Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Masłów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Masłów. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 grudnia 2021

Wycieczka nr 103: 60-tka

 06.07.2021

Skład: Kamila, Raku i Ja

Trasa: Skarżysko Zachodnie PKP - Suchedniów - Opal -  Rez. Kamień Michniowski - Wzgórze Barbarka - Orzechówka - Kamionka - Sieradowice-Parcele - Sieradowice Drugie - Śniadka Pierwsza - Bodzentyn - Psary-Stara Wieś - Podlesie - Cerle - Bukowa Góra - Klonów - Barcza - Ściegna - Brzezinki - Masłów Pierwszy - G. Klonówka - Diabelski Kamień - Dąbrówka - Ameliówka - Mąchocice Kapitulne, ok. 62,8 km

KILOMETR ZEROWY

  Parę minut przed szóstą mgła opadła rozpylając się jak zasłona dymna nad taflą zalewu. Wzdłuż przystani dryfowały żaglówki. W zasięgu wzroku pustki, no i my - trójka wariatów realizujących równie szalony pomysł. Bartkowi już się nie chciało, Kamili też, a ze mną było niewiele lepiej. Mimo to szliśmy dziarskim krokiem, wiedząc, że im więcej kilometrów pokonamy teraz, tym mniej zostanie na południe.

   Na horyzoncie wyłonił się biegacz. Wyglądał na takiego zawodowca, który zaczął startować w maratonach, nim na dobre pojął zdolność mówienia. Niespodziewanie zamiast nas ominąć, podbiegł i zagadał z uśmiechem nieschodzącym z twarzy. 
- Szybciej, szybciej droga młodzieży.
Jego słowom towarzyszyło niespokojne przebieranie nogami w miejscu, jakby ktoś go nakręcił. 
- Szybciej nie da rady, bo do przejścia mamy 75 km - odparliśmy ze spokojem.
- Ile!? 
Wcześniejszy uśmiech mężczyzny prędko zastąpił wykrzywiony grymas, od niechcenia machnął jeszcze ręką i uciekł bez słowa pożegnania, sprawiając wrażenie wystraszonego.



Kąpiel słoneczna

  Niebawem wkroczyliśmy w leśne ostępy. Rosa utrzymywała się tu w postaci kropli zawieszonych na źdźbłach trawy. Tysiące błyszczących kropli wyglądało obłędnie. Jednak to co miłe dla oczu, niekoniecznie musi być przyjemne dla butów, które po kontakcie z rosą zwyczajnie przemokły. Tak rozpoczął się ósmy, nieco wilgotny kilometr wędrówki.

Tunel między dwoma światami

POSTÓJ 

  Pierwszy porządny od dwóch godzin i jakże potrzebny. 
  W sąsiedztwie opuszczonej leśniczówki, trafiliśmy akurat na drewnianą wiatę. Miejsce idealne, by się tam wygodnie rozsiąść, wyciągnąć poczęstunek z plecaka i by wreszcie pokontemplować zapominając o wszystkim i wszystkich. Co jest możliwe, o ile oczywiście ma się czas. My go nie mieliśmy, kurczył się niebezpiecznie. Dziesięć minut przerwy zmieniło się w ulotne mrugnięcie oka. Mrugnięcie, w którym Bartek zdążył się odurzyć i stać się skorupiakiem. Ale po kolei.
 
  Aerozol na niebezpieczne owady i pajęczaki. Jak głosiła etykieta - niezawodny, działa do 8 godzin od  zastosowania. No to psik! Chyba się zacięło, nic nie leci. Trzeba więc potrząsnąć i spróbować raz jeszcze. Po wstrząśnięciu wyleciało o wiele więcej psiiik niż się spodziewaliśmy. Rozpylone wkoło opary, wkrótce dotarły do nas, sprawiając, że chwilę potem zaczęliśmy kaszleć i się dusić. Tym sposobem pierwsza połowa postoju upłynęła pod znakiem duszenia właśnie. Podczas drugiej, mieliśmy się przekonać o skuteczności owego insektowego specyfiku. 

   Bartek wspinał się na drewniane elementy konstrukcji wiaty, aby sobie tam przycupnąć. W końcu z góry świat wygląda piękniej. I kiedy już sobie przycupnął, przypominając przy tym skorupiaka, wówczas nadleciała osa. Najwidoczniej aerozol nie zrobił na niej większego wrażenia, gdyż natychmiast przystąpiła do ataku. Normalnie delikwenta załatwiłoby się machnięciem ręką, jednak siedząc na stropowej belce, kilka metrów nad ziemią, o stracenie równowagi nietrudno. Tak więc Bartek o nokautowaniu przeciwnika musiał zapomnieć. Osa polatała wkoło chwaląc się swym żądłem i szczęśliwie odleciała. Wtedy właśnie postój dobiegł końca, a my zapychając policzki ciastkami, tak jak mają to w zwyczaju chomiki ze znalezionym pożywieniem, ruszyliśmy dalej. 

Leśniczówka Opal


Rusałka admirał

 Wyjeżdżone koleiny pełne błota, kałuże na całą szerokość ścieżki oraz korzenie. To raz się wspinamy, to schodzimy w niewielką dolinkę. Ten odcinek trasy zdawał się nie tyle co biec, a wręcz płynąć i to w sposób niezwykle przyjemny. Koniec końców dotarliśmy do wrót rezerwatu, gdzie czekały znajome skałki i zupełnie nieznajoma drewniana skrzynka z pieczątką turystyczną w środku. Czekał również czarny szlak, który bierze w tym miejscu początek. Ze swymi 1700 metrami długości, może poszczycić się statusem jednego z najkrótszych w Polsce.

Zdjęcie grupowe przy Jaskini Ponurego
Foto: Kamień


 CZARNA DROGA

  Szlak bezdusznie porzuciliśmy u stóp kapliczki, pod którą nas posłusznie zaprowadził. Jeśli wierzyć lokalnym historiom, kapliczkę wznieśli w XIX wieku górnicy z Siekierna, którzy codziennie wędrowali tędy do Suchedniowa. Oj bogatą w widoki mieli oni drogę do pracy: Bukowa, Święty Krzyż w dali.... Dzisiaj ze wzgórza zwanego Barbarką, rozpościera się jedna z piękniejszych panoram na Łysogóry, jaką jest nam dane zobaczyć w tych zakątkach województwa. 

Foto: Kamila

Zwróćcie uwagę na dwa bielinki, które wleciały w kadr. O ile tu jeszcze jakoś pasują, o tyle kiedy postanowią wparować na pierwszy plan zasłaniając sobą wszystko i tym samym psując całe zdjęcie, to już tak niekoniecznie.

  Wiedźcie, że kiedy asfalt przejmuje kontrolę nad drogą nie jest za dobrze. Zwłaszcza w dni takie jak ten. Przy 35 stopniach zaczyna robić się naprawdę groźnie. Wszystko ocieka potem, hipnotyzuje. Górka, która normalnie nie męczy, staję się szczytem możliwości. Ważne, by nie stracić wtedy przytomnego myślenia. 


Nieczynny kamieniołom zaadaptowany na potrzeby miejscowej strzelnicy

Sielsko

  Tak jak zdążyliśmy zapomnieć o smaku ciastek jedzonych w biegu, czy ekscesach pod wiatą, tak bardzo pragnęliśmy zapomnieć o żarze lejącym się z nieba. Ale się nie dało! Nie było nawet gdzie. Drzew jak na lekarstwo, za to pól pod dostatkiem. Co kto sobie zamarzy: truskawki, zboże wszelkiej postaci, wielkochłopskie pyry. Cienia jednak brak. Zgodnie z nawigacją miało go nie być jeszcze przez najbliższą godzinę. Tragedia jakaś. Z utęsknieniem wypatrywaliśmy więc deszczu, albo najlepiej ulewy, tylko takiej porządnej, żeby nas przemoczyło.

  Zamiast tego Słońce prażyło coraz mocniej jak na południe przystało. Plecaki, choć małe, z każdym kolejnym krokiem ciążyły jakby wypchane po brzegi kamieniami. Ubywało też zapasów wody. Jednym słowem nadciągał kryzys. Nie pytał czy go chcemy, czy może z nami iść. Szykował się, by w nas uderzyć, osłabić z resztek sił i skłócić. A trzeba dodać, że kłótnia, zaraz po udarze była ostatnią rzeczą, jakiej w tym momencie potrzebowaliśmy. 

Orzechówka, czyli miejsce, w którym zakochasz się od pierwszego wejrzenia

Na wybiegu

Kod kreskowy

  Tylko iść i iść, nie patrząc przed siebie, by nie przytłaczała nas ta bezkresna czarna nitka asfaltu, to nagrzewanie się bitumicznej masy, która zdaje się oddawać ciepło ze zdwojoną siłą. Coraz trudniej, coraz bliżej. Jeszcze trochę. 
  Obiecałem postoje co 5 kilometrów, tymczasem od 15 idziemy bez przerwy. Ja na ich miejscu, bym ukatrupił takiego przewodnika. Oni jednak byli litościwi, albo zbyt zajęci walką z upałem. Każdy normalny człowiek na moim miejscu zatrzymałby się, przeprosił grupę i zarządził postój. Co robię ja? Krzyczę w niebogłosy pełen radości do dwójki ludzi będących już w stanie agonalnym, że wchodzimy na TĄ górę, którą przed chwilą minęliśmy po lewej stronie. TĄ wznoszącą się ponad pola i wszystkie inne szczyty w okolicy. TĄ górą była Górą Sieradowską. Ci co ją znają, doskonale wiedzą, że wcale ona taka stroma nie jest, ale dla nas była i to wyjątkowo.

  Dysząc ciężko stanęliśmy na szczycie. Pięknie tu było, ale jeszcze piękniej się siedziało w cieniu rzucanym przez sosny. I siedzielibyśmy dalej, gdyby nie okazało się, że centralnie pod nami znajduje się mrowisko. Świetnie jeszcze mrówek nam brakowało.

  W 1984 roku na Górze Sieradowskiej umieszczono kamienną płytę, na której widnieje cytat z ,,Dzienników" Stefana Żeromskiego. Osobiście do pisarza sympatią nie pałam (być może poprzez obrzydzenie jego twórczości szkolnymi lekturami), jednak płyta naprawdę niczego sobie.

Wiatrakowe pola Szerzawy

Okulary przeciwsłoneczne idealne na +1 do wyglądu na zdjęciu oraz pozbycia się wychodzących oznak zmęczenia.
 Foto: Statyw

Widoczki z Sieradowskiej. Z pewnością kiedyś tu jeszcze wrócimy.
Foto: Kamila

  Kilometr numer 26. Dla niewtajemniczonych sklep, a w nim zakupy życia: oranżada, soki i tyle butelek wody mineralnej, ile pomieściły nasze plecaki. Miła Pani ekspedientka pyta co my tacy zmordowani, to kulturalnie wyjaśniamy. Nie do końca jednak zdawała sobie sprawę ile to 75 kilometrów. Może jeśli porównalibyśmy je do odległości dzielącej Kraków i Katowice byłoby znacznie łatwiej wyobrazić jej sobie, jak szalony jest nasz pomysł? Może... My sami niebawem mieliśmy się o tym przekonać.
  


  Minęło 8 godzin od momentu kiedy wysiedliśmy z porannego pociągu relacji Kielce - Skarżysko i każde z nas postawiło swój pierwszy krok. Ten krok był niczym podpis na umowie. Potwierdzał, że doskonale wiemy na co się piszemy i co może z tego wyniknąć. Na razie jednak nieco nam się polepszyło. Zmęczenie odpuściło, a po szybkim postoju, pojawiły się nawet chęci życia.
 Optymizmem powiało niedługo. Uciążliwy asfalt powrócił, a wraz z nim wszystkie znajome problemy. Wizja znalezienia się w lesie widocznym w dali, działała kojąco. Lecz wcześniej musieliśmy pokonać uliczki przysiółka Cerle. Przypominał on wioskę położoną w wysokich (a na pewno wyższych niż świętokrzyskie) górach. Pełno było tu klimatycznych, drewnianych chatek, które przylegały do spadzistego stoku wzniesienia. Brakowało jedynie stadka owiec. 

Robiąc zdjęcie boćkom początkowo myślałem, że uchwycę dwa ptaszyska. Dopiero na komputerze okazało się, że wychyla się również trzecia główka.

Lustro drogowe niezwykle przydatne w przypadku braku selfiesticka pod ręką

Cerle

  Las czule objął nas swym zielonym płaszczem, pod którym znaleźliśmy błogi cień. Rozłożeni na skałkach Bukowej Góry, wsłuchiwaliśmy się w szum szeleszczących liści. Czekolada zjedzona podczas szczytowego ataku powoli się trawiła, a nam za nic w świecie nie chciało się stąd ruszać. Bo i po co, gdy tak cudnie wkoło. Tym oto sposobem zaliczyliśmy najdłuższy odpoczynek dnia, dzięki któremu poczuliśmy się jak nowo narodzeni i na słowo "ruszamy!" przestaliśmy reagować z obrzydzeniem. 

EKSTAZA I AGONIA

  Jeśli ktoś rano powiedziałby mi, że na 45 kilometrze wędrówki zacznę biec, to popukałbym się wymownie w czoło i wyśmiał tą osobę. Teraz właśnie jest 45 kilometr wędrówki, a ja podobnie jak pozostali biegnę. Trudno to racjonalnie wyjaśnić. 
  Biegnąc czuliśmy wiatr we włosach. Z kolei on sprawiał, że czuliśmy się wolni. Powróciły dawno nie widziane uśmiechy, jakby ktoś zrzucił z nas cały dotychczasowy trud podróży. Oddaliśmy się temu urokowi chwili, dziecięcemu zapomnieniu. Liczyło się tylko tu i teraz. 


Panorama Łysogór wprost z klonowskiego asfaltu

  Na skutki wariackiego pościgu za endorfinami nie musieliśmy długo czekać. Wystarczył zaledwie kwadrans. Najpierw ból w biodrze zaczęła odczuwać Kamila, niebawem odezwała się kostka Bartka i jeszcze odciski, mnóstwo odcisków. Nie było mowy o utrzymaniu dotychczasowego tempa 5 km/h, jeśli nie chcieliśmy nabawić się kolejnych kontuzji. Gdzieś w tym momencie przyjemność z wędrówki została wyczerpana, ale co jak co, po 55 km w ponad trzydziestostopniowym upale, to o jakiejkolwiek przyjemności możemy zapomnieć. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść.

Widok na taflę zalewu w Cedzynie. W początkowym założeniu nasza meta. 

Pozaszlakowy szczyt Klonówki - miejsce uwielbiane przez paralotniarzy

 Pojawił się znienacka, sprawiając, że każdy krok ocierał się o cierpienie. Pęcherz. Oj podstępny z niego zawodnik. Skryty pod skarpetą, często pozostaje niezauważalny do momentu kiedy pęknie. Zaś gdy to nastąpi, ból stopy staje się nie do zniesienia i o dalszym chodzeniu możemy zapomnieć.
  Gdyby nasze nogi potrafiły mówić z pewnością jednogłośnie stwierdziłyby, że nigdzie dalej nie idą. Ale szły, dzięki temu, że w głowach zakotwiczyły się resztki cudownej energii. Ten magazyn był już na absolutnym wykończeniu. Brakowało naprawdę niewiele, by opróżnić go do cna.
  
Diabelski Kamień

  Dopingowaliśmy się nawzajem, że damy radę, że tyle przeszliśmy, to i te piętnaście kilometrów będzie drobnostką. Czym dłużej się sobie przyglądaliśmy, tym coraz mocniej wiedzieliśmy, że przedwczesna meta będzie nieunikniona. Postanowiłem odciążyć Bartka z Kamilą zabierając od nich plecaki i wyprułem do przodu, myśląc, że pójdą w ślad za mną. Myliłem się.
  Pół kilometra dalej było już po wszystkim. Ostatnie szurnięcie, powłóczenie stopą. Stop ostateczny. Gdzieś tam w zakamarkach umysłu pojawiła się wizja spełnienia, żeby skończyć to samemu i pójść dalej, przecież czułem się wyjątkowo dobrze i jako jedyny nie miałem pęcherzy. Ale chwila. Wyruszyliśmy razem i tak też wrócimy. Nie ma mowy o żadnym samemu. Mogliśmy też zapomnieć o witaniu naszej trzyosobowej sztafety przez wiwatujące tłumy, do jakich zdążyły nas przyzwyczaić amerykańskie filmy. Co najwyżej mogliśmy mocno uścisnąć sobie dłonie. Tak też zrobiliśmy. Rozpierała nas duma, żadna tam myśl o przegranej. Każde z nas dokonało czegoś, co niektórzy uważali za niemożliwe. To im pokazaliśmy!

sobota, 16 października 2021

Wycieczka nr 97: SZMARAGDOWA DOLINA

 19.05.2021

Skład: Kamila, Raku i Ja

Trasa: Wiśniówka II - Kłm. Wiśniówka Mała - Os. Wiśniówka, ok. 8 km

  Jest takie jedno miejsce, gdzie każdy może poczuć się jak na innej planecie. Tu, pod krystalicznie czystą wodą kryje się zalany las. Gąszcz drzew dawno wchłonął porzucone budowle z betonu. Połknął je niczym olbrzym pół wioski. Pozostały po nich głębokie i równie zagadkowe dziury. Krajobraz wokół przypomina te z alpejskich pocztówek. Ostre zbocza opadają wprost w wodną toń, która nieustannie zmienia się wraz z nastaniem kolejnych pór roku. Jesienią opadłe liście pływają w błękicie, zimą króluje biel, zaś wiosną i latem - lazur, turkus oraz szmaragd. Od tego ostatniego zyskała nazwę i przez krótki czas sławę. 
  Mówią o niej Zielonka, ale częściej Szmaragdowa Dolina, choć żaden to cud natury, a dzieło rąk człowieka. Znają ją mieszkańcy Kielc i okolic, a także fotografowie chętnie przyjeżdżający tu na sesje fotograficzne. Turyści już niekoniecznie. Jednak Ci, których choć raz poniosą tu nogi - wracają zachwyceni, nie bacząc na niebezpieczeństwa piętrzące się na każdym kroku i patrole ochrony. Zakazany owoc smakuje najlepiej. Zwłaszcza jeśli chodzi o smak majowego szmaragdu. 

  Drogę zamykał szlaban. Przecięliśmy ją w poprzek i dalej wędrowaliśmy przez bezpieczne, ale niekoniecznie przyjemne krzaki. Gdzieniegdzie walały się opony obrosłe mchem. Wkrótce potem czekała nas wspinaczka na zarośniętą hałdę, a to wszystko po to, by znaleźć się na ścieżce prowadzącej do pierwszego z prześwitów.

Jezioro szmaragdowe
Foto: Kamila
  
  Spośród soczystej zieleni wyłaniał się brzeg zachodni. Co rusz osuwaliśmy się wraz z drobnymi kamykami, które wpadały z głośnym pluskiem. Żadne z nas nie chciało podzielić ich losu, zwłaszcza, że do tafli wody dzieliły metry. Pragnęliśmy tylko dotrzeć najniżej jak było to możliwe. Pragnienie to okupywało dobrze znane ryzyko. Podeszwy łapczywie łapały równowagę, podobnie jak ręce, chwytające się wszystkiego co wyrastało z ziemi: wątłych samosiejek, czy przerośniętych korzeni.

Kadr chorwacki

  Parę minut później, wpatrywaliśmy się już w krystalicznie czystą toń. Znad wody wystawały uschnięte wierzchołki sosen. Ich pnie spoczywały poza zasięgiem naszego wzroku, głęboko w objęciach jeziora. Tajemnice podwodnego lasu mają okazję poznać miłośnicy nurkowania, po wcześniejszym uzyskaniu zgody dyrektora kopalni.  
  A jak tam jest, pod wodą? Widoczność sięga 2-10 metrów. Zatopione drzewa występują do głębokości 6 metrów, gdzie tworzą labirynt, który płetwonurkowie muszą pokonać z całym osprzętem (co nie jest łatwe). Z korzeni tych drzew niczym kurtyny, zwisają kilkumetrowe skupiska glonów zwane "wiszącymi brodami". Im bliżej dna, tym coraz więcej zardzewiałych pozostałości dawnego sprzętu wydobywczego. I tak aż do siedemnastego metra, bo niżej zejść się nie da.


Rozbitek
Foto: Raku

  Niby maj, a było ciepło jak w sierpniu. Jeszcze parę dni wcześniej człowiek musiał ubierać się na cebulkę. Teraz, koszulka z krótkim rękawem wydawała się aż zanadto. Zaś gdy mocniej zawiało, od razu żałowało się, że nie ma się przy sobie czegoś grubszego. Wiatr nie uspokoił się nawet, gdy wkroczyliśmy w leśne ostępy. Idąc przy krawędzi, naprzemiennie pięliśmy się w górę, by za moment zejść i znowu się wdrapywać.  

Dąbrówka rozłogowa

W ukryciu

  Nie minęło nawet pół godziny, gdy na drugim brzegu zjawił się patrol ochrony. Przyglądaliśmy mu się bacznie z bezpiecznej wiatki. Nic nie wskazywało na to, że to my zwróciliśmy jego uwagę. Po chwili z samochodu wysiadła dwójka pracowników i skierowała się w stronę podestu unoszącego się na wodzie, gdzie zaczęli coś montować. Dopóki oni tam byli, dotąd my nie mogliśmy się ruszyć z miejsca. 
  Grań do której zmierzaliśmy stała się tymczasowo nieosiągalna.  Z niej widać by nas było jak na dłoni z pierwszego lepszego punktu kopalni. Nie mogliśmy teraz pozwolić sobie na to, by zostać zauważonym, zwłaszcza jeśli później planowaliśmy przemknąć niepostrzeżenie obok budki strażników. Nie zostało nam nic więcej jak czekać i czekać...

Ochrona czujna jak zawsze

Foto: Raku

  Czekanie zrodziło przyjemnie długi postój. Na tyle długi, abyśmy zdążyli opróżnić wszystkie posiadane zapasy słodyczy i na tyle długi, by całą trójkę ogarnęła nieposkromiona głupawka. Chwile przepełnione śmiechem w momencie przemieniły się w przerażenie. A wszystko zaczęło się od pomysłu na zdjęcie idealne.
   
  Byliśmy już w połowie odległości do występu skalnego, który za każdym razem gdy tu przychodziliśmy, służył jako miejsce do pozowania. Po obu stronach ograniczały go pionowe ściany liczące kilkanaście metrów. Grzbiet przypominał nieco grań. I tą właśnie granią biegła gliniasta ścieżka oraz nasza trasowa kozica - Kamila.
  Glina w połączeniu ze wszechobecną stromizną tworzyła niebezpieczne połączenie. Ale to nie ona, a jeden z niestabilnych głazów, sprawił, że Kamila w jednej sekundzie straciła równowagę i zachwiała się. Zarówno na twarzy jej, jak i naszych malowała się groza; i gdy już wydawało się, że zaraz zsunie się do wody, zdążyła się w porę chwycić wystającego fragmentu skały. 

Foto: Raku

Trzyszcz piaskowy

  Niebezpieczna kruchość strzeże tego co najpiękniejsze - Szmaragdowej Zatoki. Tutejszej wizytówki, która swój niesamowity kolor zawdzięcza wydobywanym niegdyś pokładom miałkiego kwarcytu. Widoki stąd oczarowują, a kolorystyka powala na kolana. 

Światło i cień

Foto: Raku

  Kopalnie na Wiśniówce rozpoczęły wydobycie w latach 20-tych ubiegłego wieku. Do pracy sprowadzono wówczas wielu robotników z Zagłębia Dąbrowskiego, znających się doskonale w temacie. Początkowo za domy służyły im baraki, gdzie w ciężkich warunkach przebywali po kilka osób. Brakowało półek, piecyków do ogrzewania, podstawowych produktów żywnościowych, które dostarczały im miejscowe gospodynie, a woda w studniach była zanieczyszczona na skutek pobliskiego wydobycia. Obiady gotowano na ogniskach. Chwila nieuwagi wystarczyła, by wzniecić pożar.

  Musiała upłynąć kolejna dekada, okupiona strajkami, by wreszcie pomyślano o robotnikach i zbudowano dla nich osiedle. Liczyło ono 38 domków, każdy zamieszkiwały 4 rodziny. W późniejszym okresie powstały również kaplica, szkoła, a nawet kino. Drewniane domki stoją po dziś dzień, a kryjąca ich dachy rdzawa dachówka, wyróżnia je na tle okolicznej zabudowy.

Złote odbicia
Foto: Raku


  Za plecami zostawiliśmy jezioro skąpane w Słońcu pełnym błyszczących punkcików. Od teraz ograniczał nas jedynie czas dzielący do najbliższego autobusu. Pozostało go niewiele w przeciwieństwie do kilometrów, które musieliśmy jeszcze pokonać.

Plan pierwszy - krzaki. Na drugim grań. A dla najbardziej spostrzegawczych wóz ochrony
Foto: Raku

Osika w krwiście czerwonym wydaniu

  Zaczęło się podejście korytami wyżłobionymi przez wody opadowe. Hałda zdawała się nie mieć końca. Złudzenie podkreślał błękitny horyzont. Nie wiedzieliśmy czego mamy spodziewać się po drugiej stronie. Czy wyjdziemy na wprost na patrol, a może na budkę ochroniarzy? Wtedy musielibyśmy ratować się ucieczką. 
  I gdy tak rosła obawa, by przypadkiem nikt nas nie zobaczył, zostaliśmy powitani przez hałastrę dzieciaków na rowerach. Wrzeszczących niemiłosiernie i nie robiących sobie kompletnie nic z tego, że tuż obok działa czynna kopalnia, a ich mogą złapać za nielegalne przebywanie na jej terenie. Właściwie ten widok nas ucieszył i jednocześnie uspokoił. W końcu komu by się chciało ganiać tyle osób. 

Foto: Raku

  Na górze nawet kałuże przybrały szmaragdowej barwy. Wyglądały jak zwierciadła, w których odbijały się kłębiaste obłoki. Z punktu widokowego wznoszącego się wysoko ponad korony drzew podziwialiśmy panoramę naszego miasta i sąsiednich wzniesień. Nie mogliśmy uwierzyć w to, że miejsce tak niesamowite jak Szmaragdowa Dolina, leży zaledwie 10 km od przepełnionego kipiącym życiem centrum Kielc. 

Lustro
Foto: Raku

Blokowiska wyrastające z miejskiej dżungli