Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Mniów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Mniów. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 sierpnia 2022

Wycieczka nr 106: ŁE GORYCZAK!

13.08.2021

Skład: Makumba, Raku i Ja

Trasa: Mniów - Zaborowice - Jezioro Ług - Skalna Górka - Kołomań - Samsonów, ok. 23 km

  Czy pojechaliśmy 20 kilometrów tylko po to, by zobaczyć kamienie, a właściwie to jeden kamień? Całkiem możliwe ;) Lecz kamień był to niezwykły, okrzyknięty najciekawszym polskim znaleziskiem archeologicznym ostatnich dekad. 
  Wyryto na nim dwie postaci: męską oraz żeńską, które w ludowych przekazach uznawano za diabły. Stąd też jego nazwa Diabelski Kamień. Tym tropem poszły pierwsze interpretacje naukowe. Przypuszczano, że pochodził on z okresu późnego średniowiecza i związany był z wierzeniami pogan. 
  Następne teorie niosły za sobą coraz bardziej pokręcone koncepcje. Mówiły między innymi o kulcie neolitycznych rolników. Choć byli i tacy, co doszukiwali się w rytach podobieństwa do bóstwa płodności północnoamerykańskich Indian Hopi, a nawet... starożytnych kosmitów. Do dziś zagadka Diabelskiego Kamienia z Kontrrewersu pozostaje nierozwiązana, nie spędzając snu z powiek badaczom, którzy wciąż próbują wyjaśnić jakie było jego pierwotne przeznaczenie. 
  Z Mniowa wybyliśmy w kierunku Zaborowic, by odwiedzić naszą drewnianą koleżankę.

Diabelski Kamień z Kontrrewersu( takiej miejscowości) w Mniowie. Znalezisko przez ponad 10 lat przeleżało zakopane w ziemi, by ujrzeć światło dzienne i z miejsca stać się światową sensacją

  Nie zapomnieliśmy o niej i zdawało się, że ona o nas także. Jeszcze stała. I to nie tylko we wspomnieniach. Namacalny dowód wznosił się tuż przed nami. Wiatr kołysał i nim, i sosnami, na których to konstruktor pełen wyobraźni zbudował inżynieryjne cudo. 10 metrów drewnianej konstrukcji trzymającej się na paru pordzewiałych gwoździach oraz czterech spróchniałych sosnach robiło niemałe wrażenie. Konstrukcji tak masywnej, że z oddali wyglądała jak domek na drzewie. Na co komu takie monstrum w środku lasu, trudno wyjaśnić. 
  Tymczasem nie zwlekając ani sekundy dłużej na rozmyślania, wdrapaliśmy się na pierwszy z drewnianych szczebli. Ten wpierw zatrzeszczał, ugiął się sprężyście pod naporem stóp, lecz w konsekwencji nie pękł. Wytrzymał ciężar ciekawych świata nastolatków, co ośmieliło nas na tyle, aby wdrapać się pojedynczo po samą górę.


 Obawy budziło to, czy włażenie na taką prowizorkę, i to w trakcie tak wietrznej pogody, jest rozsądnym pomysłem. Oczywiście, że nie było. Bardziej niż realne wydawało się, że jeśli nadejdzie wystarczająco silny podmuch, to zdmuchnie nas z całą amboną, po czym wylądujemy 10 metrów niżej przygnieceni stertą starych belek. Wersja optymistyczna zakładała, że skończy się na złamaniach. Mniej sielankowa, że upadek skończy wszystko.
 Wiatr jednak okazał się łaskawy. Pozwolił zapuścić żurawia przez okienko ambony, ujrzeć jak pobliskie jezioro dzielnie walczy z suszą, a następnie bezpiecznie zejść. Z bliska jezioro prezentowało się wybornie. Połyskująca srebrzyście w słońcu tafla kontrastowała ze wszechobecnym różem dopiero co rozkwitłych wrzosów. A do tego mnóstwo niezwykle urodziwej przygiełki.



  Reklamówki zabrane. Chęci też są, a i zapał nie zdążył ostygnąć. Grzybobranie czas więc zacząć. Spojrzenia śledzą podszyt, dłonie rozchylają płożące krzewy. Buszujemy. Coś w dali błysło jakby brązowym kapeluszem. Może borowik. Wypada sprawdzić, w końcu okazja może się więcej nie powtórzyć. Niestety to tylko łudząco podobny liść. A to co tym razem? Eh, znowu daliśmy się nabrać. I znowu. Nozdrza co rusz rozchylają się w poszukiwaniu grzybowego zapachu. Zamiast niego wsysają tylko parne powietrze. 
  Kiedy wszystko wskazuje na to, że będziemy musieli obejść się smakiem i wrócić do domu z niczym, zauważam, że coś wystaje pośród traw. Nie opuszcza mnie myśl, że pewnie to kolejny liść, jednak gdy podchodzę bliżej jest już pewne - znalazłem grzyba. Jest już móóój. Wygląda jak borowik, ale i zarazem nie wygląda. Dziwny jakiś taki. Spoglądam na chłopaków i głosem mędrca wspominam, że uczono mnie, że, aby mieć pewność, czy grzyb jest trujący, czy też nie, należy odgryźć jego niewielki kawałek. Jeśli będzie palić znaczy, że lepiej go zostawić. Ah, te nawyki po szkole leśnej...
  Chaps. Grzyb stracił fragment kapelusza. Przystąpiłem do mamlania. Zdołałem tylko wykrzyknąć "łe goryczak!" i jak mnie w jednej chwili zaczęło palić, tak histerycznie począłem pluć tym grzybem dookoła jak z kalashnikowa. Cud, że nikogo nie trafiłem. Paliło potwornie. Przełyk zdawał się parzyć. Język  zdrętwiał, zmieniając się w spękaną ziemię pustyni, która potrzebowała jak najszybciej choć kropli deszczu. Plułem na potęgę, a w przerwach od plucia, płukałem usta wodą, lecz za nic w świecie jeszcze przez najbliższe dziesięć minut, nie byłem w stanie pozbyć się tego gorzkiego smaku. 
  Pamiętajcie nie róbcie nigdy podobnych rzeczy w domu, ani poza nim, zwłaszcza jak znajdziecie jakiegoś grzyba co ma kropki.

Foto: Raku

Foto: Raku

  Im w dziksze knieje się zapuszczaliśmy, tym robiło się ciekawiej. I tak nieświadomi, dokąd tak naprawdę idziemy, wyleźliśmy na ciąg śródleśnych mokradeł. Już z samej definicji powinniśmy się domyślić, czego mamy się spodziewać. Tyle, że mokradłom wizualnie było bliżej do zwyczajnego lasu. No może nazbyt mszystego.
  Zastanawiałem się skąd nade mną zebrały się te chmary owadów. Wystarczyło, że zerknąłem na prawego buta, a wszystko stało się jasne. Buta właściwie już nie było. Jego miejsce zastąpiła ociekająca mułem skarpeta. Samego zaś buta ku niepojętej uciesze pozostałych, którzy w przerwach od śmiechu łapali równowagę; z sukcesem pożerało torfowisko. 
  Tylko mi nie było do śmiechu. Skacząc na jednej nodze starałem się wyłowić zgubę. Misja ocierała się o skrajnie niemożliwą. W ruch poszedł długi kij. Pierwszy - spróchniały złamał się jeszcze na etapie poszukiwań. Drugi dawał większe nadzieję na powodzenie misji. Makumba zdołał wsunąć go do środka buta, lecz na niewiele się to zdało, wszak buta już wessało potężnie. Gwałtowne szarpnięcie również nie pomogło. But tkwił nadal tam, gdzie przedtem, tylko widać go było coraz mniej. Brak sznurówek dodatkowo utrudniał sprawę. 
  Podejście nr 2 - ani drgnie. Słychać za to odgłos zasysania. Bagno wciąga. Ponad czarną warstwę błota wystaje już tylko czubek buta. Bucie wracaj! 
  Upłynęło raptem minut cztery, gdy usta Makumba napięły się w uśmiech, odsłaniając przy okazji rząd śnieżnych zębów. W ubłoconej dłoni dzierżył on buta, z którego wylewała się woda. Gdybym nie wiedział, że to but, pomyliłbym go z wrakiem zatopionego okrętu, owiniętego w glony i inne wodorosty. Dodajmy tylko, że wycieczka na mokradłach się nie kończyła. Ba, one wyznaczały dopiero połowę trasy. Drugą musiałem pokonać o jednym bucie lub... Pozostawało jeszcze jedno, dosyć odważne rozwiązanie. Ale to byłoby skrajnie głupie. Chyba już wolałbym założyć to coś z powrotem na stopę.
 Mimo, iż pomyślałem jedno, zrobiłem co innego.

Przyczynowo-skutkowe migawki z akcji ratunkowej
 Foto: Każdy po trochu
Jakość: brak

  Dalej szedłem niczym uboga wersja nimfy błotnej, którą odziano w skarpety lub jak kto woli niedoszły topielec. Oczywiście las zadbał, by przypadkiem nie było mi za wygodnie. Nieustannie podstawiał mi najróżniejsze przeszkody w postaci biorących się znikąd dołów, w jakich spokojnie zmieściłbym się z nawiązką cały, przez strumyki, które musiałem posłusznie przeskakiwać, po ściółkę wchodzącą za skarpety i kłującą przy tym na kształt dziesiątek szpileczek. Trwało to do postoju. Wtedy też przekonałem się do butów i po wcześniejszym owinięciu względnie suchych skarpet foliowymi workami, obuwie na nowo wylądowało na mych stopach. 
  Nie pamiętam, kiedy tak cieszyłem się z upału. Działał na kształt ogromnej suszarki. W rezultacie but wysechł o wiele szybciej, niż zakładałem.

Foto: Raku


  Jak zapewniały zdobyczne mapy lada moment miały pojawić się porządne wychodnie skalne. Skończyło się kłamstwem większym, niż nadwyżka planowanego kilometrażu. Obiecujące skały okazały się wypierdkami nieprzekraczającymi niebotycznych 60 cm wysokości. Toż to trudno głazem nazwać. 
  Trzy pozostałe lokalizacje również zawiodły, stawiając nas w niezręcznej sytuacji, w której to nie ma czemu robić zdjęć. Ostatni promyk nadziei tlił się w jeszcze w jednym miejscu. Tlił się, tlił, a gdy dotarliśmy do celu i zostaliśmy same chaszcze - zdechł. Klapa po całości. 
  Beznadziejna sytuacja nie uległa poprawie w trakcie następnych dziesięciu kilometrów. Sama nawigacja zaczęła z nas drwić. Ścieżka w niej porządna, a w terenie gąszcze nieprzebyte i błota. A iść trzeba, tak więc brniemy, przedzieramy się. Nagrody żadnej. Załamany tym, gdzie się podziały te wszystkie atrakcje, udałem się obczaić nieodległe źródełko. 
  Droga do niego trudna, wymaga podążania na azymut przez krzaki dobry kwadrans w jedną stronę. W nagrodę dostaje ja ci widok zastanej, śmierdzącej wody, a źródło przypomina studzienkę. To co może by tak jeszcze dorzucić nam na dokładkę komary? Pewnie, bierzemy w ciemno. Mamy serdecznie dość. Chcemy się stąd wydostać, ale nie tak prędko, las nie powiedział bowiem ostatniego słowa.




  Trochę trwało nim wydarliśmy się z objęć dziczy. Wkrótce mieliśmy się przekonać, że tylko po to, by przekroczyć rzekę w bród. W efekcie buty przemokły na nowo. Z tą różnicą, że teraz już oba. Jeśli myślicie, że na tym się skończyło, to muszę Was zasmucić. Po rzece wbiliśmy się w pokrzywowe zasieki. Ręce opadają, ale w tym przypadku musiały unieść się wysoko w górę. Z piersią wypiętą do przodu napieramy, nie zważając na bąble wyskakujące na skórze. W międzyczasie dowiaduje się, że łupiny słonecznika sprawdzają się jako przekąska równie dobrze co same nasiona. Zdumione tym faktem kupki smakowe, wraz z żołądkiem (o dziwo) nie protestują, w przeciwieństwie do spojrzeń Bartka i Makumby pełnych obrzydzenia i troski nad głupotą kolegi zarazem. 


  Oblepieni liśćmi, pajęczynami i przysychającym błotem, a ponadto z ranami kłutymi, szarpanymi, bąblami wielkości guguł, docieramy pod ruiny. Widok nas przywodził na myśl rycerzy po stoczonej, lecz przegranej bitwie. Miało być owocne grzybobranie. Wyszło jak ze skałkami. Brak choćby jednego małego borowika. Co ja mówię, choćby wątłej kurki. Nic. 
  Lecz prawdziwy koniec tej opowieści ma miejsce dopiero cztery dni później... 




  Prawdę mówiąc gdyby nie strumień rzęsistego deszczu lecący z zachmuranego nieba, to nie byłoby o czym pisać. 
  Czekaliśmy właśnie na kieleckim spodku, kiedy się rozpadało. O żadnej wycieczce nie było mowy. Podczas, gdy przez huragan myśli przewijało się to jedno, zakazane słowo "odwrót", Makumba wpadł na pomysł grzybobrania. Jako, że żadne z nas nie było przygotowane na takowy spontan, zabraliśmy się za kompletowanie czegoś, w co moglibyśmy upchać potencjalne znaleziska. Po wybałuszeniu zawartości plecaków, doszliśmy do wniosku, że dwa pokrowce przeciwdeszczowe, to niewiele. Wtedy to dostrzegliśmy neonowy napis Społem. Jakby się do nas uśmiechał i mówił: odwiedź mnie! 
  Zakupów dokonaliśmy dziwacznych. Przechadzaliśmy się alejkami, wybieraliśmy, przeglądaliśmy, by koniec końców wyłożyć na taśmę kasy lnianą siatkę, reklamówkę sponsorowaną logiem sklepu i garść zrywek. Kasjerka nie kryjąc zdziwienia wybałuszyła oczy i spytała, czy to wszystko. W odpowiedzi usłyszała chóralne owszem.
   Kilka godzin później wyglądało następująco. Autobus, błądzenie po lesie, szukanie grzybów i tych, którzy się zgubili. Znalezisk brak. Inny las i powtórka z rozrywki. Mójczy mówimy do widzenia. Szczęścia szukamy w niestachowskich lasach. Te obdarowują nas do tego stopnia hojnie, że kupione reklamówki ledwo wystarczają na upakowanie połowy zbiorów. Teraz rodzi się pytanie, co my zrobimy z taką ilością grzybów. 
  Wówczas do gry wchodzi Makumba, a ściślej jego lniana bluza. 
- Czekaj coś wymyślę - mówi. Myślę nad czymś, no. Myślisz, że wymyślenie czegoś takiego jest proste? - tu zapada chwila ciszy - Chociaż czekaj ja coś wymyślę. Myślałem jakoś, ale nie mogę nic takiego wymyślić... Mam!
Rozłożona bluza w jednej sekundzie wylądowała na ziemi. Wysypaliśmy na nią grzyby. Makumba lewą dłonią złapał oba rękawy bluzy, prawą zaś sięgnął do kieszeni spodni. Dźwięk rozrywanej taśmy izolacyjnej. Od teraz rękawy robiły za pasek nośny. W dalszej kolejności Makumba skrupulatnie zapiął guziczek po guziczku. Przenośna torba na grzyby zdaje się być gotowa. Pomysł wart zapamiętania na przyszłość. Zostaje jedynie sprawdzić, czy wytrzyma. Makumba podnosi torbę własnej produkcji. Następuje chwila prawdy. 
- Yyy nie uniosę tego - stwierdza. W jego głosie słychać niebywałą pewność. - Zrobiłem tą torbę z bluzy, więc nie narzekaj na jej komfort. Ewentualnie jego brak. Jest dobra? - pyta Bartka.
- Jest brak - odpowiada tamten.

Do Niestachowa zostało ponad 2 km. Torba ciążyła jak wór ziemniaków.
- Przecież jakby ktoś nas na tym szlaku spotkał, to jak jakiś psychopatów. Niosą kurdę koszulę z grzybami na kiju, jeszcze "Szklanek" słuchają - puentuje Raku.

Grzybowe łowy

Myśliwi ze zdobyczą

czwartek, 23 stycznia 2020

Wycieczka nr 61: WŚRÓD KORON DRZEW I SKAMIENIAŁYCH WYDM


18.01.2020

Skład: Oliwka, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Serbinów - Jezioro Ług - Zaborowice - Mniów - Kłm. "Jaźwiny" - Przyjmo - G. Gomek - Bobrza - Kłm. Wykień - Wykień, ok. 23 km

Czasem pomysły na wycieczkę rodzą się tak niespodziewanie, że nie sposób przewidzieć, co stanie się inspiracją kolejnej wyprawy. Tym razem ciekawe miejsce, które wydało mi się warte odwiedzenia, odkryłem wspólnie z kolegą  na poniedziałkowych zajęciach praktycznych, podczas których poszukiwaliśmy sideł pozostawionych przez okolicznych kłusowników. Nie mając jednak zbyt dużo czasu, postanowiliśmy przyjechać tu znowu, lecz tym razem lepiej poznać okolicę.
I tak planowana z ponad tygodniowym wyprzedzeniem trasa sobotniej wycieczki, w mgnieniu oka zeszła na boczny tor. O jej ostatecznym przebiegu ekipa dowiedziała się już w poniedziałek po południu. Czasami spontaniczne decyzje się opłacają, tak było i tym razem.
Wyruszyliśmy z Serbinowa, do którego dostaliśmy się busem spod kieleckiego dworca.
Dalej czekał nas dosyć długi i miejscami trudny technicznie odcinek trasy, którą starałem się pokonać, tak jak zapamiętałem podczas poniedziałkowego spaceru.
Pierwszym punktem orientacyjnym była ambona, znajdująca się przy skraju lasu.

Leśny totem

Dalej wędrówka nie była już tak łatwa, gdyż praktycznie nie poruszaliśmy się po żadnych ścieżkach. Na szczęście podmokły teren pełen błota, na dobre złapał przymrozek i tym oto sposobem mogliśmy suchą stopą dotrzeć do kolejnej ambony, która zdecydowanie odbiegała od innych.

Drewniany olbrzym

Widząc ją po raz pierwszy myślałem, że to jakiś domek na drzewie, lecz z bliska wszelkie moje wątpliwości przeminęły. Ta drewniana konstrukcja wznosząca się niemalże na wysokości koron okolicznych sosen, mierzyła od ziemi do podłogi... 10,6 m!

To zdjęcie pokazuje, że tutejsza ambona znacznie odbiegała od standardowych rozmiarów

Jednak rozmiary nie były adekwatne do jej prowizorycznego wykonania. Jak wiadomo w naszej ekipie nie brakuje odważnych osób. Jako pierwszy ambonie stawił czoło Raku. O ile będąc jeszcze w połowie długości drewnianej drabinki nie odczuwało się niczego nadzwyczajnego, o tyle już w 3/4  przy każdym, nawet najmniejszym podmuchu wiatru - ambona chwiała się na boki. Pod sam koniec wspinaczki czekały do pokonania trzy niezwykle cienkie, drewniane szczeble, którym zbytnio nie ufając, zrezygnowałem z dalszej wspinaczki. Do środka ostatecznie weszli Raku, Oliwka i Bugli.


Rozpadająca się podłoga, czy przechylona na lewą stronę budka, to tylko kilka z przeszkód, które musieli oni pokonać. A po co to wszystko? Po pierwsze dla dużej dawki adrenaliny, a po drugie dla wspaniałych widoków na miejsce, na zobaczenie którego z bliska już nie mogłem się doczekać.

A tak widoki prezentowały się z najwyższego punktu ambony
Foto: Raku

A tutaj już z samej góry
Foto: Bugli

Zazwyczaj na naszych wycieczkach główne atrakcje stanowią skałki, kamieniołomy, czy opuszczone miejsca. Tym razem choć przez chwilę postanowiłem zerwać z tradycją, dzięki czemu do spisu obowiązkowych atrakcji wycieczkowych dołączyły... torfowiska.


Nad brzegiem jeziora
Żurawina błotna

Podobno chodzenie zarówno po nich jak i po bagnach bywa wciągające ;) Muszę się z tym w zupełności zgodzić. Karłowate sosny i żółte darnie przygiełki białej, sprawiały wrażenie jakbyśmy chodzili po sawannie, zaś urokliwe jeziorka dodawały malowniczości do tego niezastąpionego klimatu.

Foto: Raku

Foto: Raku

Przygiełka biała




W świętokrzyskiej sawannie

Foto: Raku

Jeśli chodzi o samo jeziorko jest ono miejscem częstego bytowania, m.in łosi, których świeże ślady zauważyliśmy na drugim brzegu.


Powstało ono podczas zlodowacenia, a swój kształt obecny zawdzięcza dawnemu wyrobisku torfu, które działało tutaj w XX wieku. Takie miejsce nadaje się wręcz idealnie na zrobienie dłuższego odpoczynku.

Krótka lekcja botaniki
Foto: Raku

Nie zabrakło na nim oczywiście szalonej zabawy, którą zawdzięczaliśmy zamarzniętej tafli jeziora.

Foto: Oliwka

W niewielkiej odległości od niego natrafiliśmy na czynną piaskownię, a niecały kilometr dalej na kolejne wyrobisko, tym razem wyglądające już na nieczynne.

Przy pierwszej piaskowni

Foto: Raku

Rozbitek na wyschniętym morzu


Dalej czekała nas wędrówka szlakiem żółtym aż do Mniowa, gdzie przeszliśmy na chodnik.

Kościół Św. Stanisława w Mniowie

Tym razem jednak kalosze zbytnio się nie przydały
Foto: Raku

Jeszcze przez długi czas towarzyszyły nam co chwila przejeżdżające samochdoy. Na szczęście pojawiła się ścieżka, która wprowadziła nas wprost do lasu. A w nim natrafiliśmy na dawny kamieniołom Jaźwiny.


Buk z fantastycznie pokręconymi korzeniami


Mimo, że za wiele się w nim nie zachowało, to sama okolica jak i jego otoczenie, pozwoliły nam na krótkie złapanie oddechu i wyruszenie w dalszą podróż.


Mimo dodatniej temperatury w niektórych miejscach zachowały się jeszcze lodowe sople



Niewyraźna ścieżka prowadząca górą wyrobiska zaprowadziła nas na sam szczyt Góry Raszówki, na zboczach której znajdowało się sporo pozostałości po dawnych technikach wydobywczych.


Jeszcze przez jakiś czas mogliśmy nacieszyć się leśną wędrówką.

Rozłożysty dąb

W oddali wypatrzyłem jednak kolejną ambonę, która znajdowała się na tyle blisko, abyśmy mogliśmy do niej zajrzeć. Wnętrze miała powiedziałbym luksusowe. Ocieplona od środka, z miękkim skórzanym fotelem i szybkami w oknach - zupełne przeciwieństwo poprzednich.

To się nazywa profesjonalna ambona!

Z sąsiednich pól przy dobrej widoczności powinna rozciągać się całkiem przyjemna panorama, jednak nasza widoczność znacznie ograniczała widoki na okolicę.



Dalsza podróż miała przebiegać już bez komplikacji, jednak za sprawą dwóch dzikich psów, które zatarasowały nam drogę, musieliśmy wybrać okrężny wariant przez chaszcze, który ostatecznie i tak wyprowadził nas do miejsca spotkania czworonogów. Te jednak gdzieś zniknęły, przynajmniej na czas, kiedy tamtędy przechodziliśmy. Polna droga się skończyła i znowu pojawił asfalt. Przeważnie nie dzieje się na nim nic ciekawego, ale tym razem mieliśmy okazję "pogadać" z indykami, które na każdy nasz dźwięk przypominający ich odgłos, chórem odpowiadały gulgotaniem. Gdy po raz kolejny znaleźliśmy się w lesie, rozpoczęliśmy wspinaczkę najpierw na zbocze Bobrskiej Góry, a następnie po zaliczeniu szczytu góry o nazwie Gomek, wydostaliśmy się na drogę w Bobrzy.


Widoki z porośniętych tarniną zboczy Góry Gomek
Krótka wędrówka wsią zaprowadziła nas wprost pod same ruiny dawnego Zakładu Wielkopiecowego, z którego bez wątpienia jedną z najbardziej okazałych pozostałości jest mur oporowy.




W tym miejscu byliśmy już w 2018 roku, wtedy jednak nie było wystarczająco dużo czasu na zobaczenie całego kompleksu. Wspinaczka na mur jak i odwiedzenie dawnej węglarni są zawsze naszym punktem obowiązkowym przy zwiedzaniu tego obiektu.

Na to zdjęcie musieliśmy poczekać ponad rok. Było warto.







Kolejne kilometry upłynęły nadzwyczaj szybko i przyjemnie za sprawą Bobrzy, wzdłuż której wędrowaliśmy.



Ślady działalności bobrów nad Bobrzą w Bobrzy ;)


Ciągle w drodze

Ostatnią atrakcją wycieczki był kamieniołom Wykień, gdzie mieliśmy okazję już się powspinać rok temu. Po drodze do niego odwiedziliśmy jeszcze niewielkie źródełko.


W dostaniu się do wyrobiska znowu przeszkodziła nam grupka dzikich psów, które wyglądały zdecydowanie groźniej niż ostatnie. Co chwila głośno szczekały i nie bojąc się nas w ogóle; za każdym razem, gdy odwracaliśmy się do nich plecami, próbowały za nami podążać. Nie wyglądało to ciekawie. Pomógł dopiero okrzyk Bugliego i słowo ''trzy'' wypowiedziane przez Oliwkę, którego zawsze używamy do uciszenia psów szczekających na trasach.  Po licznych przygodach dotarliśmy wreszcie do kamieniołomu, gdzie czekała nas upragniona godzinna przerwa połączona ze wspinaczką.



Tajemnicza konstrukcja

Aż strach pomyśleć kiedy nastąpił obryw tego ogromnego głazu

Niedawno dowiedziałem się, że swoje niezwykłe kształty kamieniołom zawdzięcza tzw. "skamieniałym wydmom"



Podróż powrotna na przystanek także nie obyła się bez niespodzianek. Śliska droga na dół w połączeniu z nieuwagą Oliwki, sprawiła, że wylądowała ona w błotnistej kałuży. Na szczęście podczas upadku nic poważnego się jej nie stało, no może poza nową, brązową barwą leginsów, która na dobre zamaskowała ich wcześniejszy jaskraworóżowy kolor. Nim znaleźliśmy się na przystanku, wszelkie ślady błotnistej przygody zostały skrupulatnie wytarte. Oczywiście zgodnie z tradycją wędrując po Wzgórzach Tumlińskich musieliśmy trafić na deszczyk, który jednak okazał się być przelotny.