15.06.2019
Skład: Kędzier, Brajan, Locht, Bugli, Raku i Ja
Trasa: Bocheniec - Czubatka - Bolmin - Jedlnica - Korzecko - Chęciny, ok. 21 km
Ewolucyjna przeszłość ciągnie człowieka do harców wśród koron drzew. Czasem lubi on od tak pokołysać się na gałęzi, opleść każdą z kończyn pień i wyjrzeć wzrokiem na to, co przez gęstwinę z dołu zdawało się nieuchwytne. A przynajmniej my tak mamy. Nieraz odnoszę wrażenie, że podczas wycieczek wychodzi z nas ta prymitywna, wręcz małpia natura przodków.
| Foto: Raku |
Widoki w kierunku wschodnim
Foto: Raku |
Wreszcie jednak natrafiliśmy na tyci prześwit. Za siatką maskującą złożoną z liści i bujnych krzewów przebijał się mur białych skał. Pozostało wdrapać się na jego postrzępiony grzbiet.
Grań była miejscem osobliwym. Wyglądała jak wyizolowana skalna wysepka, która osiadła pośród morza zieleni. Znad przepaści wyrastały karłowate sosny o gałęziach powykręcanych w nierealne kształty. Pachniało dziką różą.
Wędrówka wąziutką granią za nic w świecie wędrówki nie przypominała. Ocierała się o granicę balansowania, a parkouru. Zdarzało się, że jedyną szansą na ruszenie się wprzód było oddanie skoku nad przepaścią w nadziei, że się doleci i żaden z kolczastych krzaków nie pochwyci cię w locie.
Zbliżała się dziesiąta, gdy połowa z ekipy rozsiadła się wygodnie pośród konarów rozłożystego dębu i rozpływała nad smakiem yerby. Z poziomu wiszącej ambony mieli oni doskonały widok na harce tej bardziej nieokiełznanej części paczki. Trwało to najwyżej kilka siorbnięć z matero, a na śródleśnej polanie zaczęła mieć miejsce błazenada nosząca znamiona tubylczych obrzędów.
|
| Mała Dziurawa Studnia widziana z góry |
Stanęliśmy naprzeciw siebie ja, Brajan i Kędzier. Każdy w równych odstępach od kompana z lewej. Byliśmy jak trzy wierzchołki niewidzialnego trójkąta. Jak rewolwerowcy rodem z dzikiego zachodu. Czekaliśmy aż padnie komenda. Tętno przyspieszało, napływało gorące podniecenie, patrzyliśmy po sobie i wtedy niespodziewanie dla wszystkich wrzasnąłem. Zaczęła się niebezpieczna rozgrywka pozbawiona zasad i logiki.
Wybiłem się sprężyście z ziemi, a gdy byłem już wystarczająco wysoko w powietrzu, zamachnąłem się, po czym uwolniłem zacisk dłoni. Postawiona na sztorc dzida wzniosła się wysoko nade mnie i poszybowała ku niebu kręcąc się wokół własnej osi. Był to sygnał do ucieczki. Naraz rozbiegliśmy się na trzy strony świata. Ile wlezie, by nie dosięgnął nas deszcz opadającej dzidy.
| Bugli,Raku i Locht na starej ambonie |
Na dole też się nie nudziliśmy...
Foto: Raku
|
Z racji, że ogólnych zasad nie ustaliliśmy na wstępie zabawy, przegranego wyłoniliśmy drogą głosowania. I tu bez fajerwerków. Padło na mnie. W ramach kary zostałem nawleczony na tą samą dzidę i niczym upolowana zdobycz, przeniesiony tak daleko jak pozwalała na to wytrzymałość dzidy. Na moje szczęście dzida na krótko po dźwignięciu mnie pękła z trzaskiem. A wszystkiemu temu przyglądał się bacznym okiem pracujący na sąsiednim polu rolnik. On też wskazał nam później drogę do kolejnego miejsca, które podobno niedawno nam zamurowano.
| Foto: Raku |
No, ale jak zamurowano? Tak zwyczajnie. Zabytkowy dwór obronny przeszedł w ręce prywatnego właściciela. Ten uznał, że zwiększy jego obronność zamurowując wszelkie możliwe okna, szczeliny i otwory. Bo jak robić to z rozmachem. Jak postanowił, tak też zrobił. Chłop poniosła fantazja i do remontu użył o zgrozo czerwonej cegły. Nie ma się więc co dziwić na widok wybitych klinkierówek - świadectwa irytacji tych, którym szpetota nie była obojętna.
|
|
Co prawda w lesie zyskaliśmy upragnione schronienie w cieniu, jednak w pakiecie z kąsającymi komarami. Nachalni krwiopijcy zlatywali chmarami, a następnie zbijali w kłęby uprzykrzając jakikolwiek przystanek. Nie było innego wyjścia jak iść i w żadnym wypadku nie przystawać. Chyba, że chciało się zostać zeżartym żywcem.
I las się skończył. Powróciły gorące, otwarte przestrzenie. Mętne spojrzenia goniły za skrawkiem ciemnej plamy rzucanej przez drzewa, słup, znak drogowy, grubego kolegi po prawej. Zadowoliłyby się dosłownie czymkolwiek, ale i tego czymkolwiek nawet nie było. Upał powoli kreślił na nas krzyżyk.
| Wejście do Schroniska Szklarków |
Może nie takiej znowu ciemnej. Z latarkami to zadanie znacznie prostsze niż, kiedy przyszłoby nam działać z prehistorycznymi pochodniami. Wślizgujemy się więc wreszcie. Jest niewyobrażalnie lepko, zalatuje stęchlizną, lecz każda z tych niedogodności chowa się w obliczu nierealnego chłodu. Zażywamy jaskiniowej kąpieli. W momencie gdy pozostanie na zewnątrz ukropu grozi zamienieniem się w stek o najwyższym stopniu wysmażenia, tam pod ziemią niezmiennie panuje lodówka. Ponad 20 stopni różnicy daje orzeźwienie lepsze niż w reklamach Hallsów.