Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piekielne Miejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piekielne Miejsca. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 sierpnia 2021

Wycieczka nr 91: ECHA PRASTAREJ PUSZCZY

 10.04.2021

Skład: Oliwka, Kamila, Wojtek, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Kucębów Dolny - Kopcie - Rez. Świnia Góra - Kopalnia Ludwik - Rez. Dalejów - Stolnia - Brama Piekło - Piekło Dalejowskie - Żabów - Bliżyn, ok. 24 km

  Owczarek niemiecki zwariował na nasz widok. Biegał, skakał. Szczekał złowrogo, szczerząc ostre kły. Z psa zamieniał się w bestię. Betonowe ogrodzenie drżało. Napierał na nie, uderzając przednimi łapami. Powodowało to tępy huk. Płyta zaczęła nienaturalnie się wyginać i wyginać, aż w końcu pękła. Powstała podłużna szpara, przez którą wpadało światło. Stanęliśmy w bezruchu, szczerze wystraszeni. Nasze oczy jak w transie wpatrywały się w dalszy rozwój zdarzeń. Jeszcze jeden skok, mocniejsze uderzenie, a przęsło by tego nie wytrzymało. Nie zatrzymałoby go już wtedy nic, wyskoczyłby z siłą nie do opisania i ruszyłby wprost na nas. My z kolei nie ucieklibyśmy daleko, nie mieliśmy nawet gdzie uciec. Wkoło same domy, żadnych wyższych obiektów, na które dałoby się wdrapać. Szczęśliwie właściciele zdążyli zareagować w samą porę i złapali swojego pupila, nim ten ponownie podbiegł do ogrodzenia.

  Chwilę po tym wydarzeniu przyplątał się do nas kundelek. Wyglądał na wystraszonego, ale przyjaźnie merdał ogonem. Początkowo nie pozwalał się nikomu do siebie zbliżyć. Jak na przybłędę był  wyjątkowo zadbany. Napatoczył się i ani myślał rozstać. Od ostatnich zabudowań Kopci wędrowaliśmy już w siódemkę.

Dęby na Stawidłach

  Z lasu wyłoniło się pięć olbrzymów. Dęby na Stawidłach liczą przeszło 320 lat. Wciąż żyją i dają życie innym. Od niewielkich owadów, które zadomowiły się w drewnie, po ptaki przelatujące z gałęzi na gałąź, by w końcu uwić sobie gniazdka. 

  W tle słychać było dynamiczne dudnienie dzięcioła. Wkraczaliśmy w królestwo dzikiej przyrody. Oznaczało to, że przez najbliższe godziny czeka nas wędrówka rozległymi lasami. Śledziliśmy wzrokiem odbite na mokrym piasku tropy. Jednak żadne ze zwierząt, które je zostawiło, nie chciało się pokazać. 

  Dalej podążaliśmy bez szlaku. Prowadziła nas szeroka droga, przebiegająca tuż przy granicy rezerwatu. Właściwie to nie potrzebował on czerwonych tabliczek, by już z daleka rzucać się w oczy. W zupełności wystarczyła mu ściana wysokich jodeł, buków i modrzewi. Dziesiątki powalonych stu, a nawet dwustulatków. Staruszkowie strzegący wejścia do serca puszczy, które biło tym mocniej im bardziej zagłębialiśmy się w ścisły obszar rezerwatu.

Zapałki

  Z zadartymi głowami przyglądaliśmy się sukcesji tego miejsca. W górę wystrzeliwały pnie drzew. Tak wysokie, że czasem trudno było objąć je całe wzrokiem. W warstwie runa sterczały spróchniałe pniaki. Pokrywały je kobierce mchów i barwnych porostów. Idąc dalej, uważaliśmy, by przypadkiem nie wpaść do jednego z wielu wypełnionych wodą dołów rudnych. Ten las był inny od wszystkich, w których dotychczas byliśmy. Był wyjątkowo stary, stwarzał wręcz wrażenie pierwotnego. 

Foto: Raku

Odbicie

  Jego ponadprzeciętne wartości zaczęto dostrzegać jeszcze pod koniec lat 30-tych ubiegłego wieku. Odkryto wtedy stanowisko liczydła górskiego, gatunku niezwykle rzadkiego w skali regionu. Odkrycie to niejako przyczyniło się do objęcia ochroną najpierw niewielkiego fragmentu lasu, gdzie występowała ta roślina. Niecałe 20 lat później utworzono rezerwat. 
  Chroni on jeden z najpiękniejszych drzewostanów w kraju. Znajdują się tu niemal wszystkie typy siedliskowe lasu, a średni wiek drzew wynosi ok. 200 lat. Na obszarze rezerwatu występują 383 gatunki roślin naczyniowych, drzew i krzewów. Wiele z nich jest zagrożonych wyginięciem. A ponadto 70 gatunków porostów i 100 mchów, w tym prawdziwa osobliwość przyrodnicza, czyli mech świecący w ciemności. Czasami tereny te odwiedza też wataha wilków, która w tutejszych lasach nie ma naturalnych wrogów.

Żywiec dziewięciolistny. Gatunek typowy dla siedlisk górskich.


   Grupa zatrzymała się na skraju ścieżki. Patrzyli w głąb lasu. Domyślałem się, że w tym kierunku przed momentem uciekło jakieś zwierzę. Nie wiedziałem jeszcze jakie. Kamila opisała mi je na tyle dokładnie, że mogłem zwizualizować sobie je w głowie. Wszystkie podane cechy pasowały do głuszca. Wydawało się to wręcz nieprawdopodobne, gdyż nie był on widziany w tych okolicach od dziesięcioleci. Elektryzowało to jeszcze bardziej i po chwili ruszyliśmy tropić zbiega.
  Wojtek z Kamilą wyposażeni w lornetki, które w tak gęstym terenie jak ten, rzadko kiedy pomagały, a ja w aparat, skradaliśmy się po cichu. Uważaliśmy z całych sił, by przypadkiem nie stanąć na jakiś suchy patyk i nie narobić niepotrzebnego hałasu. Parę kroków później coś gwałtownie wzbiło się do lotu, po czym niespodziewanie opadło kilkadziesiąt metrów dalej, znikając z zasięgu wzroku. Sytuacja powtarzała się za każdym razem, gdy zbliżaliśmy się zbyt blisko do ptaka. W końcu, dzięki niewielkiemu prześwitowi, udało się lepiej przyjrzeć i rozpoznać w nim jarząbka.

  Zielone połacie czosnku niedźwiedziego wydzielały aromatyczny, lekko ostry zapach. Stawał się jeszcze bardziej intensywny, gdy tylko liście potarło się w palcach. Wkrótce przesiąkliśmy nim wszyscy.



  Pod rampą przystanęliśmy na dłużej. Tu i ówdzie czegoś brakowało. Wysoki na cztery metry kamienny murek, miejscami rozpadał się pod wpływem przerastających go korzeni. Mimo że, był w stanie ruiny, nadal stanowił pozostałość po niegdysiejszej świetności kolejki. Dochodziło tutaj do przeładunku towaru na niższy tor. W bliskim sąsiedztwie rampy znajduje się teren po dawnej kopalni Ludwik. Do dziś zachowało się jeszcze wiele szybów górniczych, i co warto zaznaczyć, niektóre z nich nadal są otwarte.

Foto: Raku

Przybłęda
Foto: Raku

  Wciąż jednak nasze głowy zaprzątnięte były tym, co zrobimy z psem, kiedy wycieczka dobiegnie końca. Przecież raczej nie wróci on lasem z Bliżyna do Kopci, a żadne z nas nie ma możliwości zabrania go do własnego domu. Problem rozwiązał się sam, kiedy dotarliśmy pod dziwną, zieloną ambonę. Wtenczas przechodziła tamtędy grupka starszych pań. Zaintrygowane tym, że wspinamy się po metalowej drabince myśliwskiej konstrukcji, cierpliwie poczekały, aż zejdziemy i postanowiły zrobić to samo. Przybłęda zainteresował się nimi do tego stopnia, że zapomniała kompletnie o nas. Potem odwracaliśmy się jeszcze kilkukrotnie, lecz psa za nami nie było. Wszystko wskazywało na to, że znalazł sobie nowych tymczasowych właścicieli.


  Zbliżaliśmy się do kolejnego rezerwatu. Dalejów powołano do istnienia w 1978 roku. Ochroną objęto tu drzewostan z dużym udziałem rodzimego modrzewia polskiego. Podobnie jak w przypadku Świniej Góry jest on pozostałością po dawnej Puszczy Świętokrzyskiej.


   Teren rezerwatu od początku XVI wieku był miejsce wydobycia syderytów. Na początku lat 90-tych XIX wieku, młody przemysłowiec Antoni Wędrychowski założył pierwszą kopalnię. Wybudował nawet tor kolejki wąskotorowej. Łączył on pobliskie piece w Rejowie i Parszowie, gdzie dostarczano rudę, ze stacją w Suchedniowie. Woda z kopalni odprowadzana była przy pomocy kanału odwadniającego o głębokości 4 metrów. Jego 200 metrową pozostałość możemy odnaleźć na mapach pod nazwą Stolnia.


   Kiedy inni zajęli się dynamiczną sesją fotograficzną w ruchu, ja równie dynamicznie biegałem po lesie, w poszukiwaniu otwartych szybów górniczych. Miałem nadzieję, że uda mi się znaleźć takie, do wnętrza których będziemy mogli wejść. Zaglądałem na wyróżniające się w terenie usypane pagórki. Te okazywały się hałdami. Efektem poszukiwań było zobaczenie paru zagłębień w terenie, z których wszystkie były zaspane. Krążą opowieści, że właśnie w nich mają znajdować się szczątki zlikwidowanych przez oddziały leśne kolaborantów.


   Wychodząc z rezerwatu, dostrzegliśmy dwójkę piechurów wyłaniających się z krzaków. Szli przez największy możliwy gąszcz, walcząc z podmokłym terenem. Równolegle do nich biegła wydeptana ścieżka, do której właśnie zmierzaliśmy. Widząc nas, ożywieni zaczęli rozmowę.
- Czyli nie tylko my zabłądziliśmy - mruknął, po czym na jego twarzy namalował się uśmiech.
- Patrz, tam jest szlak! Mówiłem Ci, że dobrze idziemy - rzekł triumfalnie wyższy.
    Nasze drogi po chwili się przecięły. My udaliśmy do Bramy Piekło, a oni w kierunku, skąd dopiero co przyszliśmy.


  Na temat tego w jaki sposób powstała istnieje wiele domysłów. Jedne mówią o tym, że skalna szczelina stworzyła się w wyniku rozsuwania się fragmentów progu skalnego pełznących po zboczu wzniesienia. Do grawitacyjnych ruchów skał przyczynił się lodowiec. Podczas ostatniego zlodowacenia napierał on na głaz tak silnie, że ten nasunął się na kształtującą się szczelinę. Jak większość obiektów jaskiniowych zbudowanych w piaskowcach, tak i ten jest formą pseudokrasową, w której erozja wodna odegrała niewielką rolę.



  Inna hipoteza zakłada, że w celach kultowych blok skalny nasunęli ludzie. Zagadkowa geneza pochodzenia Bramy Piekło i jej unikatowy kształt, stały się później inspiracją dla wielu podań ludowych i niemałą atrakcją skłaniającą turystów do błądzenia po suchedniowskich lasach.

Foto: Raku

W komplecie
Foto: Statyw

  Słońce przebijało się przez gęsto zbite korony drzew. Słupy światła rozświetlały potok ospale płynący obniżeniem terenu. Całe jego dno usiane były drobnymi kamyczkami, które piętrzyły wodę, tworząc miniaturowe bystrza. Dalej droga stawała się jeszcze bardziej błotnista. Wędrówce zaczęły towarzyszyć kałuże, często zajmujące całą szerokość ścieżki.  

Zebrza

Ciekawa deformacja świerka spowodowana prawdopodobnie przez chorobę spowodowaną działalnością jednego z patogeniczncych grzybów
Foto: Bugli

  Na prawo powoli rysował się kształt wzgórza o łagodnie opadających zboczach. Porastały je niskie krzaczki borowiny. Nieco później pojawiły się wychodnie piaskowców dolnotriasowych. Ścieżka, którą wędrowaliśmy skręciła za jedną z nich i skierowała nas wprost do skalnych wrót. Był to dopiero przedsmak tego, co mieliśmy niebawem zobaczyć.

Kolejka
Foto: Bugli

U wrót

  I tak znaleźliśmy się w skalnym labiryncie pełnym tuneli, podziemnych pustek i przejść ukrytych w skałach. Gładząc dłońmi chropowatą powierzchnię omszałych ścian, przemierzaliśmy kolejne metry tej cudownej krainy. Z góry efektownie opadały liście paproci, które przypominały wiszące ogrody. 





 Największą ciekawostką Piekła Dalejowskiego są jaskinie. Łącznie zinwentaryzowano ich tutaj 8. Choć nie imponują rozmiarem, nadrabiają oryginalnymi nazwami, takimi jak: Piwnica Zamkowa, czy Rajska Brama. W czasie wojny stanowiły schronienie dla żołnierzy, dzisiaj przed światłem ukrywają jedynie roje uśpionych komarów i ćmy.

Rajska Brama

A tu jej wnętrze

Po prawej stronie wejście do Płaskiej Jamy (3,5 m)
Foto: Bugli

  Wciskaliśmy się w dziury, pstrykaliśmy zdjęcia. Kadry przepełniały niepoważne miny. Bawiliśmy się świetnie, badając nowe zakamarki. I pewnie zostalibyśmy tu dłużej, gdyby nie uciekający czas do powrotnego busa.

Przydrożna składnica

piątek, 2 lipca 2021

Wycieczka nr 88: Z NIEBA DO PIEKŁA

 7.03.2021

Skład: Marysia, Kamila, Oliwka, Makumba, Brajan, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Końskie - Izabelów - Niebo - Piekło Gatniki - Piekło - Dolina Czarnej - Sielpia Letnisko - Sielpia Wielka, ok.17 km

  Było parę minut po siódmej. Nowe wnętrze kieleckiego spodka, wyglądało jakby szykowało się do odlotu w kosmiczną przestrzeń. Ruchomymi schodami razem z Brajanem, powoli wjeżdżałem na drugi poziom. Przeszklone barierki z każdą chwilą odsłaniały dalszy plan obrazu opustoszałych wnętrz. Wokół widniało jedynie parę sztucznych kwiatów, które dawały wrażenie najbardziej żywych organizmów w promieniu kilkudziesięciu metrów. A prócz nich same puste stoliki. No prawie same. Jeden z nich wyróżniał się na tle pozostałych, za sprawą głośnej rozmowy dobiegającej z jego okolic. Ta z czasem przejęła dominację nad dworcową ciszą. Jej głównym inicjatorem był nie kto inny jak Makumba. Dbając o to, by nowo przybyłym na miejsce zbiórki koleżankom ani przez moment się nie nudziło, dzielnie wyjaśniał fascynujące fakty z zakresu biologii, znacznie odbiegające od szkolnej podstawy programowej. Wkrótce do wykładu dołączyli pozostali. Będąc już w komplecie, ruszyliśmy na stanowisko odjazdowe, a potem już busem, przez wyboiste drogi w kierunku Końskich. Niecałą godzinę później byliśmy na miejscu.

  Silny wiatr prześlizgiwał się przez wąskie uliczki, jak rabuś zbiegający z dokonanej przed minutą kradzieży. Najbardziej wiało na niczym nieosłoniętych placach. Jedynie w skrzętnie skrytych zakamarkach gęstwiny domów, dało się odnaleźć trochę spokoju. Nasze twarze przepełnione były zakłopotaniem, związanym z nową sytuacją i nowymi osobami. Mimowolnie podzieliliśmy się więc na dwie grupki. Świeżaki dreptały z tyłu, a stały skład wyznaczał tempo marszu. W tej gęstej atmosferze, podążaliśmy w stronę zespołu parkowo-pałacowego. 


  Pierwszym punktem na trasie wycieczki była oranżeria egipska - jedna z dwóch tego typu budowli w naszym kraju. Zaprojektował ją w 1825 włoski architekt, który ani razu nie był w Egipcie. Swój pomysł oparł więc na 24 tomiszczach "Opisania Egiptu", stworzonego przez naukowców biorących udział w wyprawie napoleońskiej do krainy faraonów. W efekcie to co powstało, można nazwać jedynie inspiracją kulturą tamtejszych ziem. Widać to po samych hieroglifach, które hieroglifami nie są i prawdopodobnie oznaczają tyle samo, co szlaczki namalowane przez kilkulatka. Nie mniej budowla robi wrażenie, a zwłaszcza niektóre detale. 

  Zatrzymaliśmy się przy niej na moment, bym mógł coś więcej o niej opowiedzieć. Wraz z chwilą otwarcia ust, pewność siebie przeminęła u mnie równie szybko, co się pojawiła. Zamiast potoku słów napłynął bezgłos, a wyuczone dzień wcześniej informacje, zagrzebały się pośród sterty rzeczy, do których zagląda się niezwykle rzadko. By ukryć zażenowanie, nie zostało mi nic innego jak udać się dalej przez park z aparatem w ręku.

Podobizny bogini Hator

Jeden z 4 posągów faraonów

  Sam park łączy w sobie wiele cech wspólnych dla stylu angielskiego, które zawdzięcza wspomnianemu wcześniej architektowi. Dzięki niemu całe otoczenie zespołu pałacowego z użytkowego, nabrało bardziej romantycznego charakteru. Dzisiaj dodatkowo podkreślają go liczne dróżki i aleje, tworzące geometryczną siatkę, która wczesną wiosną zamienia się w dywany przepełnione mnogością barw i odcieni.

Pałac

  Jedną z takich alei tworzyły prężnie pnące się w górę żywotniki. Ograniczały one pole widzenia do perspektywy punktowej, w centrum której znajdowała się mocno nadgryziona zębem czasu glorieta. Przyglądając się jej dłużej, widać było, że jedna z ozdób zdobiących budowlę straciła głowę, jeszcze inna skrzydło. A i sam orzeł, niegdyś dumnie spoglądający na miasto, sprawiał wrażenie jakby zaczął gubić pióra.


  Szybko wydostaliśmy się z powrotem na chodnik. Wkrótce stał się on niemym świadkiem rozmów, które pozwoliły nam lepiej poznać się nawzajem i rozluźnić dotychczasową aurę przepełnioną ciągłym napięciem, a u niektórych również i stresem. Twarze rozjaśniły dawno nie widziane uśmiechy. Przegoniły one smętność szarych obłoków, zalewających od rana niebo nad naszymi głowami. Tuż za zakrętem pojawiły się też pierwsze znaki szlaku. To one na te kilka najbliższych godzin przejęły funkcję przewodnika i dbały o to, by nie zabrakło nam po drodze przygód.


  O moc atrakcji troszczyli się również inni. Zaraz po wkroczeniu w dzikie ostępy, przyszło nam zmierzyć się z pokonaniem błotnistego odcinka pełnego kałuż skutych lodem, którego trwałość stała się przedmiotem badań terenowych Makumby.

Trudy wędrówki
Foto: Raku

  Gdzieby nie spojrzeć rosły same sosny. Wysokie i smukłe, niczym zapałki sterczały wśród okolicznego krajobrazu. Wydawać się mogło, że jest to jedyny gatunek występujący w tutejszych lasach. Miejscami zalegały jeszcze resztki śniegu. Mijając kolejne kilometry wyglądające niemal identycznie, powoli zbliżaliśmy się do Nieba, lecz takiego przyziemnego.

Foto: Raku

Ostatnia

Rodzynek w iglastym towarzystwie
Foto: Raku

  Mapa Polski obejmuje swym zasięgiem wiele miejscowości o groteskowych, często wręcz nieprawdopodobnych nazwach. Województwo świętokrzyskie zbytnio nie odbiega od tych standardów i może pochwalić się kilkoma perełkami. Choćby położonymi tuż obok siebie: Niebem i Piekłem. Pierwsza ze wsi znana była niegdyś jako Babia Góra. Piekło zaś do 1830 dzierżyło nazwę Iwasiów. Nie wiadomo co przyczyniło się do zmiany nazw miejscowości na obecne. Być może był to kaprys ówczesnego właściciela tych terenów, być może przypadek. Jedno jest pewne. Ich autora poniosła niemała fantazja. Dzięki niej, dzisiaj możemy jednego dnia przekonać się jak jest w Niebie, tylko po to, by 1,7 km dalej, zobaczyć, co ma do zaoferowania Piekło. 

   Przy skałkach, a dokładniej pod zadaszoną wiatką, nadszedł czas na długo wyczekiwany postój. Wypakowany wprost z plecaków prowiant zapełnił niemal cały drewniany blat, pozostawiając ociupinę miejsca dla naszych nieforemnych termosów. Gdy popas dobiegł końca, udaliśmy się do trochę większych kamyków, by przyjrzeć im się z bliska.

Mobilny drogowskaz do Piekła
Foto: Raku

Foto: Raku

Euforia bywa zaraźliwa

  Przechodziliśmy wąskimi przejściami, wdrapywaliśmy się na gładkie ściany, oddawaliśmy szalone skoki. Badaliśmy co skrywają wyryte w skale napisy. Każdy na swój sposób, chciał poznać to miejsce z własnej perspektywy. A tych było tyle, ile wszystkich uczestników wyprawy, dzięki czemu skałki zostały poznane dogłębnie, odkryte wręcz na nowo.




Skok wiary
Foto: Raku

Przejawy pseudosztuki zwane wandalizmem

  Ich geologiczna wartość została dostrzeżona już w 1959, kiedy to objęto je ochroną w formie pomnika przyrody o nazwie Piekło-Gatniki. Wychodnie piaskowców jurajskich przybierają tutaj kształty grzybów skalnych, ambon i innych fantazyjnych tworów, ciągnąc się na odcinku prawie 100 metrów. Ciekawostkę speleologiczną stanowią dwie jaskinie pseudokrasowe: Czarcie Wrota i Schronisko Bardzo Niskie.

Skalny fotel władcy lasu



  Powoli mijaliśmy ostatnie z zabudowań Piekła. Wąską dróżką kierowaliśmy się wzdłuż drewnianego ogrodzenia wprost w objęcia lasu. Kolejny etap wędrówki obejmował pożegnanie się ze szlakiem na dłuższą chwilę i przejście wzdłuż malowniczego biegu rzeki. Całkiem przyjemna ścieżka nie wyglądała na taką, która zaraz miałaby się skończyć. Z resztą mapa potwierdzała to w stu procentach.

Stylowy wiatraczek wraz z nowym, spontanicznie wyremontowanym płotem :)


  Tuż przed wejściem na drewniany pomost, powitały mnie wyblakłe już tablice edukacyjne o gatunkach typowych dla torfowisk. Stanowiły zapewne pozostałość po jakiejś dawnej ścieżce edukacyjnej. A co do torfowiska. No cóż. Pora roku jak i pogoda, nie pozwalały na pełne poznanie jego walorów przyrodniczych.

Przydałby się remont


  Następnie piaszczysta droga wprowadziła nas na niewysoką, powoli zarastającą wydmę. Widoków nie uświadczyliśmy z niej żadnych, za to brnięcie przez morze piachu, spowolniło znacząco dotychczasowe tempo marszu. Sytuacja uległa poprawie dopiero, gdy ponownie znaleźliśmy się nad brzegiem rzeki, która spokojnie płynęła, żyjąc własnym życiem.

Pustynne klimaty

Czarna Konecka w przedwiosennej odsłonie

  W końcu znaleźliśmy się w bardziej cywilizowanych rejonach, a przynajmniej tak się nam wówczas wydawało. Asfalt zaprowadził nas w okolice domków letniskowych. Cała otoczka okolicznych straganów z pamiątkami, literalnie zaczerpnięta ze wspomnień o wakacyjnym pobycie nad morzem, teraz tonęła w klimacie jednego z filmów postapokaliptycznych. Okna pozabijane deskami. Uliczne sklepiki pozamykane na cztery spusty. Metalowe kłódki zdobiły każde ze stoisk. Dookoła szaro. Głucho. Wyjątkowo cicho. Za szybami restauracji pod wielkim napisem DANCINGI, niedbale wrzucona była tabliczka informująca o zamknięciu lokalu. Wszystko jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamarło. Odczuwaliśmy szczery niepokój przebywając tam dłużej, jakbyśmy wkroczyli do miasta opuszczonego przed laty, za sprawą jakiegoś niewyobrażalnego kataklizmu. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy w zupełnie innym świecie. Z sennego nastroju wybudziły nas odgłosy samochodów śmigających ekspresówką. Mknęły jak szalone. Jeden po drugim, opóźniając maksymalnie idealny moment, w którym moglibyśmy przebiec na drugą stronę, gdzie przez najbliższe kilkaset metrów ciągnęło się jedynie pobocze. Chodnik zaczął się tuż przy samym przystanku, na którym zatrzymaliśmy się chwilę, by sprawdzić rozkład. Do najbliższego busa mieliśmy niecałą godzinę. Wniosek nasuwał się sam: to wystarczająco dużo czasu, by zdążyć odwiedzić pobliskie opuszczone budynki dawnego zakładu metalurgicznego.



  Budowę zakładu rozpoczęto w 1824 roku. W jej ramach Dolinę Czarnej przegrodzono tamą, tworząc zalew, bardzo zbliżony kształtem do dzisiejszego. Woda z rzeki miała służyć do napędzania zakładowych maszyn, w tym największego w Polsce i jednego z największych w Europie koła żelaznego, mierzącego ponad 8 metrów średnicy. Do roku 1830, by usprawnić pracę wykonano ciągnący się na 8 kilometrów kanał, odprowadzający wodę z osiedla roboczego. Osiedla, którego ceglasto czerwone ruiny rzucały się już z daleka w oczy, mając sobie za nic naturalne maskowanie w postaci krzaków od dawna pozbawionych liści. Stąpając pośród gruzu, spoglądaliśmy na nie nie tylko jak na obraz zniszczenie, lecz bardziej na relikt przeszłości, skrywającą niejedną ciekawą tajemnicę.

Foto: Raku

W ukryciu
Foto: Raku

Dom Inżynierów i Kadry, a właściwie to, co z niego zostało
Foto: Raku

 W skład osiedla fabrycznego wchodził także budynek administracyjny zlokalizowany tuż obok. Podobno w latach 80-tych funkcjonował w nim hotel. Dzisiaj patrząc na powybijane szyby i wnętrze, przypominające jedne wielkie zgliszcza, widzimy jedynie oblicze smutku i rozpaczy, dla którego nie widać ratunku. Na chwilę obecną chyba najrozsądniejszym rozwiązaniem byłoby umieszczenie tabliczki z informacją, że obiekt grozi zawaleniem, która akurat w tym wypadku byłaby jak najbardziej uzasadniona.


Foto: Raku


Tu Romeo chyba nie zawita
Foto: Raku

Modernistyczne kadrowanie

  Na terenie placu, gdzie obecnie mieści się Muzeum Zagłębia Staropolskiego, znajdują się całkiem dobrze zachowane dwa budynki suszarni drewna, a także hala produkcyjna. Największe jednak wrażenie wzbudzają wyeksponowane na wolnym powietrzu maszyny z epoki pary i elektryczności.
 
Walec parowy

Muzeum Zagłębia Staropolskiego
Foto: Raku

  W pewnym oddaleniu od kompleksu budynków, w miejscu, gdzie obecnie wyrasta las, wznoszą się ruiny jeszcze jednego, dosyć ciekawego obiektu, o którym jednak mało kto wie. A jest nim szpital, choć na pierwszy rzut oka ciężko to stwierdzić.

Foto: Raku

Kanał, który zaskoczył mnie zalegającą wewnątrz wodą, która skutecznie uniemożliwiła moje wcześniejsze plany jego eksploracji

   Z ruin szpitala, skierowaliśmy się jeszcze ścieżką prowadzącą wzdłuż dawnego kanału, tylko po to by ostatecznie ponownie dotrzeć nad Zalew, który właśnie poddawano zabiegowi oczyszczania. Niski poziom wody upodobało sobie ptactwo wodno-błotne, z mewami i czaplami na czele, elegancko paradującymi pomiędzy piaszczystymi łachami. Niebawem nadjechał nasz bus. I tak koniec wycieczki zapieczętował początek nowych znajomości pełnych szalonych przygód i wielu niezapomnianych chwil.
 
Czaple siwe i czapla biała - jedne z wielu ornitologicznych niespodzianek