiego na potrzeby badań próbek, oscyluje w przedziale 150-250µR/h, co jest porównywalne z prześwietleniem jamy ustnej. A jak dodamy do tego, że obecnie dostępny jest jedynie pierwszy poziom wyrobiska, to już w ogóle nie mamy się czego bać.

Nocek Duży
Foto: Raku

Sama sztolnia, co nawiasem mówiąc bardzo nas ucieszyło, stała się miejscem zimowania nietoperzy. W pobliżu znajdował się jeszcze jeden podziemny obiekt, który postanowiliśmy sprawdzić. Poszukiwania zajęły nam chwilę, zwłaszcza, że tutejszy teren nie należał do najłatwiejszych, no ale w końcu się udało.

Wejście do kanału

Czy było warto? Dla kogoś kto chciał zobaczyć wnętrze kilkunastometrowego kanału, którego dno wypełnione było śmieciami z okolicznych gospodarstw- na pewno.


Po wydostaniu się na powierzchnię, lekko rozczarowani ruszyliśmy w kierunku Nowej Słupi. Nasza trasa, choć biegła zazwyczaj asfaltem, przepełniona była ciekawostkami, które pojawiały się niemal na każdym kroku.

Zadziwiająco ładny kościół

Skarpa zapusty w promieniach wschodzącego Słońca


Przydrożny chodnik niebawem zamienił się w polną dróżkę z widokiem na tonący w chmurach nadajnik RTCN pobliskiej Łysej Góry.



Trzymając się obranego wcześniej azymutu dotarliśmy pod kamienną figurę pielgrzyma, skąd rozpoczęła się ta puszczańska część trasy. Według legendy przed wiekami żył waleczny rycerz. Jego odwadze dorównywała również nieposkromiona pycha. Nastały jednak czasy, gdy ów rycerz, zapragnął wewnętrznego wyciszenia. Złożył więc śluby, iż odwiedzi wszystkie święte miejsca o jakich słyszał w ciągu swojego życia. Kiedy po latach wreszcie ukończenie karkołomnego zadania dobiegało końca, na drodze pielgrzymki pozostał mu jedynie jeden klasztor. Znajdował się on na Świętym Krzyżu. I tak strudzony wędrowiec dotarł do Nowej Słupi, gdzie cel wędrówki był już na wyciągnięcie ręki. Napotkanym mieszkańcom przedstawiał się jako najbardziej pobożny człowiek na świecie, a na dowód swoich słów, postanowił pokonać ostatni odcinek swojej podróży na kolanach. Znajdując się zaledwie 2 kilometry od szczytu, zabiły klasztorne dzwony. Pycha jednak w tym momencie wygrała nad mężczyzną i bez chwili zastanowienia zaczął się przechwalać, że biją one na jego cześć. Zaraz po wypowiedzeniu tych słów zamienił się w kamienny posąg, który możemy podziwiać po dziś dzień. Co roku jednak porusza się o ziarenko piasku w kierunku Świętego Krzyża, pokutując za swoje grzechy.

Pielgrzym Świętokrzyski - figura pochodząca najprawdopodobniej z XIII w.

Będąc u wrót Parku, szukaliśmy oznak zimy, bo ta choć zagościła na dobre w kartkach kalendarza, to wszelkie znaki w około nie pozwalały zapomnieć, że dopiero co pożegnaliśmy jesień. Efektem tego były poranne mgły, czy gnijące po lasach stosy opadłych liści. A i jeszcze ta wilgoć. Brr. Paskudztwo. Niebawem przecież miały być święta, a tu ani grama śniegu. Były za to skałki.



I to całkiem fajne. Zwane zwyczajowo Skałkami Massalskiego. Zbudowane z kambryjskich piaskowców kwarcytowych, zdobiły strome zbocze nieopodal niebieskiego szlaku.






Tych kilka wychodni sięgających miejscami nawet 8 metrów wysokości pozwalają zobrazować proces tworzenia się wytworów geologicznych najwyższego pasma Gór Świętokrzyskich.




Foto: Raku

Wychodnia tuż przy szlaku

Podążając ścieżką dydaktyczną przebiegającą przez teren Puszczy Jodłowej, wkrótce znaleźliśmy się wśród zabudowań dzielnicy Nowej Słupi - Łazów. Z pozoru luksusowy asfalt, krył wiele niebezpieczeństw. Na szczycie listy czyhających na nas zagrożeń znajdowały się wyskakujące co chwila z niezamkniętych bram psy. Choć wyglądały na przyjazne, na co sugerować mogły ich merdające ogony, to ich szczekanie było naprawdę nieznośne do wytrzymania. Niektóre jednak w przypływie odwagi, postanowiły gonić nas krok w krok, byśmy jak najszybciej opuścili teren ich terytorium. Jeden z czworonogów szczególnie upodobał sobie mnie w roli swojego konkurenta, do tego stopnia, że musiałem oddalić się od niego w ekspresowym tempie, by nie zostać pogryzionym.

Las w jesienno-zimowej szacie

Panorama z Łazów

Pieskich perypetii ciąg dalszy nastąpił, kiedy znaleźliśmy się na bocznej uliczce, prowadzącej wprost do lasu. Tam dopadły nas trzy włochate stwory. Widząc jak ich zgraja pędzi na nas, razem z Brajanem postanowiliśmy jak najszybciej przez pola, przedostać się do lasu. Raku jednak jak na odważnego wędrowca przystało, stawił czoło tarapatom i poszedł przed siebie. Dziwnym trafem kiedy zbliżył się już do psów, te przestały nawet na niego szczekać. Zastanawiające. 

Foto: Raku

Zziębły buk
Foto: Raku

Niebawem byliśmy już w komplecie przy ścianie drzewostanu. W głębi jodłowego boru, mogliśmy poczuć się jak w baśniowej krainie, za sprawą szadzi pokrywającej wszystkie drzewa dokoła.


Foto: Raku

Nie wiedząc gdzie, byle przed siebie
Foto: Raku

Błądząc po leśnych bezdrożach, znaleźliśmy się w okolicach Chełmca (456 m.n.p.m). Korzystając z okazji, postanowiliśmy zdobyć szczyt i zobaczyć znajdujące się w jego pobliżu wychodnie piaskowców kambryjskich. Prócz nich zbocza wzniesienia pokrywały liczne głazy, tworzące miejscami zarastające już fragmenty niegdysiejszych gołoborzy.

Skałki tuż pod szczytem
Foto: Raku


Foto: Raku

Wierzchołkiem góry prowadziła niknąca wśród skał dróżka, wydeptana zapewne przez leśne ssaki, wszak znajdowaliśmy się na ścisłym obszarze Parku.

Na szczycie

Foto: Raku

Dalsza wędrówka górską granią przypominała mi spacer jednym z beskidzkich szlaków.



Tym razem trochę inna perspektywa


Po dotarciu do szlaku czerwonego, zaczęliśmy kierować się prosto na najbliższy przystanek autobusowy. Okazało się jednak, że do transportu powrotnego zostało nam jeszcze całkiem sporo czasu. Podjęliśmy więc zgodnie decyzję o tym, że wydłużymy sobie wycieczkę o nieplanowane odwiedziny Świętego Krzyża. W miarę zbliżania się do szczytu zaczął pojawiać się... śnieg! Pierwszy jaki mieliśmy okazję zobaczyć w tym sezonie. Dzięki niemu choć przez chwilę mogliśmy poczuć klimat zbliżających się świąt.


Na szlaku mamucich jodeł

Taka ciekawostka architektoniczna znaleziona w rumowisku skalnym nieopodal przebiegu szlaku


Im wyżej tym przybywało warstwy białego puchu, a drogi stawały się oblodzone. 


Kiedy już znaleźliśmy się u stóp klasztoru powitał nas przeszywający wiatr, potęgujący odczucie chłodu. Najgorzej było na otwartym terenie. Tym bardziej, że nie spodziewając się takich warunków atmosferycznych, każdy z nas nie miał czegoś, co w tym momencie akurat przydałoby mu się najbardziej. Brakiem wyposażenia wzajemnie się wymienialiśmy. A tu jeden nie miał rękawiczek, drugi zapomniał o czapce, a ktoś tam o termosie. 


Dodatkowo dzięki mgle mieliśmy niemal zerową widoczność. Czym jednak były owe nieudogodnienia, wobec zimowej aury jaką zastaliśmy na szczycie. Zresztą zobaczcie sami.  

Po prostu magicznie

Foto: Raku


Foto: Statyw

Byliśmy tam tak długo jak się tylko dało. Nawet trochę zbyt długo, gdyż całkowicie zapomnieliśmy, że musimy jeszcze wrócić :)


Foto: Raku

Schodząc w dół zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę pod krzyżem przy odsłonięciu skalnym piaskowców.

Foto: Raku


Foto: Raku

Podczas drogi powrotnej prócz zimowej kolorystyki, towarzyszyła nam mżawka, która pod koniec przemieniła się w deszcz. Wyposażeni w parasole w końcu dotarliśmy na przystanek. I choć nasza wycieczka dobiegła końca, to pogodowy galimatias utrzymywał się jeszcze przez całe popołudnie.

Foto: Raku