Obserwatorzy

niedziela, 26 lipca 2020

Wycieczka nr 71: BIWAK POD SZCZYTNIAKIEM


30.06.2020

Skład: Makumba, Locht, Raku i Ja

Trasa: Sarnia Zwola - Nowy Skoszyn - G. Skoszyńska - Rez. Szczytniak - G. Szczytniak, ok. 7 km

Nocowanie pod namiotem stanowi kwintesencję wakacyjnych wędrówek, kojarzącą się głównie z siedzeniem przy wciąż niegasnącym płomieniu ogniska i podziwianiem rozgwieżdżonego nieba. W rzeczywistości biwakowanie w naszym kraju nie jest proste i nie wygląda aż tak kolorowo. Po wygranej walce z prawnymi druczkami i biurokracją, przychodzi czas na zmagania z matką naturą, której nie sposób ujarzmić. Zacznijmy od komarów dających znać o swojej obecności na wszelkie możliwe sposoby. Kują, brzęczą i sprawiają, że nasz sen co chwila jest przerywany drapaniem się po śladach ich ukąszeń. Dalej kleszcze. Choć niewielkie to potrafią być niezwykle groźne. Oprócz owadów potencjalnym zagrożenie mogą stanowić większe zwierzęta, ale szansa, że któreś z nich odwiedzi teren naszego obozowiska skuszone unoszącym się jeszcze kilka kilometrów dalej zapachem plecakowego prowiantu, wbrew pozorom jest niewielka. Wreszcie pogoda. Przewrotna i kompletnie nieprzewidywalna. Do niej nie pozostaje nam nic innego jak się przystosować. Kiedy już wiemy co w lesie na nas czyha, musimy też zdać sobie sprawę, że to co dźwigamy na plecach, będzie pełniło funkcję naszego domu, często przez kilka dni, a może i nawet dłużej; więc niezwykle ważnym elementem jest odpowiednie spakowanie plecaka. Ale właściwie co znaczy odpowiednie?
Jednym słowem, aby nie znajdowało się w nim zbyt wiele niepotrzebnych nam rzeczy. Przy zasadzie doboru tego co chcemy ze sobą zabrać, nie należy kierować się tym, by z naszego namiotu stworzyć pełen komfortu hotelowy pokój. Czasem zamiast poduszki lepiej zabrać dodatkową butelkę wody, której długotrwałego braku nikt nie chciałby przeżyć będąc samemu z dala od cywilizacji. Przed wyruszeniem w trasę warto jeszcze sprawdzić teren, w którym chcemy nocować. Niestety zgodnie z polskim prawem namiot można rozbijać tylko w miejscach do tego przeznaczonych. Parki Narodowe, Krajobrazowe, czy rezerwaty przyrody zazwyczaj nie oferują zbyt wiele takich miejsc. Oczywiście zawsze można biwakować na dziko, gdyż w Polsce nie podchodzi się do tego tematu tak restrykcyjnie jak np. w Hiszpanii, czy Szwajcarii, ale wtedy trzeba liczyć się z ewentualnymi przykrymi konsekwencjami.

Idąc na rękę wszystkim spragnionym spędzić noc pod gołym niebem, w listopadzie zeszłego roku Lasy Państwowe rozpoczęły tzw. program bushcraft-survival. W ramach niego na terenie poszczególnych Nadleśnictw utworzono obszary pilotażowe ( zazwyczaj po jednym na każdą Dyrekcję Regionalną), w których legalnie można biwakować. Wystarczy jedynie najpóźniej w dniu wyprawy zgłosić swoją chęć uczestnictwa. Są jednak pewne limity. Pierwszy to max. 5 osób mogących przebywać w jednym miejscu. Drugim jest maksymalny czas pozostania w tej samej lokalizacji, który wynosi dwa dni. Ostatni najważniejszy to możliwość rozpalania ogniska, która ograniczona jest wyłącznie do zaledwie kilku miejsc na terenie całego kompleksu leśnego.

W poniedziałek dostaliśmy pozytywną odpowiedź na naszego maila do Nadleśnictwa Łagów w sprawie możliwości nocowania w lasach Pasma Jeleniowskiego, gdzie utworzono jedyny w naszym województwie obszar pilotażowy. Na szczęście wbrew wcześniejszym obawom pogoda nam dopisała. Po załadowaniu wypełnionych po brzegi plecaków do bagażnika busa jadącego w stronę Ostrowca, ruszyliśmy w epicką przygodę. Na przystanku w Sarniej Zwoli, zabraliśmy ciężkie bagaże i dalej już pieszo powędrowaliśmy asfaltem. Cel naszej wyprawy z każdym kolejnym kilometrem wydawał się być na wyciągnięcie ręki. W okolicach Nowego Skoszyna znaleźliśmy pierwsze znaki czarnego szlaku, który przez następną godzinę wyznaczał kierunek marszu. Mijając ostatnie zabudowania, weszliśmy w pełną błota i ciągle pnącą się pod górę ścieżkę. Po mozolnym zaliczeniu wierzchołka Góry Skoszyńskiej, myśląc, że najgorsze mamy już za sobą, rozpoczął się prawdziwy hardcore. Muszę przyznać, że 15-kilogramowy plecak sprawił, że szlak, który niegdyś wydawał mi się bardzo łatwy, w jednej chwili w moich oczach zyskał największy możliwy stopień trudności. Przez kolejne dwadzieścia minut ciągle słysząc w oddali "Daleko jeszcze?", doświadczałem wewnętrznej walki z samym sobą i swoim zmęczeniem. Jadąc praktycznie już na oparach, dotarliśmy wreszcie pod gołoborze. Tu plecaki szybko opuściły nasze spragnione relaksu ramiona.

Trudy wejścia na szczyt

Przerwa drastycznie się skróciła za sprawą obrzydliwej ilości latających wokół nas komarów. Świadomość, że za 15 minut dotrzemy na miejsce noclegu dodawała każdemu z nas jakże potrzebnych wtedy sił.

Czasem pierwszy plan kadru bywa nieplanowany

Jeden nieświadomie pozytywnie napędzał drugiego i tak udało nam się dotrzeć do oddziału leśnego, gdzie rozpoczęły się poszukiwania odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotów. Nieskromnie muszę się pochwalić, że takowe miejsce (nawiasem mówiąc całkowitym przypadkiem :), znalazłem kilkaset metrów dalej. Była to śródleśna polanka otoczona z trzech stron borem jodłowym. Od zachodu zaś znajdowało się piękne, pokryte już mchem gołoborze z niewielkimi skałkami.

Niewielkie wychodnie piaskowców

Widłoząb miotasty
Foto: Raku


Dzikość tego miejsca urzekła każdego z nas. Oddaleni 5 km od najbliższej cywilizacji, będąc w głębi pozostałości prastarej puszczy świętokrzyskiej, zaczęliśmy powoli rozbijać obozowisko. Przedtem jednak odbyło się losowanie, którego zwycięzca wybierał osobę, w towarzystwie której spędzi noc. Makumba wybrał Lochta, a Rakowowi przypadłem Ja. W takich dwójkach przystąpiliśmy do rozkładania namiotów.


Myśląc, że wszystko pójdzie tak łatwo i szybko jak w przydomowym ogródku, ochoczo pociągnąłem za sznurek, który w jednej chwili umożliwił mi rozłożyć całą konstrukcję. Następnie odpowiednio naciągnięte sznurki, trzeba było przymocować przy pomocy śledzi wbijając je w podłoże. I tu pojawił się poważny problem. Ze względu na bliskie sąsiedztwo wspomnianego wcześniej gołoborza, znalezienia miejsca pozbawionego kamieni graniczyło wręcz z cudem. Kiedy i z tym się jakoś uporaliśmy, ciesząc się, że nasz namiot rozłożyliśmy o wiele szybciej od pozostałych, postanowiłem wejść do środka i sprawdzić, czy jest tam w miarę wygodnie. Wystarczyło bym wgramolił się zaledwie do połowy, gdy poczułem, że coś wbija mi się w krzyż. Po szybkich oględzinach okazało się, że był to wystający ledwie nad powierzchnię, niczym góra lodowa, dziesięciokilogramowy głaz. Jego wydobycie było złożonym przedsięwzięciem, które pochłonęło sporo czasu i siły, zwłaszcza Makumbę z Rakowem, którym udało się go w końcu wyciągnąć. Pewny, że teraz można już odpocząć raz jeszcze zagłębiłem się do środka namiotu i... natknąłem się na kolejnego olbrzyma. Ten jednak tkwił zbyt głęboko w ziemi, by w jakikolwiek sposób dało się go wyciągnąć. Ostatecznie podjęliśmy decyzję o przeniesieniu całego namiotu w bardzo bliskie sąsiedztwo pozostałej dwójki. Tamtejszy teren na szczęście okazał się bardziej przystępny, co pozwoliło nam rozbić się praktycznie bez większych komplikacji.

Nasze obozowisko

Wreszcie nadeszła upragniona chwila przerwy, by zregenerować utracone wcześniej siły. Kilka minut po dwudziestej wybraliśmy się nad pobliskie gołoborze, by tam z wierzchołków ponad dwustuletnich buków oglądać niesamowity spektakl.

W blasku zachodzącego Słońca
Foto: Raku


Będąc kilka metrów nad ziemią, poczuliśmy wakacyjny powiew wolności.

Na górze za dużo miejsca nie było :)

Foto: Raku

Zapominając o szarej rzeczywistości, swoje oczy zatopiliśmy w zachodzące nad królującym w krajobrazie Świętym Krzyżem Słońce.

Jeden z najpiękniejszych widoków jaki miałem oglądać

Panorama w kierunku północnym

20:40
Foto: Raku

20:50

20:55

Kiedy Słońce zaszło za horyzont, czas było się zbierać, by zdążyć wrócić do namiotów zanim naprawdę zrobi się ciemno.


Posiadane przez nas czołówki i latarka, znacznie ułatwiły nam to zadanie. Jednak chodzenie w nocy po nieznanym lesie to nie lada sztuka.


Każdy krzak, każda ścieżka, skałka - wszystko wyglądało tak samo. Wystarczy jeden niewielki błąd, by zgubić się na dobre. Ostatecznie około 21:15 dotarliśmy do obozowiska.


Przyszedł odpowiedni czas na zjedzenie kolacji i naładowanie akumulatorów na przyszły dzień. Z namiotów wyciągnęliśmy smakołyki, z którymi udaliśmy się na zrobioną przez Makumbę ławkę. Stosując się do przepisów w miejscu naszego biwakowania, nie mogliśmy rozpalić ogniska; to jednak nie przeszkodziło nam w pieczeniu kiełbasek w dosyć wyszukany sposób :)


Sztuka improwizacji

Kolejna godzina upłynęła nam nadzwyczaj szybko i przyjemnie przy śpiewaniu, a raczej próbie wydobywania dźwięków przyjemnych dla ucha. Była to też idealna pora na chwilę refleksji i zobaczenie okolicy obozowiska tonącej wówczas w mroku.

Nocne poszukiwania nieproszonych gości, czyli obchód przed zaśnięciem

Jeden z wielu potężnych buków

Teraz zostało nam tylko czekać na pojawienie się pierwszych gwiazd. Po północy powitaliśmy kolejny dzień, a wraz z nim pięknie rozgwieżdżone niebo.


Iluminacje świetlne w abstrakcji fotografa
Foto: Raku

Nocne niebo
Las w nocy wydaje się o wiele bardziej przerażający niż w ciągu dnia, zwłaszcza, że dla zdecydowanej większości z nas miała to być pierwsza noc spędzona pod namiotami. Nasze zmysły zostały wyjątkowo wyostrzone, a w szczególności wzrok i słuch, które z nawet najmniejszego szelestu robiły potencjalne źródło zagrożenia. Sam umysł też nie jeden raz płatał nam figle sprawiając, że ciągle myśleliśmy, że coś zbliża się do obozowiska. Kiedy nasze organizmy domagały się już odpoczynku, udaliśmy się do wnętrza namiotów. Tam choć przez chwilę poczuliśmy się jak w domu. Dla większego bezpieczeństwa postanowiłem zostawić włączoną czołówkę, którą planowałem zgasić jak będę szedł spać. Niestety ta chwila szybko nie nadeszła. Około godziny 2:30 usłyszałem dziwne odgłosy dobiegające z głębi lasu. Zaciekawiony, nasłuchiwałem co może je wydawać. Szczytem moich marzeń było usłyszenie wycia wilka, ale zamiast tego nad naszymi namiotami pojawiły się sowy. Ich głośne i straszne pohukiwanie niczym z piekielnej otchłani, uniemożliwiło mi zaśnięcie, dzięki czemu znalazłem chwilę by je nagrać. Następnie z dyktafonu odtwarzałem zapisane dźwięki, na które sowy odpowiadały mi bez problemu. Rozmowy nocą trwały prawie pół godziny, kiedy to zmęczenie wygrało z chęcią poznania nocnego życia w lesie.

1.07.2020

Trasa: Szczytniak - G. Chocimowska - Przełęcz Karczmarka - G. Witosławska - Witosławice -

Wronów - Sarnia Zwola, ok. 13 km

Około 5:00 obudził mnie Bartek i głośny dźwięk jego budzika. Przez na wpół otwarte oczy zerknąłem na niego, zamieniłem kilka słów, po czym zasnąłem. I tak z krótkiej pobudki zrobiła się trwająca dwie godziny drzemka, pozwalająca nadrobić senne zaległości.

Foto: Raku

Po szybkim zjedzeniu śniadania i trwającym znacznie dłużej składaniu namiotów, poszliśmy odnaleźć przebiegający w odległości 300 metrów od naszego obozowiska szlak czerwony, którym powędrowaliśmy na sam szczyt Szczytniaka.

Na szlaku czerwonym

Foto: Raku

Na wschodnim zboczu tej góry, szukając zlokalizowanego gdzieś w pobliżu źródła, całkiem przypadkowo odnalazłem piękny punkt widokowy, do którego zaprowadziłem resztę ekipy. Trochę tu posiedzieliśmy, by nacieszyć oczy piękną panoramą.

Widok w stronę Wszachowa

Następnie przez leśne dukty, prowadzeni szlakiem czerwonym, dotarliśmy do Przełęczy Karczmarka, gdzie powitał nas bardzo przyjemny asfalt.

Asfalcik niczego sobie


Następnie czekała nas wspinaczka na górę Witosławską. Na jej szczycie obejrzeliśmy pochodzącą z XVIII w. drewnianą kaplicę i wypełniliśmy nasze butelki wodą pochodzącą z okolicznego źródełka. Ciekawostką jest, że w czasach przedchrześcijańskich w tym miejscu znajdował się tzw. Święty Gaj. Czczono tu także pogańskiego Boga Wita, od którego prawdopodobnie wzięła nazwę góra.


Foto: Raku

Locht przy źródełku
Foto: Raku

Foto: Raku


Kiedy kompani odpoczywali, Ja wyruszyłem w samotną podróż w poszukiwaniu punktu widokowego. Podczas błądzenia natknąłem się na kilka większych omszałych głazów i śródleśne bajoro.


Ta wielka kałuża stanowi miejsce bytowania całkiem sporej ilości żab

Ostatecznie po ponad godzinie, wszedłem na odpowiednią ścieżkę, która zaprowadziła mnie do miejsca, z którego doskonale widać było Święty Krzyż. Moja długa nieobecność zaniepokoiła wszystkich do tego stopnia, że rozpoczęto poszukiwania mojej osoby. Na szczęście schodząc ze szczytu spotkałem Makumbę, z którym wróciłem do pozostałych.



Widoki z wciąż zarastającego szczytu


Chcąc zdążyć na busa jadącego do Kielc, szybkim krokiem udaliśmy się w kierunku Witosławic.


Pomnikowa lipa

Choć asfalt towarzyszył nam już do końca podróży, nie mogliśmy narzekać ani na monotonię ani na brak ładnych widoków. Pełne zbóż pola ozdabiały wznoszące się ponad nimi szczyty Pasma Jeleniowskiego.


Ciekawy, samotny budynek. Ciekawe jaką mógł pełnić funkcję?
Foto: Raku




Ostatnią atrakcją na trasie było zobaczenie wybudowanego w 1925 r. dworu we Wronowie, który obecnie należy do Nadleśnictwa. 


Budynek od frontu z charakterystycznymi neoklasycystycznymi kolumnami

Na przystanku w Sarniej Woli zakończyliśmy swoją dwudniową, pełną przygód wyprawę.

Falujące na wietrze morze zbóż


Przeżyliśmy inspirujące chwile spędzone w dziczy, w towarzystwie wspaniałych przyjaciół; odwiedziliśmy cudowne miejsca, które zostawiły jeszcze piękniejsze wspomnienia i nauczyliśmy się, że największa siła tkwi w grupie. Czy można wymarzyć sobie lepszy początek wakacji?