Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pasmo Sieradowickie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pasmo Sieradowickie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 grudnia 2021

Wycieczka nr 103: 60-tka

 06.07.2021

Skład: Kamila, Raku i Ja

Trasa: Skarżysko Zachodnie PKP - Suchedniów - Opal -  Rez. Kamień Michniowski - Wzgórze Barbarka - Orzechówka - Kamionka - Sieradowice-Parcele - Sieradowice Drugie - Śniadka Pierwsza - Bodzentyn - Psary-Stara Wieś - Podlesie - Cerle - Bukowa Góra - Klonów - Barcza - Ściegna - Brzezinki - Masłów Pierwszy - G. Klonówka - Diabelski Kamień - Dąbrówka - Ameliówka - Mąchocice Kapitulne, ok. 62,8 km

KILOMETR ZEROWY

  Parę minut przed szóstą mgła opadła rozpylając się jak zasłona dymna nad taflą zalewu. Wzdłuż przystani dryfowały żaglówki. W zasięgu wzroku pustki, no i my - trójka wariatów realizujących równie szalony pomysł. Bartkowi już się nie chciało, Kamili też, a ze mną było niewiele lepiej. Mimo to szliśmy dziarskim krokiem, wiedząc, że im więcej kilometrów pokonamy teraz, tym mniej zostanie na południe.

   Na horyzoncie wyłonił się biegacz. Wyglądał na takiego zawodowca, który zaczął startować w maratonach, nim na dobre pojął zdolność mówienia. Niespodziewanie zamiast nas ominąć, podbiegł i zagadał z uśmiechem nieschodzącym z twarzy. 
- Szybciej, szybciej droga młodzieży.
Jego słowom towarzyszyło niespokojne przebieranie nogami w miejscu, jakby ktoś go nakręcił. 
- Szybciej nie da rady, bo do przejścia mamy 75 km - odparliśmy ze spokojem.
- Ile!? 
Wcześniejszy uśmiech mężczyzny prędko zastąpił wykrzywiony grymas, od niechcenia machnął jeszcze ręką i uciekł bez słowa pożegnania, sprawiając wrażenie wystraszonego.



Kąpiel słoneczna

  Niebawem wkroczyliśmy w leśne ostępy. Rosa utrzymywała się tu w postaci kropli zawieszonych na źdźbłach trawy. Tysiące błyszczących kropli wyglądało obłędnie. Jednak to co miłe dla oczu, niekoniecznie musi być przyjemne dla butów, które po kontakcie z rosą zwyczajnie przemokły. Tak rozpoczął się ósmy, nieco wilgotny kilometr wędrówki.

Tunel między dwoma światami

POSTÓJ 

  Pierwszy porządny od dwóch godzin i jakże potrzebny. 
  W sąsiedztwie opuszczonej leśniczówki, trafiliśmy akurat na drewnianą wiatę. Miejsce idealne, by się tam wygodnie rozsiąść, wyciągnąć poczęstunek z plecaka i by wreszcie pokontemplować zapominając o wszystkim i wszystkich. Co jest możliwe, o ile oczywiście ma się czas. My go nie mieliśmy, kurczył się niebezpiecznie. Dziesięć minut przerwy zmieniło się w ulotne mrugnięcie oka. Mrugnięcie, w którym Bartek zdążył się odurzyć i stać się skorupiakiem. Ale po kolei.
 
  Aerozol na niebezpieczne owady i pajęczaki. Jak głosiła etykieta - niezawodny, działa do 8 godzin od  zastosowania. No to psik! Chyba się zacięło, nic nie leci. Trzeba więc potrząsnąć i spróbować raz jeszcze. Po wstrząśnięciu wyleciało o wiele więcej psiiik niż się spodziewaliśmy. Rozpylone wkoło opary, wkrótce dotarły do nas, sprawiając, że chwilę potem zaczęliśmy kaszleć i się dusić. Tym sposobem pierwsza połowa postoju upłynęła pod znakiem duszenia właśnie. Podczas drugiej, mieliśmy się przekonać o skuteczności owego insektowego specyfiku. 

   Bartek wspinał się na drewniane elementy konstrukcji wiaty, aby sobie tam przycupnąć. W końcu z góry świat wygląda piękniej. I kiedy już sobie przycupnął, przypominając przy tym skorupiaka, wówczas nadleciała osa. Najwidoczniej aerozol nie zrobił na niej większego wrażenia, gdyż natychmiast przystąpiła do ataku. Normalnie delikwenta załatwiłoby się machnięciem ręką, jednak siedząc na stropowej belce, kilka metrów nad ziemią, o stracenie równowagi nietrudno. Tak więc Bartek o nokautowaniu przeciwnika musiał zapomnieć. Osa polatała wkoło chwaląc się swym żądłem i szczęśliwie odleciała. Wtedy właśnie postój dobiegł końca, a my zapychając policzki ciastkami, tak jak mają to w zwyczaju chomiki ze znalezionym pożywieniem, ruszyliśmy dalej. 

Leśniczówka Opal


Rusałka admirał

 Wyjeżdżone koleiny pełne błota, kałuże na całą szerokość ścieżki oraz korzenie. To raz się wspinamy, to schodzimy w niewielką dolinkę. Ten odcinek trasy zdawał się nie tyle co biec, a wręcz płynąć i to w sposób niezwykle przyjemny. Koniec końców dotarliśmy do wrót rezerwatu, gdzie czekały znajome skałki i zupełnie nieznajoma drewniana skrzynka z pieczątką turystyczną w środku. Czekał również czarny szlak, który bierze w tym miejscu początek. Ze swymi 1700 metrami długości, może poszczycić się statusem jednego z najkrótszych w Polsce.

Zdjęcie grupowe przy Jaskini Ponurego
Foto: Kamień


 CZARNA DROGA

  Szlak bezdusznie porzuciliśmy u stóp kapliczki, pod którą nas posłusznie zaprowadził. Jeśli wierzyć lokalnym historiom, kapliczkę wznieśli w XIX wieku górnicy z Siekierna, którzy codziennie wędrowali tędy do Suchedniowa. Oj bogatą w widoki mieli oni drogę do pracy: Bukowa, Święty Krzyż w dali.... Dzisiaj ze wzgórza zwanego Barbarką, rozpościera się jedna z piękniejszych panoram na Łysogóry, jaką jest nam dane zobaczyć w tych zakątkach województwa. 

Foto: Kamila

Zwróćcie uwagę na dwa bielinki, które wleciały w kadr. O ile tu jeszcze jakoś pasują, o tyle kiedy postanowią wparować na pierwszy plan zasłaniając sobą wszystko i tym samym psując całe zdjęcie, to już tak niekoniecznie.

  Wiedźcie, że kiedy asfalt przejmuje kontrolę nad drogą nie jest za dobrze. Zwłaszcza w dni takie jak ten. Przy 35 stopniach zaczyna robić się naprawdę groźnie. Wszystko ocieka potem, hipnotyzuje. Górka, która normalnie nie męczy, staję się szczytem możliwości. Ważne, by nie stracić wtedy przytomnego myślenia. 


Nieczynny kamieniołom zaadaptowany na potrzeby miejscowej strzelnicy

Sielsko

  Tak jak zdążyliśmy zapomnieć o smaku ciastek jedzonych w biegu, czy ekscesach pod wiatą, tak bardzo pragnęliśmy zapomnieć o żarze lejącym się z nieba. Ale się nie dało! Nie było nawet gdzie. Drzew jak na lekarstwo, za to pól pod dostatkiem. Co kto sobie zamarzy: truskawki, zboże wszelkiej postaci, wielkochłopskie pyry. Cienia jednak brak. Zgodnie z nawigacją miało go nie być jeszcze przez najbliższą godzinę. Tragedia jakaś. Z utęsknieniem wypatrywaliśmy więc deszczu, albo najlepiej ulewy, tylko takiej porządnej, żeby nas przemoczyło.

  Zamiast tego Słońce prażyło coraz mocniej jak na południe przystało. Plecaki, choć małe, z każdym kolejnym krokiem ciążyły jakby wypchane po brzegi kamieniami. Ubywało też zapasów wody. Jednym słowem nadciągał kryzys. Nie pytał czy go chcemy, czy może z nami iść. Szykował się, by w nas uderzyć, osłabić z resztek sił i skłócić. A trzeba dodać, że kłótnia, zaraz po udarze była ostatnią rzeczą, jakiej w tym momencie potrzebowaliśmy. 

Orzechówka, czyli miejsce, w którym zakochasz się od pierwszego wejrzenia

Na wybiegu

Kod kreskowy

  Tylko iść i iść, nie patrząc przed siebie, by nie przytłaczała nas ta bezkresna czarna nitka asfaltu, to nagrzewanie się bitumicznej masy, która zdaje się oddawać ciepło ze zdwojoną siłą. Coraz trudniej, coraz bliżej. Jeszcze trochę. 
  Obiecałem postoje co 5 kilometrów, tymczasem od 15 idziemy bez przerwy. Ja na ich miejscu, bym ukatrupił takiego przewodnika. Oni jednak byli litościwi, albo zbyt zajęci walką z upałem. Każdy normalny człowiek na moim miejscu zatrzymałby się, przeprosił grupę i zarządził postój. Co robię ja? Krzyczę w niebogłosy pełen radości do dwójki ludzi będących już w stanie agonalnym, że wchodzimy na TĄ górę, którą przed chwilą minęliśmy po lewej stronie. TĄ wznoszącą się ponad pola i wszystkie inne szczyty w okolicy. TĄ górą była Górą Sieradowską. Ci co ją znają, doskonale wiedzą, że wcale ona taka stroma nie jest, ale dla nas była i to wyjątkowo.

  Dysząc ciężko stanęliśmy na szczycie. Pięknie tu było, ale jeszcze piękniej się siedziało w cieniu rzucanym przez sosny. I siedzielibyśmy dalej, gdyby nie okazało się, że centralnie pod nami znajduje się mrowisko. Świetnie jeszcze mrówek nam brakowało.

  W 1984 roku na Górze Sieradowskiej umieszczono kamienną płytę, na której widnieje cytat z ,,Dzienników" Stefana Żeromskiego. Osobiście do pisarza sympatią nie pałam (być może poprzez obrzydzenie jego twórczości szkolnymi lekturami), jednak płyta naprawdę niczego sobie.

Wiatrakowe pola Szerzawy

Okulary przeciwsłoneczne idealne na +1 do wyglądu na zdjęciu oraz pozbycia się wychodzących oznak zmęczenia.
 Foto: Statyw

Widoczki z Sieradowskiej. Z pewnością kiedyś tu jeszcze wrócimy.
Foto: Kamila

  Kilometr numer 26. Dla niewtajemniczonych sklep, a w nim zakupy życia: oranżada, soki i tyle butelek wody mineralnej, ile pomieściły nasze plecaki. Miła Pani ekspedientka pyta co my tacy zmordowani, to kulturalnie wyjaśniamy. Nie do końca jednak zdawała sobie sprawę ile to 75 kilometrów. Może jeśli porównalibyśmy je do odległości dzielącej Kraków i Katowice byłoby znacznie łatwiej wyobrazić jej sobie, jak szalony jest nasz pomysł? Może... My sami niebawem mieliśmy się o tym przekonać.
  


  Minęło 8 godzin od momentu kiedy wysiedliśmy z porannego pociągu relacji Kielce - Skarżysko i każde z nas postawiło swój pierwszy krok. Ten krok był niczym podpis na umowie. Potwierdzał, że doskonale wiemy na co się piszemy i co może z tego wyniknąć. Na razie jednak nieco nam się polepszyło. Zmęczenie odpuściło, a po szybkim postoju, pojawiły się nawet chęci życia.
 Optymizmem powiało niedługo. Uciążliwy asfalt powrócił, a wraz z nim wszystkie znajome problemy. Wizja znalezienia się w lesie widocznym w dali, działała kojąco. Lecz wcześniej musieliśmy pokonać uliczki przysiółka Cerle. Przypominał on wioskę położoną w wysokich (a na pewno wyższych niż świętokrzyskie) górach. Pełno było tu klimatycznych, drewnianych chatek, które przylegały do spadzistego stoku wzniesienia. Brakowało jedynie stadka owiec. 

Robiąc zdjęcie boćkom początkowo myślałem, że uchwycę dwa ptaszyska. Dopiero na komputerze okazało się, że wychyla się również trzecia główka.

Lustro drogowe niezwykle przydatne w przypadku braku selfiesticka pod ręką

Cerle

  Las czule objął nas swym zielonym płaszczem, pod którym znaleźliśmy błogi cień. Rozłożeni na skałkach Bukowej Góry, wsłuchiwaliśmy się w szum szeleszczących liści. Czekolada zjedzona podczas szczytowego ataku powoli się trawiła, a nam za nic w świecie nie chciało się stąd ruszać. Bo i po co, gdy tak cudnie wkoło. Tym oto sposobem zaliczyliśmy najdłuższy odpoczynek dnia, dzięki któremu poczuliśmy się jak nowo narodzeni i na słowo "ruszamy!" przestaliśmy reagować z obrzydzeniem. 

EKSTAZA I AGONIA

  Jeśli ktoś rano powiedziałby mi, że na 45 kilometrze wędrówki zacznę biec, to popukałbym się wymownie w czoło i wyśmiał tą osobę. Teraz właśnie jest 45 kilometr wędrówki, a ja podobnie jak pozostali biegnę. Trudno to racjonalnie wyjaśnić. 
  Biegnąc czuliśmy wiatr we włosach. Z kolei on sprawiał, że czuliśmy się wolni. Powróciły dawno nie widziane uśmiechy, jakby ktoś zrzucił z nas cały dotychczasowy trud podróży. Oddaliśmy się temu urokowi chwili, dziecięcemu zapomnieniu. Liczyło się tylko tu i teraz. 


Panorama Łysogór wprost z klonowskiego asfaltu

  Na skutki wariackiego pościgu za endorfinami nie musieliśmy długo czekać. Wystarczył zaledwie kwadrans. Najpierw ból w biodrze zaczęła odczuwać Kamila, niebawem odezwała się kostka Bartka i jeszcze odciski, mnóstwo odcisków. Nie było mowy o utrzymaniu dotychczasowego tempa 5 km/h, jeśli nie chcieliśmy nabawić się kolejnych kontuzji. Gdzieś w tym momencie przyjemność z wędrówki została wyczerpana, ale co jak co, po 55 km w ponad trzydziestostopniowym upale, to o jakiejkolwiek przyjemności możemy zapomnieć. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść.

Widok na taflę zalewu w Cedzynie. W początkowym założeniu nasza meta. 

Pozaszlakowy szczyt Klonówki - miejsce uwielbiane przez paralotniarzy

 Pojawił się znienacka, sprawiając, że każdy krok ocierał się o cierpienie. Pęcherz. Oj podstępny z niego zawodnik. Skryty pod skarpetą, często pozostaje niezauważalny do momentu kiedy pęknie. Zaś gdy to nastąpi, ból stopy staje się nie do zniesienia i o dalszym chodzeniu możemy zapomnieć.
  Gdyby nasze nogi potrafiły mówić z pewnością jednogłośnie stwierdziłyby, że nigdzie dalej nie idą. Ale szły, dzięki temu, że w głowach zakotwiczyły się resztki cudownej energii. Ten magazyn był już na absolutnym wykończeniu. Brakowało naprawdę niewiele, by opróżnić go do cna.
  
Diabelski Kamień

  Dopingowaliśmy się nawzajem, że damy radę, że tyle przeszliśmy, to i te piętnaście kilometrów będzie drobnostką. Czym dłużej się sobie przyglądaliśmy, tym coraz mocniej wiedzieliśmy, że przedwczesna meta będzie nieunikniona. Postanowiłem odciążyć Bartka z Kamilą zabierając od nich plecaki i wyprułem do przodu, myśląc, że pójdą w ślad za mną. Myliłem się.
  Pół kilometra dalej było już po wszystkim. Ostatnie szurnięcie, powłóczenie stopą. Stop ostateczny. Gdzieś tam w zakamarkach umysłu pojawiła się wizja spełnienia, żeby skończyć to samemu i pójść dalej, przecież czułem się wyjątkowo dobrze i jako jedyny nie miałem pęcherzy. Ale chwila. Wyruszyliśmy razem i tak też wrócimy. Nie ma mowy o żadnym samemu. Mogliśmy też zapomnieć o witaniu naszej trzyosobowej sztafety przez wiwatujące tłumy, do jakich zdążyły nas przyzwyczaić amerykańskie filmy. Co najwyżej mogliśmy mocno uścisnąć sobie dłonie. Tak też zrobiliśmy. Rozpierała nas duma, żadna tam myśl o przegranej. Każde z nas dokonało czegoś, co niektórzy uważali za niemożliwe. To im pokazaliśmy!

poniedziałek, 25 listopada 2019

Wycieczka nr 56: WSZYSTKIE BARWY JESIENI


26.10.2019

Skład: Oliwka, Locht, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Berezów PKP - Wierzbka - Źródło Burzący Stok - Rez. Kamień Michniowski - Wzgórze Barbarka - Wzdół Rządowy - Zagórze - Kłm. Bukowa Góra - Bukowa Góra - Łączna PKP, ok. 30 km

   Nad stacją Berezów zagościła bezgwiezdna noc. Nasze nozdrza wyłapywały zapach gorącej papy. Mimo wczesnej pory przy torowisku uwijały się odblaskowo-pomarańczowe kamizelki. Tylko je było widać na tle nieprzeniknionego mroku. To zastępy robotników od trzech dni usuwających skutki po wykolejeniu się pociągów.  

Na niebie sączyły się wstęgi koloru magenty 

Po pokonaniu kilku kilometrów wśród wiejskich uliczek, dotarliśmy pod  Marywil - dawny Zakład Wyrobów Kamionkowych, z którego dziś pozostały tylko opustoszałe hale.

Marywil od strony drutu kolczastego
Foto: Raku
Dostępu do środka broni betonowe ogrodzenie z drutem kolczastym na górze, prawdopodobnie jakaś ochrona oraz kamery, które wypatrzyliśmy podczas obchodu dookoła obiektu.

Część z okien została wymieniona na nowe, a na szybach niektórych z nich znajdują się reklamy firmy ochroniarskiej

Szary To wszystko sprawiło, że nasze zwiedzanie zakończyliśmy na zobaczeniu wszystkiego z zewnątrz. Tuż obok wypatrzyliśmy prawdopodobnie dawną oczyszczalnie ścieków, tworzące dziś niewielkie stawy pokryte pałkami wodnymi i trzciną, które stanowią idealne warunki do bytowania ciekawych gatunków ptaków.

Stan betonowych konstrukcji jednak pozostawiał wiele do życzenia i chwila nieuwagi wystarczyła, by w ułamku sekundy znaleźć się w wodzie.

Foto: Bugli

   Poranna mgła ustąpiła nam tylko na chwilę i zaraz, gdy tylko skierowaliśmy się do ściany lasu, zaczęła powracać.


Promienie leniwie wyłaniającego się Słońca, nieśmiało przebijały się przez gęste korony drzew, tworząc przepiękne widoki, które nie opuszczały nas jeszcze przez długi czas naszej leśnej wędrówki.

Jeden z pomnikowych dębów

Ostatnie podrygi babiego lata

W porannym blasku
Foto: Raku


Złoty Krótki postój zgodnie z planem zrobiliśmy sobie przy źródełku Burzący Stok.

Nowe zabezpieczenie źródełka zdecydowanie solidniejsze, ale już mniej klimatyczne


Degustacja lokalnej wody przebiegła znakomicie. Jedynym jej mankamentem była temperatura, ale smak wynagrodził wszystko. W pobliżu rozlewisk Żarnówki zdążyliśmy odwiedzić przy okazji bobrowe żeremie, jednak jego mieszkańców nie udało nam się zobaczyć.

Żarnówka
Foto: Raku

Przyjemna leśna dróżka po kilku minutach zmieniła nam się w całkiem spore jeziorko z ruchomymi piaskami.


Brąz. Po przedostaniu się na drugi brzeg, mogliśmy nacieszyć się wędrówką wśród bukowych lasów, które o tej porze roku wyglądają cudownie.

Foto: Oliwka

Opadłe zewsząd liście skrywały liczne niespodzianki, a wśród nich potężne i smakowite borowiki.

Foto: Bugli

Kiedy zaliczyliśmy sam szczyt Kamienia Michniowskiego, powędrowaliśmy wprost do rezerwatu.

Na szczycie Kamienia Michniowskiego

Tamtejsze skałki nadały się idealnie, by zatrzymać się przy nich na zdecydowanie dłużej.




To się nazywa wspinaczka skalna
Najciekawszym obiektem okazała się Jaskinia Ponurego (25 m). Jej nazwa pochodzi od partyzantów AK ,, Ponurego'', którzy przebywali tutaj w czasie wojny. Według relacji mieszkańców we wnętrzu jaskini odnaleziono owiniętą w szmaty, szablę powstańczą.
Na pierwszy rzut oka może się wydawać nieciekawa, jednak gdy zagłębimy się do jej środka, szybko zmienimy zdanie. Wprawne oko może wypatrzeć niewielkie nacieki grzybkowe. Największą atrakcję jaskini bez wątpienia stanowi ponad 4,5 metrowy komin skalny, który ze względu na swoją trudność nazywany jest Szczeliną Alpinistów.


Nacieki grzybkowe

Na tym zdjęciu widać jak ciasny był komin skalny

Cała nasza dzielna, ekipa włącznie ze mną, dała radę go pokonać.


Po podszlifowaniu kilku wspinaczkowych umiejętności, opuściliśmy szlak niebieski i dalej powędrowaliśmy już zgodnie za czarnymi znakami.

Czasem wpadka przy robieniu zdjęcia wygląda dużo bardziej ciekawie niż ustawiana fotografia

Krótki odcinek asfaltem wystarczył, by dostać się na Wzgórze Barbarka, z którego roztaczała się piękna, choć trochę niewyraźna panorama.
Polna droga zaprowadziła nas tuż obok prywatnego gospodarstwa do Wzdołu Rządowego, gdzie szybko z asfaltu przerzuciliśmy się ponownie na dróżkę wśród pól uprawnych, na których właśnie odbywała się orka.

Zanikający już obrazek polskich wsi

W tym miejscu także widoki robiły niesamowite wrażenie, do tego stopnia, że poczuliśmy się jakbyśmy byli w o wiele wyższych górach.



Niezwykłego uroku Zaskala, przez które potem przechodziliśmy dodawały licznie pasące się konie.



Kiedy przyszedł czas na ostateczne rozstanie się z asfaltem, z pomocą "królewskiej" drogi wkroczyliśmy do lasu. Idąc przez jakiś czas wzdłuż jego granicy, w końcu wyszliśmy na wprost ogromnej hałdy czynnego kamieniołomu, wyglądającej z daleka niczym stożek wulkaniczny.

Świętokrzyska Etna

Wdrapanie na górę nie należało do najłatwiejszych ze względu na bardzo dużą stromiznę, brak punktów zaczepienia, dużą wysokość, no i oczywiście strasznie niestabilne podłoże.


Przyświecał nam wówczas jeden cel zobaczyć panoramę i jeziorka, znajdujące się w głębi wyrobiska. O ile widoki zdołaliśmy zobaczyć bez większych problemów, o tyle dostanie do jeziorek nie zakończyło się na jednej próbie.

"Pora sucha" panująca już od dawna sprawiła, że mogliśmy przedostać się suchą nogą bez zatapiania się w błocie

Niepowtarzalny krajobraz

Znajdując się w połowie drogi do krawędzi wyrobiska, Raku wypatrzył zbliżająca się w naszą stronę żółtą ciężarówkę. Bardzo szybki odwrót wzdłuż niewielkich górek piasku, choć trochę ograniczających nasze sylwetki, podjęliśmy w odpowiedniej chwili, przez co nie zostaliśmy zauważeni. Locht, Raku i Bugli jak najszybciej zbiegli z hałdy i by nie rzucać się w oczy, udali się do lasu. Oliwka i Ja zdecydowaliśmy się zejść tylko kilka metrów niżej i nadal pozostać na hałdzie, do czasu, aż nastąpi odpowiednia chwila na podjecie drugiej próby. W międzyczasie udało nam się skontaktować z resztą ekipy i poinformować ich o naszych planach. Kiedy wreszcie nastąpiła ta odpowiednia chwila, co sił pobiegliśmy na skraj wyrobiska i po zrobieniu 3 zdjęcia, łapiąc jeszcze przez chwilę oddech, pobiegliśmy z powrotem do miejsca kryjówki, z którego ostatecznie udało nam dostać się na sam dół.


Drugiej części ekipy także udało się zobaczyć jeziorka, więc z czystym sumieniem, mogliśmy rozpocząć męczącą wspinaczkę na szczyt Bukowej Góry. Tym razem jednak ominęliśmy skałki na rzecz dłuższego pobytu w kamieniołomie, który wydaje się być obecnie coraz rzadziej eksploatowany, w porównaniu z tym co było rok temu. Panorama jaka wznosiła się znad jego ostatniego poziomu była po prostu wspaniała.


Takich widoków nie da się pomylić z żadnym innym kamieniołomem


Życie na krawędzi
Foto: Raku

Może nie trafiliśmy na idealną widoczność, lecz nie zmienia to faktu, że tutejsze widoki są naprawdę niepowtarzalne. Jako miejsce na przerwę wybrałem jednak ocieniony młodnik sosnowo-brzozowy Było to spowodowane głównie względami bezpieczeństwa, gdyż na terenie kamieniołomu, a w szczególności jego krawędzi, bardzo często dochodzi do różnego rodzaju osuwisk zarówno gleby jak i warstw materiału skalnego.


Po około 40 minutach, poszliśmy drugim poziomem wyrobiska.



Podążając tropami olbrzymiego jelenia obeszliśmy niemalże całą południową stronę dookoła. Czasami było krucho, ślisko i niebezpiecznie. Zdarzały się też chwile pełne śmiechu, np. gdy po odnalezieniu schowanej w krzakach beczki, w której dawniej znajdowały się materiały wybuchowe, postanowiłem ją sturlać na samo dno kamieniołomu ;)

Kiedy pomysł siedział jeszcze w głowie...
Foto: Locht

...a tu już w chwili jego realizacji
Foto: Locht

Pomysł choć oryginalny nie został zrealizowany w stu procentach, gdyż beczka zatrzymała się na niewielkiej brzozie rosnącej na pierwszym poziomie. Dalej praktycznie nic ciekawego się już nie działo, no może poza bardzo szybkim marszem w kierunku stacji w Łącznej na pociąg, na który szczęśliwie i na czas udało nam się dotrzeć.

Magia perspektywy