Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płaskowyż Suchedniowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płaskowyż Suchedniowski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2022

Wycieczka nr 110: ADAMÓW. UŚPIONE MIASTO

 11.09.2021

Trasa: Styków Iłżecki PKP - Adamów - Rez. Skałki pod Adamowem - Skałki Adamów-Północ - Styków Iłżecki PKP, ok. 10 km

   Wyrwaliśmy się ze świata zalanego morzem tłumów pędzących za niczym. Ze świata, gdzie na ulicach unoszą się opary hałaśliwego zgiełku. Z dala od pstrokatych billboardów, reklam krzyczących na każdym kroku, co kupić, jak się modnie ubrać, gdzie zjeść. Staliśmy się uciekinierami z betonowych miast. Gotowymi na spotkanie z krainą, która tkwi pogrążona w wiecznej drzemce od milionów lat. Z uśpionym miastem...

  Którą ze ścieżek wybrać? Prawą, czy też może  lewą? Przestrzegali, że lepiej trzy razy skręcić w lewo niż raz w prawo. Zatem decyzja może być tylko jedna: idziemy prosto. Na przełaj. 
  Od strzelających w twarz gałęzi trudno się odpędzić. Gdzieniegdzie z pióropusza opadłych liści wychyli się jakiś podgrzybek, rzadziej borowik. Lecz długo nie pożyje, bo bystremu oku Rakowa nic nie umknie. 
  Z uśmiechem mijamy pamiętne miejsce, gdzie ugrzęzłem po kolana w bagnie. Wtedy - zima, każdy w puchowych kurtkach. Mróz trzymał się 10 kreski poniżej zera. Pomocna ręka Makumby uratowała mnie od zamienienia się w sopel lodu. Teraz - ponad czterokrotnie cieplej, kurtki wiszą w szafach i szykują się na nadejście jesieni, a my cieszymy się ostatnimi podrygami lata.

Grzybocepcja

Maślaczki do pary
Foto: Raku

  Coraz śmielej zanurzaliśmy się w zielone płuca uśpionego miasta pełne obwisłych paproci i skalnych ścian wyklejonych tapetą porostów. Nasze rozcapierzone dłonie szorowały szorstki w dotyku piaskowiec. Oczy z kolei nie potrafiły wyjść z podziwu jakich fantazyjnych form przybrały otaczające nas skały. Trudno pojąć, że rzeźbiarzem tego wszystkiego była sama natura. 
  Za młotek i dłuto służył jej wiatr, woda i czas. Przez tysiąclecia kreujące się kształty szlifowały miliony ziaren piasku i innych drobin niewidocznych gołym okiem. Im właśnie zawdzięczamy te intrygujące grzyby skalne, czy skamieniałe dzioby statków. Dzisiaj przechadzając się pośród nich, nie sposób ulec poczuciu maleńkości wobec przyrodniczego kunsztu, albo omal nie przypłacić go życiem. A było to tak...

Połączmy fakty. Spróchniała brzoza rosnąca nieopodal wysokiej skały - jest. Trasowy błazen niegrzeszący inteligencją na tejże skale z zamiarem oddania skoku - również. Resztę pozostawiam Waszej wyobraźni. 
Szczęśliwie łeb błazna wykazał nieco więcej rozsądku niż właściciel, przez co Bugli wylądował centymetry od ostrej krawędzi skały. Tak w ramach przestrogi przed głupotą.

  Odkąd Bugli uniknął przedwczesnej śmierci, dreptaliśmy wraz z biegiem lichej ścieżki, która lubiła sobie czasami ot tak zniknąć. Widać, że nieczęsto ktoś z niej korzystał i prędzej były to zwierzęta niż ludzie. Wygodni turyści rzadko zapuszczali się na wschodni kraniec zbocza. A szkoda. Omijało ich tym samym najlepsze.


  Promienie przenikały przez gęste połacie lasu. Do ziemi docierała tylko namiastka światła. Resztę opanowywał cień. Gra świateł oddziaływała na zmysły. Pobudzała wyobraźnię. 
  Ta doszukiwała się wśród skał ludzkich twarzy, zwierząt, bądź magicznych stworzeń. Zdawało się, że to wszystko to jakaś cywilizacja uśpiona w kamieniu dziełem magicznego zaklęcia, która czeka tylko dnia, by ożyć na nowo.

  Wystarczyło, że Słońce zaszło, a w momencie przedostawała się nieopisana atmosfera tajemnicy i mroku. Te same wizerunki twarzy, teraz o oczodołach przesyconych ciemnością, przestawały przypominać już ludzkie. Zwierzęta i magiczne stworzenia również znikały. W ich miejsce pojawiły się bestie o szczerzących paszczach. Szczeliny skalne dotychczas wyglądające jak wąskie uliczki, stawały się zaułkami ziejącymi chłodem. A potem wschodziło Słońce i wraz z nim wszystko powracało do normalności. Włącznie z autorem tej relacji.

Foto: Raku


  Co może wydawać się zaskakujące, skałki zaraz obok budowania sennego klimatu, znalazły również zastosowanie jako bawialnia. Otóż, nasze koziorożce nie mogły sobie wyśnić lepszego placu zabaw. Bo gdzież indziej poskakaliby z jednej skały na drugą. Pal licho, że dzieliła je głęboka na 6 metrów rozpadlina. Ważne, że niesłabnąca energia nastolatków wreszcie mogła znaleźć ujście i się zwyczajnie rozładować.
  Gdy tylko udało się przełamać blokadę i nabrać rozbiegu na ułamki sekundy rozmazane postacie z wyciągniętymi rękami zawisały w powietrzu. I jak w poklatkowym filmie, klatka za klatką opadały, kuląc się i kuląc. Później okolicę przeszywało plaśnięcie podeszw butów o skalne podłoże i konkurs skoków rozpoczynał się na nowo. 

   Ledwo pół godziny później padnięci ze zmęczenia, wylegiwaliśmy się na przyjemnie chłodnych skałach. Chillout do woli. Któż nam zabroni zaciągnąć się wonią igliwia, zasłuchać się w zlepek najróżniejszych głosów lasu? W takiej wiewiórce skrobiącej korę. W strącanych szyszkach, które lądują w miękkich poduszkach mchu. W Buglim naśladującym ryk wymarłego przeszło 65 milionów lat temu tyranozaura... Dobra, tego ostatniego akurat bębenki mogą nie przetrwać.

Siedmiomilowe buty

Mierzalność skoku

Piknik pod napięciem

  Istnieje sobie jeszcze trzecia, wschodnia grupa skałek. Wyizolowana od reszty, osamotniona i zapomniana. Ponadto wielu sądzi, że wymyślono ją na potrzeby mapy. Żeby było ciekawiej do niedawna nie znaleźlibyście stamtąd żadnych zdjęć. 
Naprawdę chciałbym napisać, że będziecie pierwszymi, które je zobaczą w Internetach, lecz ubiegły nas Świętokrzyskie Włóczęgi ;) 

Z początku nic nie wskazywało, że nasza misja zakończy się sukcesem. Najwidoczniej za wcześnie skręciliśmy. W rezultacie trafiliśmy na ścieżkę idealną dla koneserów chaszczingu. Pierwsze 5 minut nic. Po ośmiu - sukces. Potknąłem się o głaz. Oznaczało to, że skałki istnieją. Pytanie tylko, czy to byłoby na tyle.
  Im głębiej w las, tym słowo magia nabierało silniejszego wydźwięku. Głaz śpiesznie zastąpiły głaziory, te jeszcze większe głaziory, aż wreszcie wyłoniły się okapy, nisze, ambonki. Wprawdzie miniaturki tych, które widzieliśmy wcześniej, co nie zmienia faktu, że miejsce owiane sławą nieistnienia - jest. Co więcej, ma się całkiem dobrze. 

Łapa goryla 

Akordeon
 
  Zupełnie odmiennie miał się peron w Stykowie Iłżeckim, a ściślej położona tam kostka. Właściwie to miała się tragicznie. Do tego stopnia, że widok odstawionej fuszerki, obudził w Buglim zew budowlańca, który poczuł się winny czym prędzej poprawić mankamenty. Najwidoczniej skutki upadku miały działanie długofalowe. 

I tak oto Bugli zabrał się do roboty. Dłonie wręcz paliły mu się do pracy. Obracały brukowe kostki z rumuńską precyzją, jakby posiadły wieloletnie doświadczenie. Wygładzenie piasku patykiem, kostka, wygładzenie... i tak dopóki północne skrzydło stacji nie zostało wyłożone do końca, a na twarzy Bugliego nie zagościł uśmiech typowy dla majstra zadowolonego z wykonanej roboty. Brakowało tylko: Panie to się jeszcze zateguje. Ludzie mają gorzej i se chwalą.  

Jeśli więc kiedykolwiek przyjdzie wam czekać na pociąg w takim Stykowie Iłżecim, niech najdzie was refleksja nad tym, co aktualnie macie pod stopami. 

Będzie Pan zadowolony

niedziela, 4 września 2022

Wycieczka 108: OKO W OKO Z GEOLOGIĄ

28.08.2021

Skład: Marysia, Kamila, Wojtek, Bugli, Brajan, Raku i Ja

Trasa: Skarżysko Zachodnie PKP- Skałka Rejowska - Kłm. Gębury - Kłm. Kopulak - Suchedniów Północny PKP, ok. 12 km 

  Pisk hamulców. Pociąg wjeżdża na peron, gdzie zgromadziły się tłumy, jakich dawno w Kielcach nie widziałem. Biegną, prześcigają się nawzajem, szarpią z walizkami. Byle zdążyć, byle zająć dla siebie miejsce. Chaos. Tylko my idziemy jak gdyby nigdy nic - spacerkiem, bez pośpiechu. Nagle uświadamiamy sobie, że z pociągu nikt prawie nie wysiadł. A wiec stąd to całe zamieszanie. 
Prędko wlewamy się do środka wraz z tłumem. Stłoczeni. Po wolnych miejscach pozostaje tylko wspomnienie. 
  Ostatecznie lądujemy w przedziale dla rowerów. Nie jesteśmy jednak sami. Współpasażerowie zamiast letnich podkoszulków, mają pióra i gdaczą. Przedział dzielimy z... kurami. Subtelna różnica między nimi, a nami polega na tym, że kury siedzą ściśnięte w klatkach (całych dwóch). My zaś na podłodze. Białe pierze nieustannie fruwa nad naszymi głowami. Wnętrze wagonu przypomina pobojowisko po stoczonej bitwie na poduszki. Klimatyzacji brak. Natomiast do woli możemy cieszyć się pierwszorzędną sauną. Za sprawą kur przynajmniej nie śmierdzimy tak bardzo (co nie oznacza wcale). 
 
  I tak oto mija nam najbliższe 45 minut. W duchocie, dyskomforcie, ale i nadziei, że zaraz wysiądziemy. Po tym czasie drzwi wagonowej puszki wreszcie się otwierają. Nie tyle wychodzimy z niej, co wyskakuje z nadzieją, że nasze drogi prędko się nie spotkają. Zapominamy tylko o jednym: czymś przecież trzeba będzie wrócić. Teraz jednak, wtapiając wzrok w znajomy wiadukt, wszystko inne traci na znaczeniu. Chciałoby się krzyknąć Dzień Dobry Skarżysko! Dawno nas u Ciebie nie było! Lecz echo zmęczenia podróżą ciska na język tylko potok niecenzuralnych słów.

Największa ze skałek, tzw. Duży Stół wznoszący się na wysokość 7 metrów. Pas wychodni ciągnie się tu na długości około 250 metrów. Stanowi też doskonałą pamiątkę geologicznej przeszłości rejonów Skarżyska, która obrazuje takie zjawiska jak wietrzenie, erozja wodna, czy też eoliczna.
Foto: Raku

   Jeśli tylko dobrze poszukacie, to w Skarżysku znajdziecie wszystko. Od zakładów produkujących amunicję, przez zalew, a nad nim pokaźnych rozmiarów samoloty, helikoptery, śmigłowce, które już nigdy nie wzbiją się do lotu, po jedyne w Polsce, a może i w Europie - Oczy Ziemi. Skarżysko pozazdrościło samej Warszawie i posiada nawet własną Pragę. Tam, co prawda gangów nie uświadczycie, ale już na taką Skałkę Rejowską wejść możecie. Na jej widok niejeden warszawiak oblizałby się z podziwem.  
  Do skałki prowadzi plątanina dróżek. To bardziej, to mniej wydeptanych. Większość z nich początek bierze z ulicy Skalnej, bądź Pragi właśnie. Dotrzeć tu łatwo, o ile ma się pod ręką mapę lub nawigację. Nas jednak prowadziła ścieżka ze wspomnień. 
  Sędziwe dęby dbały, abyśmy mieli na czym zawiesić oko. Runo z kolei hojnie obdarowało nas grzybami, które wnet wpadały do łubianki po truskawkach. Wędrówka w takich warunkach stała się czystą przyjemnością dla każdego ze zmysłów. 

  Po kwadransie byliśmy u celu. Sama Skałka nie zawiodła. Wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętaliśmy. Te same schody wykute w piaskowcu, te same okno skalne, nawisy, wnęki, te same napisy wyryte w skale.... No może nieco bardziej zarosła. Za to wydaje się, że ubyło wstrętnych śmieci.
  Posiłek regeneracyjny, uzupełnienie straconych kalorii i w drogę. Kierunek: oddalone o blisko 3 kilometry, intrygujące Oczy Ziemi.

Widzę Cię
Foto: Raku

  Pewnie znajdą się tacy ciekawscy, co będą zachodzić w głowę i szukać zawzięcie o co chodzi z tymi całymi Oczami Ziemi. Otóż... 
  Jeszcze przed wojną w kamieniołomie wydobywano piaskowiec. Służył do budowy tutejszych dróg, nasypów kolejowych, czy też budynków (choćby Zakładów Metalowych w Skarżysku). W czasie ostatniej wojny kamieniołom posłużył również za tymczasową strzelnicę. Niemcy testowali tu swe nowinki militarne. Podobno kiedy w ich ręce wpadło jedno ze zdobycznych działek, natychmiast postanowili urządzić konkurs celności i postrzelać działkiem do skałek. Rezultatem tych działań są widoczne do dziś "oczy".  Ale to tylko teoria jakich wiele. Inna mówi o tym, że charakterystyczny kształt otworów to nic innego jak pozostałość po niegdysiejszych robotach strzałowych. Proszę ja Was w skale wiercono otwór, w którym następnie umieszczano materiały wybuchowe. Resztę robił dynamit, trotyl, czy co tam mieli pod ręką i mamy osobliwe kształty.
  Z kolei za chwytliwą nazwą "Oczy Ziemi" stoi zaprzyjaźniona grupa miłośników pieszych wędrówek po ziemi świętokrzyskiej - Świętokrzyskie Włóczęgi. Musicie przyznać, że działa ona na turystów niczym magnes. Ci ściągają do kamieniołomu z zaskakujących zakątków kraju. Są tacy, co zerkają pobieżnie na ścianę kamieniołomu, po czym zawiedzeni wracają do samochodów. Szczęśliwie to tylko jednostki. Zdecydowanie częściej widzi się całe rodziny, które zostają na dłużej, by skorzystać z infrastruktury przygotowanej specjalnie dla nich. Ot, choćby rozpalić ognisko i posiedzieć z dala od miejskiego zgiełku.

  Jedno z takich właśnie niedogaszonych ognisk zastaliśmy u bram kamieniołomu. 
  Rozsiedliśmy się dookoła płomieni tworząc okrąg. Rozmowy nie cichły. Usta bez przerwy rozchylały się w potoku słów. Zamykały się tylko w momencie, gdy w ich stronę nadlatywał jakiś owad. Ręce wyciągnięte nad żarzące się pale, zajmowały się opiekaniem smakołyków nabitych na kije. I wreszcie oczy. Roziskrzone nie tylko blaskiem ogniska, patrzyły jak kłęby popielatego dymu unoszą się ku koronom drzew, gdzie przechodziły przez słupy rozszczepionego jak przez pryzmat światła. Oglądało się to cudnie. Nawet najpodlejsza kiełbasa w takich okolicznościach smakowała jak danie z wykwintnej restauracji.


Foto: Kamila

Foto: Kamila

  Nasyciwszy żołądki, przystąpiliśmy do wspinaczki. Niemal od razu u stóp ściany kamieniołomu zgromadziła się mała widownia. Ciekawskie oczy turystów podążały w ślad za postaciami dwójki wspinających się chłopaków. Podobnie jak za ostatniej wizyty, troszku zmaltretowali oni Oczy Ziemi. Wdrapywali się po nich tak wysoko, jak było to tylko możliwe. Bez zabezpieczeń, ufając jedynie sile własnych rąk. Worek z magnezją dodatkowo zapobiegał ślizganiu się spoconych dłoni. Z kolei buty zapewniały nienaganną przyczepność. Oczywiście dało się obyć i bez tego. Wystarczyło być takim Bartkiem, który w bliższych kręgach nie bez powodu nazywany jest człowiekiem-pająkiem. 
  
Na ścianach kamieniołomu wytyczono kilka dróg wspinaczkowych. Każda z nich opatrzona jest cyferką wymalowaną czarna farbą na skale, która wyraża stopień trudności. Na zdjęciu Bugli walczy z V.

Gargulce dwa

   Słońce chyliło się ku zachodowi. Wysokie drzewa i ich rozłożyste korony tworzyły skuteczną powłokę, przez którą ostatnie z promieni przebijały się z trudem. Ospale zapadała szarówka. Gdzie nie postawić buta, tam kałuża na szerokość drogi. A ta rozmiękła, pełne kolein. Co poradzić, taka natura tutejszych lasów. Mokro, gliniaście, ale i pięknie. 
   Docieramy wreszcie do wyróżniającego się w terenie pasa usypanej ziemi. Przypomina nieco hałdę, więc albo nią jest i zaraz ujrzymy czynny kamieniołom, albo to tylko złudzenie. Wdrapujemy się pełni ostrożności. Nieśmiało wyłania się widok czerwonych skał skąpanych w miodowym świetle. Wyglądają znajomo, a zarazem zupełnie obco. Gdzie się podziały wszystkie ludziki w ochronnych kamizelkach, hałaśliwe koparki? Teraz zamiast nich wszystkich jest pordzewiały szlaban podniesiony na baczność, a za szlabanem rodzinka piechurów, których podobnie jak nas nie odstraszyły tabliczki z zakazem wstępu. Zupełnie jakbyśmy trafili do innego miejsca.
  Chcąc dostać się na dno wyrobiska, sforsowaliśmy mur z rozrzuconych bloków skalnych. Część z nich wyższa od nas samych. Inne w sam raz, by się poprzeciskać. Frajda przednia. 



  Da się zauważyć, że ostatnimi czasy popularność Kopulaka rośnie. Zwłaszcza w mediach społecznościowych. Bo ładnie wychodzi na zdjęciach, bo leży blisko, i prócz tego ma taką śmieszną nazwę. Która, uwierzcie mi na słowo, nie wzięła się znikąd. 
  Nim wyrobisko stało się lokalną atrakcją, eksploatowano tu tzw. piaskowiec pstry. Materiał ten był ceniony przede wszystkim w budownictwie. I w tym miejscu należy wspomnieć o pierwszym z właścicieli Kopulaka - Aleksandrze Wędrychowskim. W jego posiadaniu znalazły się również inne, pobliskie kamieniołomy. Aleksander od najmłodszych lat pałał zainteresowaniem do skał. Jak przystało na postać nietuzinkową, postanowił na własną rękę znaleźć inne od dotychczasowego zastosowanie dla wydobywanego surowca. 
  Niebawem odkrył, że ten konkretny rodzaj piaskowca na tle pozostałych wyróżnia się wysoką odpornością na działanie kwasów. Rozanielony sukcesem doświadczeń, wdrożył swoje przypuszczenia w życie. Jako prekursor zajął się wykładaniem czerwonymi piaskowcami wnętrza pieców kopułowych. Te potocznie nazywano kopulakami właśnie. Tak rozpoczęło się wielkie, piaskowcowe bum. Zakłady hutnicze biły się o miejsca w kolejce po surowiec, podczas gdy Aleksander obrastał w sławę i bogactwo. Trwało to, aż do jego śmierci.

  Ledwo obeszliśmy wyrobisko dookoła, pstryknęliśmy pamiątkową fotę, a ekipa zaczęła już ponaglać. I słusznie. Słońce dogasa. Zegarek wskazuje 14 minut do wcześniejszego pociągu. Zgrywus-kilometraż mówi: zaraz, zaraz do stacji to równe 2 kilometry zostały. No to w bieg.

Foto: Raku

Widok iście marsjański

Foto: Statyw

  Słychać tętent podeszw butów dudniących o kamienną drogę. Mkniemy przez las co sił, ile kto tchu posiada w piersi. Mijamy widzianą wcześniej rodzinkę turystów. Na nacierającą wprost na nich hordę nastolatków patrzą z przerażeniem. Krew pulsuje na skroniach. Co rusz zerkam w telefon, by upewnić się, czy jesteśmy na właściwej ścieżce. Potwierdzenie dostajemy po chwili - las zamieniamy na asfalt. Wreszcie widać pierwsze z zabudowań, a tam konie. Byle tylko dziewczyny się nie zorientowały, byle... Za późno. Dziewczynom załącza się syndrom koniary. Zatrzymują się przy zwierzętach, molestują ich grzywy, a nam zostaje tylko temu wszystkiego przyglądać się z pewnej oddali. 
  Nagle do płotu podchodzi gospodarz. Częstuje zerwaną śliweczką, zaprasza na herbatę i wtedy męską częścią grupy przerywamy niedoszłemu amantowi zaloty, mówiąc, że nam się śpieszy. Istotnie tak jest.
  Biegniemy na nowo. Zerkam na zegarek: 5 minut - 820 metrów. To już przesądzone. Nie zdążymy. Lecz nie poddajemy się tak łatwo. Plecaki podskakują, torba z aparatem także. Załączamy szósty bieg i napieramy. Kusi spojrzeć na zegarek, ale nie patrzę. Boję się, że zaraz potknę się, rozbiję sobie łeb i tyle z tego będzie. Zapalają się uliczne latarnie. Słyszymy dźwięk zamykających się rogatek. Widać przejazd! Brakuje może 100, może 80 metrów. Ledwo dysząc w ostatnich sekundach przebiegamy przez tory. Biało-czerwone rogatki opuszczają się tuż za nami. Wybrzmiewa syrena pociągu, po chwili widać jego samego. Pisk hamulców. Prócz zziajanych nas peron jest pusty. Otwierają się drzwi. Wskakujemy dziękując w duchu za 5 minutowe opóźnienie. I wycieczka kończy się jak zaczęła - chaosem. 

wtorek, 10 sierpnia 2021

Wycieczka nr 91: ECHA PRASTAREJ PUSZCZY

 10.04.2021

Skład: Oliwka, Kamila, Wojtek, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Kucębów Dolny - Kopcie - Rez. Świnia Góra - Kopalnia Ludwik - Rez. Dalejów - Stolnia - Brama Piekło - Piekło Dalejowskie - Żabów - Bliżyn, ok. 24 km

  Owczarek niemiecki zwariował na nasz widok. Biegał, skakał. Szczekał złowrogo, szczerząc ostre kły. Z psa zamieniał się w bestię. Betonowe ogrodzenie drżało. Napierał na nie, uderzając przednimi łapami. Powodowało to tępy huk. Płyta zaczęła nienaturalnie się wyginać i wyginać, aż w końcu pękła. Powstała podłużna szpara, przez którą wpadało światło. Stanęliśmy w bezruchu, szczerze wystraszeni. Nasze oczy jak w transie wpatrywały się w dalszy rozwój zdarzeń. Jeszcze jeden skok, mocniejsze uderzenie, a przęsło by tego nie wytrzymało. Nie zatrzymałoby go już wtedy nic, wyskoczyłby z siłą nie do opisania i ruszyłby wprost na nas. My z kolei nie ucieklibyśmy daleko, nie mieliśmy nawet gdzie uciec. Wkoło same domy, żadnych wyższych obiektów, na które dałoby się wdrapać. Szczęśliwie właściciele zdążyli zareagować w samą porę i złapali swojego pupila, nim ten ponownie podbiegł do ogrodzenia.

  Chwilę po tym wydarzeniu przyplątał się do nas kundelek. Wyglądał na wystraszonego, ale przyjaźnie merdał ogonem. Początkowo nie pozwalał się nikomu do siebie zbliżyć. Jak na przybłędę był  wyjątkowo zadbany. Napatoczył się i ani myślał rozstać. Od ostatnich zabudowań Kopci wędrowaliśmy już w siódemkę.

Dęby na Stawidłach

  Z lasu wyłoniło się pięć olbrzymów. Dęby na Stawidłach liczą przeszło 320 lat. Wciąż żyją i dają życie innym. Od niewielkich owadów, które zadomowiły się w drewnie, po ptaki przelatujące z gałęzi na gałąź, by w końcu uwić sobie gniazdka. 

  W tle słychać było dynamiczne dudnienie dzięcioła. Wkraczaliśmy w królestwo dzikiej przyrody. Oznaczało to, że przez najbliższe godziny czeka nas wędrówka rozległymi lasami. Śledziliśmy wzrokiem odbite na mokrym piasku tropy. Jednak żadne ze zwierząt, które je zostawiło, nie chciało się pokazać. 

  Dalej podążaliśmy bez szlaku. Prowadziła nas szeroka droga, przebiegająca tuż przy granicy rezerwatu. Właściwie to nie potrzebował on czerwonych tabliczek, by już z daleka rzucać się w oczy. W zupełności wystarczyła mu ściana wysokich jodeł, buków i modrzewi. Dziesiątki powalonych stu, a nawet dwustulatków. Staruszkowie strzegący wejścia do serca puszczy, które biło tym mocniej im bardziej zagłębialiśmy się w ścisły obszar rezerwatu.

Zapałki

  Z zadartymi głowami przyglądaliśmy się sukcesji tego miejsca. W górę wystrzeliwały pnie drzew. Tak wysokie, że czasem trudno było objąć je całe wzrokiem. W warstwie runa sterczały spróchniałe pniaki. Pokrywały je kobierce mchów i barwnych porostów. Idąc dalej, uważaliśmy, by przypadkiem nie wpaść do jednego z wielu wypełnionych wodą dołów rudnych. Ten las był inny od wszystkich, w których dotychczas byliśmy. Był wyjątkowo stary, stwarzał wręcz wrażenie pierwotnego. 

Foto: Raku

Odbicie

  Jego ponadprzeciętne wartości zaczęto dostrzegać jeszcze pod koniec lat 30-tych ubiegłego wieku. Odkryto wtedy stanowisko liczydła górskiego, gatunku niezwykle rzadkiego w skali regionu. Odkrycie to niejako przyczyniło się do objęcia ochroną najpierw niewielkiego fragmentu lasu, gdzie występowała ta roślina. Niecałe 20 lat później utworzono rezerwat. 
  Chroni on jeden z najpiękniejszych drzewostanów w kraju. Znajdują się tu niemal wszystkie typy siedliskowe lasu, a średni wiek drzew wynosi ok. 200 lat. Na obszarze rezerwatu występują 383 gatunki roślin naczyniowych, drzew i krzewów. Wiele z nich jest zagrożonych wyginięciem. A ponadto 70 gatunków porostów i 100 mchów, w tym prawdziwa osobliwość przyrodnicza, czyli mech świecący w ciemności. Czasami tereny te odwiedza też wataha wilków, która w tutejszych lasach nie ma naturalnych wrogów.

Żywiec dziewięciolistny. Gatunek typowy dla siedlisk górskich.


   Grupa zatrzymała się na skraju ścieżki. Patrzyli w głąb lasu. Domyślałem się, że w tym kierunku przed momentem uciekło jakieś zwierzę. Nie wiedziałem jeszcze jakie. Kamila opisała mi je na tyle dokładnie, że mogłem zwizualizować sobie je w głowie. Wszystkie podane cechy pasowały do głuszca. Wydawało się to wręcz nieprawdopodobne, gdyż nie był on widziany w tych okolicach od dziesięcioleci. Elektryzowało to jeszcze bardziej i po chwili ruszyliśmy tropić zbiega.
  Wojtek z Kamilą wyposażeni w lornetki, które w tak gęstym terenie jak ten, rzadko kiedy pomagały, a ja w aparat, skradaliśmy się po cichu. Uważaliśmy z całych sił, by przypadkiem nie stanąć na jakiś suchy patyk i nie narobić niepotrzebnego hałasu. Parę kroków później coś gwałtownie wzbiło się do lotu, po czym niespodziewanie opadło kilkadziesiąt metrów dalej, znikając z zasięgu wzroku. Sytuacja powtarzała się za każdym razem, gdy zbliżaliśmy się zbyt blisko do ptaka. W końcu, dzięki niewielkiemu prześwitowi, udało się lepiej przyjrzeć i rozpoznać w nim jarząbka.

  Zielone połacie czosnku niedźwiedziego wydzielały aromatyczny, lekko ostry zapach. Stawał się jeszcze bardziej intensywny, gdy tylko liście potarło się w palcach. Wkrótce przesiąkliśmy nim wszyscy.



  Pod rampą przystanęliśmy na dłużej. Tu i ówdzie czegoś brakowało. Wysoki na cztery metry kamienny murek, miejscami rozpadał się pod wpływem przerastających go korzeni. Mimo że, był w stanie ruiny, nadal stanowił pozostałość po niegdysiejszej świetności kolejki. Dochodziło tutaj do przeładunku towaru na niższy tor. W bliskim sąsiedztwie rampy znajduje się teren po dawnej kopalni Ludwik. Do dziś zachowało się jeszcze wiele szybów górniczych, i co warto zaznaczyć, niektóre z nich nadal są otwarte.

Foto: Raku

Przybłęda
Foto: Raku

  Wciąż jednak nasze głowy zaprzątnięte były tym, co zrobimy z psem, kiedy wycieczka dobiegnie końca. Przecież raczej nie wróci on lasem z Bliżyna do Kopci, a żadne z nas nie ma możliwości zabrania go do własnego domu. Problem rozwiązał się sam, kiedy dotarliśmy pod dziwną, zieloną ambonę. Wtenczas przechodziła tamtędy grupka starszych pań. Zaintrygowane tym, że wspinamy się po metalowej drabince myśliwskiej konstrukcji, cierpliwie poczekały, aż zejdziemy i postanowiły zrobić to samo. Przybłęda zainteresował się nimi do tego stopnia, że zapomniała kompletnie o nas. Potem odwracaliśmy się jeszcze kilkukrotnie, lecz psa za nami nie było. Wszystko wskazywało na to, że znalazł sobie nowych tymczasowych właścicieli.


  Zbliżaliśmy się do kolejnego rezerwatu. Dalejów powołano do istnienia w 1978 roku. Ochroną objęto tu drzewostan z dużym udziałem rodzimego modrzewia polskiego. Podobnie jak w przypadku Świniej Góry jest on pozostałością po dawnej Puszczy Świętokrzyskiej.


   Teren rezerwatu od początku XVI wieku był miejsce wydobycia syderytów. Na początku lat 90-tych XIX wieku, młody przemysłowiec Antoni Wędrychowski założył pierwszą kopalnię. Wybudował nawet tor kolejki wąskotorowej. Łączył on pobliskie piece w Rejowie i Parszowie, gdzie dostarczano rudę, ze stacją w Suchedniowie. Woda z kopalni odprowadzana była przy pomocy kanału odwadniającego o głębokości 4 metrów. Jego 200 metrową pozostałość możemy odnaleźć na mapach pod nazwą Stolnia.


   Kiedy inni zajęli się dynamiczną sesją fotograficzną w ruchu, ja równie dynamicznie biegałem po lesie, w poszukiwaniu otwartych szybów górniczych. Miałem nadzieję, że uda mi się znaleźć takie, do wnętrza których będziemy mogli wejść. Zaglądałem na wyróżniające się w terenie usypane pagórki. Te okazywały się hałdami. Efektem poszukiwań było zobaczenie paru zagłębień w terenie, z których wszystkie były zaspane. Krążą opowieści, że właśnie w nich mają znajdować się szczątki zlikwidowanych przez oddziały leśne kolaborantów.


   Wychodząc z rezerwatu, dostrzegliśmy dwójkę piechurów wyłaniających się z krzaków. Szli przez największy możliwy gąszcz, walcząc z podmokłym terenem. Równolegle do nich biegła wydeptana ścieżka, do której właśnie zmierzaliśmy. Widząc nas, ożywieni zaczęli rozmowę.
- Czyli nie tylko my zabłądziliśmy - mruknął, po czym na jego twarzy namalował się uśmiech.
- Patrz, tam jest szlak! Mówiłem Ci, że dobrze idziemy - rzekł triumfalnie wyższy.
    Nasze drogi po chwili się przecięły. My udaliśmy do Bramy Piekło, a oni w kierunku, skąd dopiero co przyszliśmy.


  Na temat tego w jaki sposób powstała istnieje wiele domysłów. Jedne mówią o tym, że skalna szczelina stworzyła się w wyniku rozsuwania się fragmentów progu skalnego pełznących po zboczu wzniesienia. Do grawitacyjnych ruchów skał przyczynił się lodowiec. Podczas ostatniego zlodowacenia napierał on na głaz tak silnie, że ten nasunął się na kształtującą się szczelinę. Jak większość obiektów jaskiniowych zbudowanych w piaskowcach, tak i ten jest formą pseudokrasową, w której erozja wodna odegrała niewielką rolę.



  Inna hipoteza zakłada, że w celach kultowych blok skalny nasunęli ludzie. Zagadkowa geneza pochodzenia Bramy Piekło i jej unikatowy kształt, stały się później inspiracją dla wielu podań ludowych i niemałą atrakcją skłaniającą turystów do błądzenia po suchedniowskich lasach.

Foto: Raku

W komplecie
Foto: Statyw

  Słońce przebijało się przez gęsto zbite korony drzew. Słupy światła rozświetlały potok ospale płynący obniżeniem terenu. Całe jego dno usiane były drobnymi kamyczkami, które piętrzyły wodę, tworząc miniaturowe bystrza. Dalej droga stawała się jeszcze bardziej błotnista. Wędrówce zaczęły towarzyszyć kałuże, często zajmujące całą szerokość ścieżki.  

Zebrza

Ciekawa deformacja świerka spowodowana prawdopodobnie przez chorobę spowodowaną działalnością jednego z patogeniczncych grzybów
Foto: Bugli

  Na prawo powoli rysował się kształt wzgórza o łagodnie opadających zboczach. Porastały je niskie krzaczki borowiny. Nieco później pojawiły się wychodnie piaskowców dolnotriasowych. Ścieżka, którą wędrowaliśmy skręciła za jedną z nich i skierowała nas wprost do skalnych wrót. Był to dopiero przedsmak tego, co mieliśmy niebawem zobaczyć.

Kolejka
Foto: Bugli

U wrót

  I tak znaleźliśmy się w skalnym labiryncie pełnym tuneli, podziemnych pustek i przejść ukrytych w skałach. Gładząc dłońmi chropowatą powierzchnię omszałych ścian, przemierzaliśmy kolejne metry tej cudownej krainy. Z góry efektownie opadały liście paproci, które przypominały wiszące ogrody. 





 Największą ciekawostką Piekła Dalejowskiego są jaskinie. Łącznie zinwentaryzowano ich tutaj 8. Choć nie imponują rozmiarem, nadrabiają oryginalnymi nazwami, takimi jak: Piwnica Zamkowa, czy Rajska Brama. W czasie wojny stanowiły schronienie dla żołnierzy, dzisiaj przed światłem ukrywają jedynie roje uśpionych komarów i ćmy.

Rajska Brama

A tu jej wnętrze

Po prawej stronie wejście do Płaskiej Jamy (3,5 m)
Foto: Bugli

  Wciskaliśmy się w dziury, pstrykaliśmy zdjęcia. Kadry przepełniały niepoważne miny. Bawiliśmy się świetnie, badając nowe zakamarki. I pewnie zostalibyśmy tu dłużej, gdyby nie uciekający czas do powrotnego busa.

Przydrożna składnica