Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pasmo Chęcińskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pasmo Chęcińskie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 stycznia 2022

Wycieczka 104: ŚWIETLIK 2021

10-11.07.2021

Skład: Daria, Ania, Oliwka, Kamila, Wiktor, Wojtek, Kędzier, Locht, Makumba, Bugli, Brajan, Raku i Ja

Trasa: Chęciny - G. Zamkowa - Rez. G. Rzepka - G. Żebrownica - Polichno - Jedlnica - Grząby Bolmińskie - Miedzianka - Rez. G. Miedzianka - Rykoszyn PKP, ok. 26 km

 "Nocą, kiedy słychać więcej niż widać, budzą się pierwotne instynkty, a świat, tak doskonale znany za dnia, zdaje się być obcym". 

- Chodźcie śmiało! Jest nas mało! Chodźcie śmiało!
  Okrzyki nie cichły. Sytuacja stawała się coraz bardziej dynamiczna, a wkoło przetaczał się niepokój. Nas trzynastka. Ich nie widomo ilu, może tylu samo, może więcej. Siedzimy pod mostem niczym bezdomni. W ciemności, w ciszy. By przypadkiem nie wywiązała się nikomu niepotrzebna bójka. I czekamy, nie mając pojęcia co wydarzy się za chwilę. Znaleźliśmy się w potrzasku...
 

  Cztery i pół godziny wcześniej przemierzaliśmy smętne uliczki Chęcin. Nasze, pełne do granic możliwości brzuchy, co rusz przypominały o zjedzonej przed momentem pizzy. Wspinaczka po kamiennych schodach była dla nich udręką, nie mówiąc o późniejszym zbieganiu stromym zboczem kamieniołomu. 
  Dalej już grupa swobodnie rozciągnęła się na długość kilkudziesięciu metrów. 13 kolorowych postaci. Każda z nich ze zrolowaną karimatą na plecach; każda pochłonięta wędrówką. Z dali przypominaliśmy wielką, pełznącą gąsienicę. Jeśli gąsienice potrafiłyby się śmiać, ta byłaby prawdopodobnie najszczęśliwszą gąsienicą pod Słońcem. 
  Nikomu nawet nie przeszło przez myśl, że wkrótce ten iście bajkowy obrazek może zniknąć. 

Kamieniołom na Górze Zamkowej stanowi doskonały przykład ilustrujący w jaki sposób powstawała tzw. antyklina chęcińska - skomplikowana struktura tektoniczna. By ją zrozumieć trzeba sobie wyobrazić obrazek dwóch gór o podobnej wysokości sąsiadujących ze sobą, które są zbudowane z tych samych skał, czyli wapieni dewońskich. Tymi górami są Zelejowa i Zamkowa. Na Zelejowej skały te opadają stromo w kierunku północnym, zaś na Zamkowej - południowym. Kiedyś obie te góry łączyła wspólna grań, która kształtem przypominała rogalik. Pod wpływem silnych ruchów górotwórczych i fałdowań ten "rogalik" się przerwał, a pomiędzy obiema górami na powierzchni ziemi utworzyło się  nazwijmy to zagłębienie. I tak oto mamy antyklinę.

Foto: Raku

   Kiedy wybrzmiały pierwsze dźwięki gitary, wpatrywaliśmy się w odległą perspektywę pełną rozległych połaci pól i serpentyn dróg. To niesamowite ile przyjemności może nieść ze sobą takie leżenie w trawie i nic nierobienie.
  Muzyka pobudziła zmysły. Zwabiła też modliszkę, która znalazła swój drugi dom pośród włókien naszych ubrań. Śmieszne to i sympatyczne stworzenie, a przynajmniej takie się wydaje, dopóki nie przyjrzymy się bliżej jego mrocznym zwyczajom.
  Nie od dziś krąży mit, że każda modliszka podczas kopulacji pożera głowę swojego adoratora. Naprawdę robi tak ok. 5-30 % modliszek, a wpływ na to ma aktualny dostęp do pożywienia. Ktoś może się zastanawiać na co jej te kanibalistyczne zapędy? Otóż przygryzienia głowy samca powoduje, że jego mechanizmy kopulacyjne zaczynają działać intensywniej, a odwłok wtłacza więcej nasienia. Więc jak widać nic nie dzieje się bez przyczyny. Nie mniej żadne z nas nie chciałoby się znaleźć na miejscu Pana modliszki. 
  A niektórzy mężowie narzekają na swoje żony.

Modliszka zwyczajna

Foto: Locht

Foto: Locht

Sięgnąć marzeń
Foto: Kamila

  Gęste gałęzie leniwie przepuszczały wiązki promieni. Zza ściany drzew odsłaniał się już widok na średniowieczne mury zamku. Jednak to nie zamek, a różowy balonik unoszący się wysoko w niebo, przykuł naszą uwagę. Tak jak on ulotna stawała się ta chwila, a żeby przypadkiem nie uleciała nam zupełnie, ruszyliśmy. 
  Było nas tak wiele, że idąc wąską ścieżką, przed sobą widziało się jedynie plecy następnej osoby. Chyba, że miało się mniej szczęścia. Wówczas można było dostać czymś, co akurat wystawało z jej plecaka. Tym czymś mogła okazać się np. mata łazienkowa. Na co komu ona? Nie pytajcie...

Foto: Raku

Zamek rocznie odwiedza ponad 200 tysięcy turystów
Foto: Kamila

Ulotność

  Niecałe dwa kilometry dalej stanęliśmy na szczycie Rzepki, gdzie zdecydowaliśmy się zostać na zachód Słońca. Zewsząd robiło się złoto. Złote niebo, złote wzgórza, złote wszystko. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim byliśmy my - oddani bez reszty magii tego miejsca. Potrafiła ona zdziałać cuda, pozwalając się rozmarzyć i poczuć, jakbyśmy znaleźli się w nieznanej czasoprzestrzeni.

  W odległej przeszłości Góra Rzepka wraz z sąsiednią Beyliną, stanowiła nie lada gratkę dla poszukiwaczy drogocennych kruszców. Skrywała bowiem bogate złoża minerałów, wśród których bez wątpienia najcenniejsza była galena. Jej niezwykłe właściwości dostrzeżono już w starożytnym Egipcie, gdzie używano jej do celów kosmetycznych. Nieco później, bo w średniowieczu, z galeny wytwarzano liczne ozdoby i dekoracje, na które mogły pozwolić sobie jedynie najzamożniejsze warstwy społeczeństwa. To przyczyniło się do tego, że w rejonie Rzepki od XIV aż do XIX wieku, prowadzono szereg robót górniczych, po których do dziś zachowały się pamiątki w postaci lejkowatych zagłębień terenu. Są one niczym innych jak pozostałością po niegdysiejszych szybach. 
  Wraz z okresem międzywojennym z galeny przerzucono się na wydobycie marmuru, ale nie byle jakiego, bo najpiękniejszej i najdroższej jego odmiany, czyli różanki zelejowskiej. Ceniona w przemyśle kamieniarskim, znalazła szerokie zastosowanie w budownictwie. Posłużyła do budowy m.in wnętrza Biblioteki Jagiellońskiej, czy katedry wawelskiej.


Złota godzina na Rzepce
Foto: Kamila


Falistość pól

  Wszystko fajnie z tą całą magią miejsca, ale jakbyśmy się nie wygimnastykowali i jak długo tu nie czekali, to i tak zachodzącego Słońca na Rzepce byśmy nie zobaczyli. Nie było na to najmniejszych szans. Wszystko przez modrzewiowy las porastający górę, który zwyczajnie zasłaniał widok w kierunku zachodnim. Jak żałowałem, że nie wpadłem na to wcześniej. Teraz było już za późno na jakiekolwiek myślenie, musieliśmy ruszać czym prędzej. Szybka zmiana planów i pędzimy na Sosnówkę. Do zachodu zostało niecałe 20 minut. Może zdążymy, może się uda, może... 
  I tak rozpoczął się wyścig z czasem, który ani myślał zwolnić.

Foto: Raku

Foto: Raku

  Słońce chowało się za wierzchołkami pagórków o łagodnych zboczach, trawy zdążyły przybrać pastelowe odcienie, a na horyzoncie królował jaskrawy pomarańcz. Jakby ktoś przechylił puszkę farby, a ta rozlała się po całej okolicy. Rozmowy i ekscytacja narastały. Każdy myślał o tym, by jak najszybciej zrzucić z siebie ten ciężki plecak i móc rozkoszować się pięknem wspaniałego spektaklu. Do jego zobaczenia dzieliła nas tylko ostatnia prosta. 

Foto: Kamila

Peleton

Foto: Raku

  Jednym brakowało tchu, inni płynnie ze wspinaczki przeszli we wbieganie. Strome podejście zostało pokonane na wiele sposób, ale każdy z nich łączyło jedno - wszyscy zdążyliśmy przybyć nim przedstawienie dobiegło końca. Na krańcu wzgórza stanęliśmy jak wryci z aparatami w ręku i podziwialiśmy, gdyż istotnie było co podziwiać.
  Rozciągająca się tu panorama zachwycała. Za spiczastymi szczytami Miedzianki prędko znikała krwista plamka - to samo wielkie Słońce, które jeszcze kwadrans temu ścigaliśmy. Teraz ledwie było je widać. 

Garść widoków z Sosnówki
Foto: Kamila

W stronę Słońca

Ostatnie chwile dnia

  Tymczasem na sąsiedniej polance, ludzka wieża rosła w oczach. Wdrapywali się kolejni śmiałkowie, chcący sięgnąć jak najwyżej. Niebawem gotowy był już drugi poziom. Szóstka wspaniałych zapomniała jednak o najważniejszym - solidnej podstawie. Zamiast niej były trzęsące się z wysiłku ręce. Kluczowe utrzymanie równowagi wnet zostało zaburzone. Nie wyglądało to za dobrze. 
Nagle doleciał krzyk tłumiony atakiem śmiechu:
- Dłużej tak nie wytrzymam! 
Chwilę potem konstrukcja runęła niczym domek z kart i wszyscy którzy wcześniej ją współtworzyli, teraz leżeli w trawie dusząc się ze śmiechu. Tak właśnie powitaliśmy bezgwiezdną noc. 
  


  Drogę rozświetliły czołówki. Rozpoczął się chaotyczny taniec migoczących świateł. Daleko im było do samochodowych reflektorów. Wszystko to, co znajdowało się poza ich zasięgiem, tonęło w przepastnym mroku. Choćby rozpięta na całą szerokość drogi pajęczyna - delikatna i trwała zarazem. Widoczna stawała się dopiero, gdy o mały krok się w nią nie wpadło. 
  Trzeba wiedzieć, że jeśli któraś z dziewczyn zgarnęłaby czającego się na pajęczynie ogromnego krzyżaka, piskom i krzykom nie byłoby końca. One z kolei doprowadziłyby do wybudzenia znacznej ilości mieszkańców wioski. Sam pająk zapewne przestraszyłby się całą sytuacją najbardziej ze wszystkich, ale i zdziwił, że w końcu udało mu się coś złapać. Jedyny problem w tym, że jego ofiara byłaby wielokrotnie większa od niego samego. Tak więc dbając o nocny komfort mieszkańców oraz zdrowie psychiczne pająka, na przód zostali wypuszczeni najodważniejszy, których zadaniem było ostrzeganie pozostałych przed czyhającą pajęczyną.

  Kwadrans potem na horyzoncie spostrzegliśmy jasną plamę. Sprawiała wrażenie jakby zbliżała się w naszą stronę. Wkrótce wiadomym stało się, że wcale nie jest to złudzenie, a plama to tak naprawdę latarka. Wydawała się jednak jakaś taka inna, nie nasza. Pewne było również, że latarka musi mieć swojego właściciela. Tylko kto mógł nim być i przede wszystkim co ten ktoś robił w miejscu takim jak to, o tak późnej porze? 
  Spodziewaliśmy się wściekłego rolnika, który zwabiony głośnymi odgłosami naszej grupy, chciał przegonić nas ze swojego pola. Zawsze też mógł być to jakiś seryjny morderca, ale nawet jeśli, to on był sam, a nas trzynastka i to bynajmniej nie pechowa. Wśród tej trzynastki kilka osób ze scyzorykami, podtrzymujących kielecką tradycję i jedna z nożem, któremu bliżej było do maczety niż do czegoś, czym kroi się ogórki na sałatkę. Zapomniałbym jeszcze o tych, których sam wygląd mógł budzić strach. Wszystko to składało się na optymalne poczucie bezpieczeństwa.
  Zarys tajemniczej postaci stawał się coraz wyraźniejszy, a sama postać coraz większa. Po chwili zostaliśmy oślepieni światłem latarki. Latarki, która jak się okazało, nie należała ani do rolnika, ani do mordercy, tylko zwyczajnego miejscowego, który widząc wędrujących piechurów ruszył im z pomocą. Pomocą? Niby przed czym? 
   Nie wiem jak to jest, ale gdy lądujemy w tarapatach, prawie zawsze znajduje się jakaś dobra dusza, która chce uratować nas z opresji. Tym razem ścieżka, którą podążaliśmy według tego, co mówił mężczyzna, miała wkrótce zniknąć na rzecz gęstwiny chaszczy nie do przedarcia. Mężczyzna udzielił nam więc pewnej wskazówki: trzymajcie się krzaków, tak, abyście zawsze mieli je po prawej stronie, to na pewno się nie zgubicie. Wydaje się niby proste, lecz nocą nic takie nie jest. 
  Podziękowaliśmy cichemu bohaterowi i udaliśmy się we wskazanym przez niego kierunku. Niebawem pojawiły się i same krzaki. Potem nieco więcej krzaków, a na koniec zarośla. To czym szliśmy ciężko było nazwać ścieżką. Ale imitacją ścieżki już owszem. Jednak nawet i ona po czasie się skończyła. Tym sposobem nie uniknęliśmy przedzierania. Sprężyste gałęzie uginały się, a następnie strzelały. Trzeba było uważać, by ktoś przypadkiem nie dostał z liścia. Po niezwykle długich czterech minutach gąszcz ustał, a nam ukazała się dróżka. Dokładnie ta sama dróżka, którą mieliśmy iść od początku. Eh...
  
  Dalej miało być już spokojnie, bez nieplanowanych przygód. I istotnie było do czasu, kiedy nie znaleźliśmy się w Jedlnicy. 
 
Chemiczny wykład Makumby w drodze na Żebrownicę

Foto: Kamila

- Chodźcie śmiało! Jest nas mało! Chodźcie śmiało!
  Okrzyki nie cichły. Sytuacja stawała się coraz bardziej dynamiczna, a wkoło przetaczał się niepokój. Nas trzynastka. Ich nie widomo ilu, może tylu samo, może więcej. Siedzimy pod mostem niczym bezdomni. W ciszy. By przypadkiem nie wywiązała się nikomu niepotrzebna bójka. I czekamy, nie mając pojęcia co wydarzy się za chwilę. Znaleźliśmy się w potrzasku...

  Jedyna droga prowadziła przez most przerzucony nad rzeką Hutką. Tuż za nim stała wiata, z której dobiegały niepokojące okrzyki. Przejście obok niej było nieuniknione. W takich chwilach przez głowę przelatują te same myśli. Na co nam to było? A mówili, żeby zostać w domu, gdzie najbezpieczniej. Ale jesteśmy gdzie jesteśmy, nie możemy czekać w nieskończoność. Może zbytnio dramatyzuję.
  Plecaki z powrotem wylądowały na zmęczonych już ramionach i poszliśmy, zwartą grupą, śledząc dokładnie wzrokiem prawy brzeg mostu. Od wiaty dzieliło nas tylko kilkadziesiąt metrów.
- Patrzcie harcerzyki jakieś! - wykrzyknął jeden.
Nie reagowaliśmy, szliśmy jak w transie. Byle się nie odwrócić, byle już znaleźć się w lesie. Koniec końców nie stało się nic. Znów czuwało nad nami szczęście.

  W lesie zastaliśmy księżyc w nowiu. Z oglądania drogi mlecznej wyszło nici, a i same gwiazdy, choć chciałoby się powiedzieć, że rozświetliły firmament, w rzeczywistości były jakieś takie wyblakłe i nieliczne. To jednak nie przeszkodziło nam, by zatrzymać się na dłużej, zadrzeć głowy w niebo i spoglądać w bezkres wszechświata.
  Mknąc (faktycznie pędziliśmy) wapiennym grzbietem Grząbów Bolmińskich, wsłuchiwaliśmy się w przyjemne cykanie świerszczy. Pojęły one doskonale, że najlepszą formą komunikacji w nocy jest dźwięk. 
  Nocny odcinek dobiegał już końca. Zmęczenie narastało. Każdy, absolutnie każdy, marzył tylko o jednym. Tym czymś był jakże potrzebny SEN. 

Foto: Raku

Światła mroku. A dalekoo z tyłu cementownia Małogoszcz

  Na Miedziankę docieramy w komplecie na 2:30, po ponad sześciu godzinach męczącej, ale i cudownej zarazem wędrówki. Tam plecaki zostają opróżnione ze wszystkiego, co będzie za moment pełniło funkcję tymczasowego legowiska. Same legowiska... no cóż niezwykle skromne, zrobione na prędce. Jakaś karimata, folia, czy koc, na którym da się położyć i oczywiście coś do przykrycia. Byle zachować jakieś resztki komfortu i trochę ciepła. 
  Zasypiamy chwilę po trzeciej, podzieleni na trzy grupki ulokowane w odległych zakątkach góry. Od zapadliska po dawnym polu górniczym, na miejscówce pod spróchniałą brzozą kończąc. Chowając za powiekami dzień pełen wrażeń, powoli docierało do mnie, w jak niecodziennej przygodzie było nam dane uczestniczyć. 
 
  Lekko ponad godzinę później obudziły nas, nie pieszczące promienie wschodzącego Słońca, a irytujący dźwięk melodyjki budzika w telefonie. Irytujący do tego stopnia, że ochota na ciśnięcie tym telefonem napływała samoistnie. Od rzutu skutecznie powstrzymywał brak pewności, czy przypadkiem ten głaz, bądź krzak obok, nie jest przypadkiem kimś z nas w zrolowanym śpiworze.
  Jeśli o same śpiwory chodzi. Wyścibienie nosa spoza jego strefę było nazwijmy to wysoce nieprzyjemne. Nie tak sobie zapamiętałem temperaturę na zewnątrz, kiedy kładłem się spać. Mógłbym przysiąść, że było cieplej. Teraz każdy, zaraz po przebudzeniu, trząsł się z zimna. 

Zielone wyspy pośród morza mgieł

  Uczucie chłodu dodatkowo potęgowała oblepiająca mgła. Gdy wreszcie się rozproszyła, w pełni odsłoniło się tutejsze piękno. Ta baśniowa sceneria, którą tak doskonale znaliśmy z wcześniejszych wojaży. Zrobiło się nieopisanie cudownie. A potem było tylko cudowniej i cudowniej. W końcu tarcza Słońca wynurzyła się zza wzgórz w pełnej krasie. Przyglądaliśmy się temu wszystkiemu opatuleni, z na wpół otwartymi oczami, domagającymi się jeszcze choć trochę drzemki. Spojrzenie trwające kilka minut, zmieniło się we wspomnienie bliskie naszym sercom, w których bez wątpienia zadomowi się na wiele, wiele dłużej.

Foto: Raku


Foto: Raku

  Spust migawki uruchomił samowyzwalacz. Czerwona lampka zaczęła mrugać. Ustawialiśmy się w pośpiechu, czekając na Bartka, który rzucił się w pogoń. Miał 10 sekund na to, by pokonać drogę dzielącą siostrzane wierzchołki. Zdążył. Pstryk!
  Śledząc wzrokiem pozostałych widziałem rysujący się na ich twarzach uśmiech, przyćmiewający wszystko dookoła. Te wszystkie trudy, zmęczenia. Nie potrzebowaliśmy żadnych słów. On mówił wszystko. Byliśmy świadkiem czegoś niesamowitego. Na naszych oczach otwierał się pewien nowy rozdział, do którego drzwi, były dotychczas jedynie ledwo uchylone. Dzisiaj otworzyły się na oścież. Unikalne doświadczenie, którego nigdy przedtem nie doświadczyliśmy. Euforia w czystej postaci. 

Foto: Statyw

Foto: Statyw

  Ze snu na dobre budził się wciąż zaspany tak jak my poranek. Pierwsze ze wschodzących promieni urządziły nam prywatny pokaz laserowy. Ostre słupy światła wcinały się w resztki mgły, a następnie rozczepiały na pojedyncze wiązki. 
  Euforia, która przed momentem jeszcze wśród nas gościła, prędko zdążyła przerodzić się w smutek. Doskonale wiedzieliśmy, że tuż za Miedzianką, nasza przygoda dobiega już końca... 

Pokaz laserowy

Królowa świętokrzyskich gór muskana przez pierwsze promienie

Koncertujący trznadel

poniedziałek, 27 września 2021

Wycieczka nr 95: KIEDYŚ TO BYŁO

 8.05.2021

Skład: Kamila, Locht, Makumba, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Chęciny - G. Zamkowa - Podzamcze Chęcińskie - Kłm. Leśna Góra - Przymiarki - Lipowica - Nowe Młyny - Zakupniki - Tokarnia - Wolica PKP ok, 25 km

  U stóp mieliśmy całe miasto. Dziesiątki budynków, domów, które w miarę dzielącej nas odległości, stawały się jedynie nieznaczącymi punktami na horyzoncie. Ponad nie wszystkie wystawały kościelne wieże. Gołębie krążyły wokół nich stadami. Turyści dopiero się zjeżdżali, zostawiając na poboczach sznury zaparkowanych samochodów. Tam, na dole, życie ulic powoli rozkwitało, by wkrótce zamienić się w małomiasteczkowy zgiełk.

Foto: Kamila

Chaos

   Tymczasem bliżej murów zamkowych, byliśmy tylko my, drewniane figury polskich władców i wieki historii zapisane w kamieniach. Jednym słowem spokój. Pokonywaliśmy kolejne stopnie. Pięliśmy się coraz wyżej i wyżej, aż sięgnęliśmy szczytu. Skalisty grzbiet Zamkowej Góry ozdabiała wapienna grań.

  Cofając się do średniowiecza, góra ta wraz ze swymi stromymi zboczami, stanowiła trudnodostępną lokację. Usytuowany na niej zamek, prędko przekształcił się w prawdziwą fortecę, która jeszcze przez niemal 250 lat cieszyła się mianem niezdobytej. Wrogie wojska przez dekady głowiły się nad szturmem, prześcigając się na coraz to lepsze taktyki. Twierdza uległa dopiero w 1607 roku oddziałom rokoszu zebrzydowskiego. Rokoszanie ograbili ją, splądrowali, a następnie podpalili. Zamek udało się odbudować. Nie był to jednak koniec przykrych wydarzeń w historii warowni.

Foto: Raku

  Wkrótce po potopie szwedzkim zamek ucierpiał jeszcze dotkliwiej i w efekcie został opuszczony. Dzieła zniszczenia dokonali Austriacy. W czasie zaborów nakazali rozbiórki murów. Ochoczo pomagali im w tym miejscowi wieśniacy, cieszący się z darmowego źródła materiału budowlanego. Niegdyś potężna budowla nikła w oczach. Rozkradana kamień po kamieniu. 

  Jej przyszłym losem na dobre zaczęto interesować się dopiero w połowie XIX w. Wtedy to sam Henryk Sienkiewicz opublikował list w sprawie ochrony ruin. Musiało minąć wiele ponad pół wieku, by zamek formalnie stał się zabytkiem. Od tego czasu cieszy oczy tysięcy turystów odwiedzających go co roku. 

  Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Słońce co rusz znikało za pierzastymi obłokami, by pojawić się po chwili. A kiedy już się pojawiało, to świeciło pełną mocą. Robiło się gorąco, a wraz z silniejszym podmuchem wiatru - nieznośnie zimno. Co rusz ściągaliśmy i zakładaliśmy nasze kurtki, nie mogąc się dostosować do zwariowanego żywiołu.  


Foto: Kamila

  Zmierzaliśmy do kirkutu. Lekko rozciągniętej grupie przewodził Makumba z Buglim. Pośrodku wędrowali naczelni fotografowie, a gdzieś z tyłu maszerowałem ja. Stąd miałem szerokie pole widzenia na wszystkich i wszystko.  
  Grzbiet wzniesienia, którym szliśmy opadał łagodnie. Na jego południowo-wschodnim zboczu odsłaniały się wychodnie wapieni dewońskich. Tworzyły pionowe ściany i niewielkie prożki skalne. 


Pierwiosnek wyniosły
Foto: Kamila

  Kirkut powstał prawdopodobnie jeszcze w XVII wieku. Otacza go niski murek. Powykręcane gałęzie drzew przykrywały sterczące z ziemi macewy. Tak jak na naszych cmentarzach zapala się znicze, tu funkcję tę przejęły pozostawione kamienie, czasem ułożone w nieregularne stosy. Taki symbol pamięci. Środkiem przebiegały wąskie ścieżki. Pozwalały dotrzeć w najdalsze zakątki i przyjrzeć się dokładniej każdemu z około 200 nagrobków. Ozdabiały je hebrajskie pismo, którego żadne z nas nie potrafiło rozszyfrować oraz ornamenty roślinne, zwierzęce i inne. Zdecydowana większość z nich miała znaczenie symboliczne, np. dłoń wrzucająca monetę do skarbonki, oznaczała osobę słynącą z dobroczynności. Zadaniem takich "ozdób" było przekazanie jak najwięcej informacji o zmarłym, gdyż jak już zdążyliśmy zauważyć, żadna z macew nie posiadała jego podobizny. A dlaczego? Bo byłoby to sprzeczne z żydowską tradycją.

Foto: Raku


 
  Niebawem wydostaliśmy się z objęć zieleni i wylądowaliśmy pośrodku wzgórza, nad którym zebrały się burzowe chmury. Widać było stąd okoliczne pagórki, kopalnie pożerające niegdysiejsze łąki. Dołem biegła droga krajowa. Jej pobocze przez najbliższe kilometry miało służyć za trasę wędrówki. Wędrówki niezbyt przyjemnej, bo co rusz przerywanej przez pędzące samochody, ich klaksony i wszechobecny warkot silników.

Góra Łgawa

  Ruch ustał w momencie, gdy wkroczyliśmy na teren dworu obronnego w Podzamczu Chęcińskim. Swą siedzibę miał tu starosta Jan Branicki. Przeniesiono ją z pobliskiego zamku, gdy ten został opuszczony. W XVII wieku dworski park wzbogacił się o ogród w stylu włoskim (obecnie największy w województwie). Według licznych przekazów, wznoszący się na jego tyłach łuk triumfalny zbudowano, by powitać Jana III Sobieskiego, który wracał ze zwycięskiej bitwy pod Wiedniem. Jednak sam zainteresowany prawdopodobnie nigdy go nie widział.
  

Obecnie w budynku dawnego dworu mieści się Centrum Naukowo-Technologiczne, na terenie którego jeszcze kilka lat temu organizowano konkurs łazików marsjańskich

  Po obu stronach alei rosły potężne lipy. Część ich grubych pni ze starości już spróchniała i potężni staruszkowie powoli rozkładali się na uboczu pod płaszczem młodszych drzew. W bliskim sąsiedztwie rozciągała się polana usiana żółtymi kwiatami mniszka. Gdzieś na linii widocznych w dali krzewów stała wpatrzona w nas sarna. 
  Skradałem się po cichu. Krok po kroku zbliżałem się do obiektu fotograficznego. A jako, że obiekt ten był żywy i myślący, prędko wypatrzył zbliżające się zagrożenie i czmychnął. Ruszyłem w pościg, wiedząc, że nie pobiegnie daleko. W końcu 100 metrów dalej głęboko wcinał się wąwóz. Jego dnem płynęła rzeka, a tuż za nią przebiegała znajoma szosa. Sarna jednak znalazła jakieś inne, cudowne rozwiązanie i znikła niepostrzeżenie.

Liczące ponad 300 lat pomnikowe lipy

W spróchnialcu

Pocieszne słoneczko
Foto: Kamila

  Przez dłuższy czas trzymaliśmy się wyznakowanego tej wiosny szlaku zielonego. Prowadził on z Chęcin do Daleszyc. Łącznie dawało to 45 kilometrów bezdroży, ścieżek skrytych w gęstych lasach i masy ciekawostek geologicznych. Jedną z nich mieliśmy właściwie na wyciągnięcie ręki. Wcześniej musieliśmy tylko pokonać przejście pod S7.


  Porzucone wyrobiska często zamieniają się w nielegalne wysypiska śmieci. Te na szczęście nie podzieliło ich losu. Przynajmniej nie w tak dużym stopniu. Gdzieniegdzie walały się fragmenty starej pralki i sterty eternitu. Pomijając te nieprzyjemne komponenty, w skalnych ścianach, gdzie wydobywano wapienie górnojurajskie, uwidoczniał się przebieg procesów geologicznych. Centralną część kamieniołomu stanowiła synklina, czyli wklęsły fałd. Odsłaniały się w niej warstwy skalne z różnych okresów geologicznych.
  Po poszukiwaniach skamieniałości (tym razem prawdę mówiąc średnio udanych), wdrapaliśmy się na stale usypującą się hałdę. Sprawdziła się idealnie jako punkt widokowy, z którego widzieliśmy zarówno przebyty odcinek trasy, jak i to, co jeszcze nas czekało.

Foto: Raku

Sypko

Kopuły kościoła pw. św. Stanisława BM w Starochęcinach

  Polska nazwa sasanki brzmi przyjemnie, a zarazem nieco tajemniczo. W końcu co oznacza sasanić? Angielska "wstydliwa pani"- bardziej zmysłowo. Zaś niemieckie PELZANEMONE wyjątkowo groźnie. Kojarzy się z wojennymi filmami, do momentu, kiedy nie dowiemy się, że oznacza futrzanego zawilca. Niegdyś pospolite i uchodzące za symbol wiosny, gdyż kwitły najczęściej na Wielkanoc; dzisiaj sasanki znajdują się na skraju wyginięcia. Podziwianie ich w naturalnym siedlisku to niezwykłe przeżycie. Niestety zarezerwowane tylko dla nielicznych. Nam udało się go doświadczyć.

Włochate dzwonki sasanki łąkowej
Foto: Raku


  Spoglądając przed siebie widzieliśmy nieco wzburzoną taflę zalewu w Lipowicy. Falowały też pola przesycone soczystą zielenią. Morze traw wprawiane w ruch silnymi podmuchami wiatru, tworzyło krajobraz, który chciało oglądać się bez przerwy. A jeśli o przerwę chodzi, to dzieliło nas do niej jakieś 20 minut solidnego marszu. Musieliśmy więc uzbroić się w cierpliwość.

Jedno zdjęcie, a tyle różnych odcieni zieleni


Foto: Kamila

  Przycupnęliśmy na drewnianym pomoście dla wędkarzy. Wokół pełno było chyboczącej się trzciny.  Poza tym świeciło pustkami. Zbiornik wraz z otaczającą go nową infrastrukturą, dopiero czekał na oficjalne otwarcie. W przeciwieństwie do naszych plecaków, z których niemal natychmiast wydobyliśmy smakołyki. Jedząc, wpatrywaliśmy się tylko w wodę.


Powiedzmy molo

  Dalej, kierunek marszu wyznaczała nam Czarna Nida. Meandrowała pośród zarośniętych brzegów - dawniejszych przystani kajakowych. Na jednym z takich brzegów rosło samotne drzewo. Wysokie i szykujące się dopiero do wypuszczenia wiosennych liści. Nie było jakichś imponujących rozmiarów. Wydawać by się mogło ot zwykłe drzewo. Jednak nie u każdego drzewa gałęzie zaczynają się tak nisko. Na tyle nisko, by móc się na nie swobodnie wspiąć. Bliżej wierzchołka w zasadzie również nie brakowało czegoś, czego można było się złapać, z tym, że wszystko się bujało przy każdym większym ruchu. Sytuacja pogorszyła się diametralnie, kiedy do Lochta przylepionego do pnia, dołączył Bugli z Makumbą. Drzewo przestało już przypominać drzewo, za to bliżej było mu do ogromnej procy, która wkrótce wystrzeli trzy pociski. Na szczęście nie wystrzeliła, a my mogliśmy kontynuować wędrówkę. 


Foto: Raku


Człowiek małpa

  Ścieżka prowadziła na przemian wzdłuż krzaków, by potem na dobre wejść do lasu. Ten spokojny zakątek, upodobały sobie tracze nurogęsi. Kaczki wyjątkowo rzadko u nas spotykane, zwłaszcza w tych rejonach. Niewielkim stadkiem przepłynęły tuż obok nas, po czym skryły się za najbliższym zakolem rzeki. Gdy one się skryły, zza drzew zaczęły już prześwitywać ruiny jakiejś tajemniczej budowli z czerwonej cegły. Ogrodzeniem, które je niegdyś otaczało zaopiekowali się miejscowi złomiarze. Zostało po nim kilka betonowych słupków i resztki zardzewiałej siatki, która szczęśliwie ocalała.

Opuszczony spichlerz
Foto: Raku

  Z wejściem nie było najmniejszego problemu. Drzwi otwarte na oścież. Podobnie jak okienka w piwnicy. Mogliśmy więc wybierać, którą drogą chcemy dostać się do środka. Wewnątrz królowały głównie gołe ściany. Ogólnie cały obiekt zdawał się być jednym wielkim pustostanem. Zmieniliśmy to zdanie, zaraz po wyjściu z podziemi, kiedy to zobaczyliśmy ciekawe drewniane elementy wyposażenia. Naprowadziły nas na trop, jakie było przeznaczenie budynku. Wkrótce potem okazało się, że nasze przypuszczenia potwierdziły się. 


Foto: Kamila

  Otóż mieścił się tu kiedyś wybudowany w XX wieku spichlerz dawnego kompleksu młynów. Podobny do tego, który znajduje się w Morawicy. Przechowywano tu m.in ziarna zboża, czy worki gotowej już mąki. Obecnie puste hale zaadaptowano na potrzeby Paintballa i ASG. Co łatwo rozpoznać na pierwszy rzut oka, widząc poprzyczepiane w każdym możliwym miejscu tarcze strzelnicze.

Foto: Kamila

Ręce do góry!

  Standardowe muzea pozwalają doświadczyć zwiedzania jedynie połowicznie. Kawałki zabytkowej wazy należące do jakiejś znanej osobistości, stare zapiski schowane w oszklonych gablotach i znudzony przewodnik zabraniający dotykać każdego z eksponatów. Kogo to zainteresuje? Tych, którzy stworzyli tą ekspozycję? Taka wystawa szybko się nudzi. Pozbawia nas możliwości odkrywania. Nie wywołuje żadnych większych emocji, no może poza znudzeniem, przez co nie zostaje zapamiętana. 
  Nieco inaczej jest ze skansenami. Zlokalizowane na zewnątrz, pozwalają obcować z tym, z czym obcowały nasze prababcie i pradziadkowie. Czyli wiejskim życiem w czystej postaci. Tyle, że jakieś 100, a nawet 200 lat temu.

Organistówka z Bielin z apteką w środku
Foto: Raku

Foto: Raku

  Wędrówkę w czasie (który wydaje się, że od dawna zatrzymał się w tym miejscu), rozpoczęliśmy od odwiedzenia kościoła szpitalnego z Rogowa. Znajdował się najbliżej wejścia, toteż poszedł na pierwszy ogień.
  Zaglądamy do środka, (co już uznaliśmy za mały sukces, bo przez pandemię niektóre z obiektów zamknięto dla zwiedzających), a tam najprawdziwsze bogactwo. Ileż tam było kolorów! Od czerwieni, przez pomarańcz, kończąc na odcieniach błękitu. I jeszcze te polichromie. Bardzo miłe zaskoczenie. Prócz tej masy barw nie brakowało też złota i obrazów o tematyce sakralnej, czyli czegoś charakterystycznego dla pełnego przepychu stylu rokoko.

Po lewej dzwonnica z Kazimierzy Wielkiej
Foto: Kamila

Foto: Kamila

Malowidło przedstawiające walkę Michała Archanioła z szatanem
Foto: Kamila

  Z pozostałą częścią obiektów nie poszło już tak łatwo i zostało nam zapuszczanie żurawia przez zakurzone szyby. Stopniowo wynurzały się kolejne kryte strzechą chatki. Na płotach wisiały gliniane garnki. Z czasem płotów było tak wiele, że tworzyły długi ciąg drewnianych ogrodzeń. Obszar zwiedzania wciąż się powiększał i powiększał, a my coraz bardziej obawialiśmy się, że nie zdążymy zobaczyć wszystkiego.

Aż chciało się przysiąść i posłuchać ludowych opowieści (jak byłby na to czas rzecz jasna)
 Foto: Kamila

Foto: Kamila

  Wnętrze jednej z chat, należało zapewne do jakiegoś cieśli. W ganku pełno było skrupulatnie ułożonych narzędzi. Heble, strugi, imadła i inne, których nazw zapewne nigdy nie słyszałem. Panował tu ściśle określony porządek jak na sklepowej półce. Poprzez sień wchodziło się do niewielkiego pokoiku. Pośrodku stało łóżko, a tuż obok kołyska. Był też konik na biegunach. Ściągał on całą uwagę, podobnie jak podczepiony do sufitu pająk. Ozdoba ta stanowiła symbol szczęścia i urodzaju na przyszły rok. Zaopatrzenie się w nią było zatem obowiązkiem. Jej wykonanie wymagało więcej czasu niż pieniędzy. Właściwie to robiło się ją z tego co miało się pod ręką: słomy, piór, czy papieru.

Konik - z drzewa koń na biegunach
Foto: Raku

Foto: Raku

  Park Etnograficzny został zmyślnie podzielony na sześć sektorów. Każdy z nich prezentuje budownictwo charakterystyczne dla danego regionu województwa. Od Wyżyny Sandomierskiej i krańców Gór Świętokrzyskich, po Nieckę Nidziańską. My właśnie wkraczaliśmy do Sektora Wyżynnego, gdzie powitały nas zagrody, a jak zagrody, to i mieszkające w nich zwierzęta ;)

Przynajmniej przestrzegaliśmy drugiej części zakazu
Foto: Raku

  I chyba ten właśnie fragment najbardziej nam się spodobał. Mogliśmy zajrzeć wszędzie gdzie się da. Nie ograniczeni, przez zakazy. Spojrzeć prosto w oczy drewnianym rzeźbom. Wleźć do klimatycznej piwniczki, gdzie przechowywano ziemniaki (jeden, mocno już sfatygowany nadal tam leżał). Ten oto klimat, to coś, co wyróżnia Tokarnię spośród innych skansenów skrojonych pod przeciętnego, niedzielnego turystę. 

Foto: Kamila

A ku ku! - wiejski monitoring całodobowy
Foto: Raku

Foto: Raku

  Nie mogło zabraknąć rzecz jasna wiatraków. Prawdziwej wizytówki skansenu, którą widać jeszcze na długo, zanim się tu dotrze. Swoimi ogromnymi skrzydłami (śmigłami) przywodziły na myśl powieść o Don Kichocie. Jeden z wiatraków pochodził z Grzymałkowa, był więc nam szczególnie bliski. Przykrywał go dwuspadowy dach z tzw. "naczółkiem". Tworzył on ruchomą, obrotową czapę. Taką czapę wraz ze skrzydłami, obracano w kierunku wiejącego aktualnie wiatru przy pomocy długiego drewnianego dyszla. W środku mieścił się jeszcze bardziej skomplikowany mechanizm złożony z wielu szyn, wózków i kół, który najlepiej zrozumieć, widząc go na żywo.

Wiatrak z Grzymałkowa

"Koźlak" z Dębna

  Na moment przenieśliśmy się w azjatyckie klimaty. Spacerowaliśmy właśnie pośród kwitnących jabłoni (musiały nam zastąpić wiśnie) i drewnianych spichlerzy (przy odrobinie wyobraźni przypominały pagody). Nagle zauważyliśmy za sobą COŚ. Jakby dziwną postać, która wystawała zza żywopłotu. Wyglądała na dobrze zbudowanego faceta. Patrząc pod Słońce nie widzieliśmy nic więcej, prócz tego, że cała ta postać była czarna i nienaturalnie dziwna. Mózg zatem otrzymał informację: dziwne, czarne, uciekać. Ale kiedy się ucieka, warto jeszcze wiedzieć przed czym.
  Któreś z nas, chcąc dowiedzieć się kto/co nas obserwuje, krzyknął w stronę nieznajomego. Ten w jednej chwili obrócił głowę wprost na nas, wywołując niemałe zaskoczenie u wszystkich. Wyjątkowo krótkie, gdyż szybko po tym jak Słońce zaszło, zorientowaliśmy się, że ów przerażającym podglądaczem jest nie kto inny jak strach na wróble, który "poruszył się" dzięki wiatrowi. 

Foto: Raku

Strach się bać

   W Tokarni kręcono zdjęcia do wielu filmów. Większość z nich była produkcjami polskimi, np. Wołyń, czy Śluby Panieńskie. Zdarzały się też egzotyczne wyjątki. Tutejszy wiatrak tak spodobał się filmowcom z Indii, że postanowi pokonać tysiące kilometrów tylko po to, by zrealizować tu odcinek jednej z najbardziej znanych bollywoodzkich oper mydlanych. Tak znanej, że przytoczenie jej tytułu dałoby tyle co i nic. No, chyba, że mamy do czynienia z namiętnym koneserem hinduskich produkcji wysokobudżetowych. Wówczas ,,Ek Ver Ki Ardaas", jest dla niego tym, czym dla standardowego Kowalskiego ,,Titanic''.


Foto: Raku

Holender z Pacanowa powstały w 1913 roku

Foto: Kamila

  Nieco później odwiedziliśmy szkolną salę z lat 30-tych XX wieku. Dawniejsza skala ocen składała się z czterech stopni: od 2 do 5. Było więc łatwiej? Nie do końca. Na pewno inaczej. Lekcje odbywały się również w soboty. Każdy musiał nosić specjalne mundurki. Panowała zupełnie inna dyscyplina, a nauczyciela traktowano jako kogoś, kto wie wszystko i nigdy się nie myli. 
  Książki do szkoły nosiło się w ciężkim drewnianym tornistrze, a kiedy już zasiadło się do ławki, trzeba było wykazać się niezwykłą wprawą i kunsztem pisarskim, by notatki były czymś więcej niż tylko kleksem na kleksie. Zanim wymyślono długopisy, uczniowie pisali stalówką, którą wcześnie zamaczali w atramencie osadzonym w szklanym naczyniu zwanym kałamarzem. O niepotrzebne plamy nie było więc trudno. Osobny przedmiot jakim była kaligrafia uczył sztuki pięknego pisania, która przydałaby się większości dzisiejszych lekarzy.

Foto: Kamila

  Młyn wodny z Parszowa pierwotnie stał nad Żarnówką. Płynąca rzeka wprawiała w ruch ogromne koła, zapewniając pracę wszystkich urządzeń w środku. Mechanizmy spoczywały na kamiennych fundamentach, co by przypadkiem zbyt szybko nie zardzewiały. Z użyciem belek i desek wykonano pewnego rodzaju zapadnię, którą spuszczano nadmiar wody.

Młyn wodny z Parszowa

Foto: Raku

  Parę chwil spędziliśmy na tradycyjnym wiejskim weselu. Jako goście spoza listy zaproszonych. Co prawda stoły suto zastawiono jedzeniem. Tyle, że pełniło one jedynie funkcję wizualną. Musieliśmy powstrzymywać nasze wygłodniałe żołądki, by przypadkiem nie zatopić zębów w plastikowych przysmakach. 
  Innym razem przyglądaliśmy się od kuchni pracy fotografa w XX wieku. Ten to miał naprawdę ciężką robotę. Nie to co teraz. Pstryk i po sprawie. Równie ciekawy okazał się pobyt w warsztacie tkacza. Pełno było tu kołowrotków i rzecz jasna nici. 

Na weselu w bielińskiej chacie
Foto: Kamila

Foto: Kamila

Na razie praca stoi w miejscu
Foto: Raku

  Ostatnią rzeczą której teraz potrzebowaliśmy było wzbudzenie w nas jeszcze większego poczucia głodu (bo apetyt na atrakcje został tego dnia w pełni zaspokojony). Udało się to staremu sklepu spożywczemu. Spoglądając na półki uginające się od pustych pudełek po produktach, wyobrażaliśmy sobie ich zawartość. Zapach starych desek ustąpił wyobraźni, która podpowiadał, że kiełbasa i świeże bułki z szyldu są jak najbardziej prawdziwe. Dopiero spojrzenie na zegarek, uruchomiło trzeźwe myślenie, że czas się zbierać.


Foto: Kamila

  Przeżywać wycieczkę w pełni, to odkrywać ją wszystkimi zmysłami. To zaciągnąć się oddechem swojskiego powietrza. Podziwiać mnogość otaczających nas barw, odcieni. Dotykać zimnej i chropowatej powierzchni skały, czy wsłuchiwać się w odgłosy przyrody. Czasem warto nie zapomnieć jeszcze czegoś zjeść :)