Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Czorsztyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Czorsztyn. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 sierpnia 2022

PIENINY 2021: Z GŁOWĄ W CHMURACH

 29.07.2021

Trasa: Kluczkowce - Wdżar - Kuternogowa - Lubań - Średni Groń - Jaworzyna Ligasowska - Czyrteż Grywaldzki - Kotelnica - Marszałek - Kopia Górka - Krościenko nad Dunajcem, ok. 16 km

  Początek zaskakiwał... nudną. Żadnych busów widmo. Choć jednej rozwścieczonej sowy, którą naszła ochota, by napędzić komuś stracha. Nic więc, absolutnie nic, co pasowałoby do jedynego w swoim rodzaju wycieczkowego klimatu. 
  Wszystko zmieniło się z chwilą zdobycia szczytu Góry Wdżar, kiedy to mieliśmy przekonać się na własnej skórze, że górska pogoda bywa zmienna.

  Wystarczyło sięgnąć pamięcią kwadrans wstecz, by dostrzec rozżarzoną plamę Słońca, jaka smażyła nasze plecy. Wówczas marzyliśmy tylko o jednym - żeby zaszła ona jak najprędzej i przestała uprzykrzać włóczęgę. Niebawem, ku uciesze wszystkich tak też się stało: w sekundzie niebo ściemniało, wypełniając się popielatymi obłokami. Mimo to upał pozostał. 
  Za sobą zostawialiśmy widoki jak z pocztówki. Pejzaże, w których tafla wody przeplatała się z falistymi polami, pasami miniaturowych domków, a te kontrastowały ze średniowiecznymi ruinami strzegącymi okolicy. 
  Na usta cisnęły się wszelkiej maści słowa zachwytu, ale musiały one ustąpić jękom zmęczenia.    

Czorsztyńskie ruiny na pierwszym, a Jezioro Czorsztyńskie na drugim planie.

Panorama jaka rozciągała się z północnego zbocza Wdżaru 

  Nim się spostrzegłem, znalazłem się w tyle za innymi. Reszta grupy przepadła jak kamień w wodę. Było to w połowie podejścia. Jego kulminacja miała dopiero nastąpić, lecz stromizna nie zwlekała dłużej, by dać w kość. Nie pozwalała przystanąć, tylko pięła się w swej zawziętości i pięła. Na nic zdało się narzekanie, że ile tak można pod górę, wszak z każdym dniem siły ubywało, a nie przybywało. 
  W bólu współtowarzyszyły mi słuchawki. Ileż to radochy przyniosły, gdy razem z nimi w uszach rozgościła się muzyka. Dzięki niej wszelkie przeciwności niewytłumaczalnie uleciały. Powróciła lekkość kroku, plecak zdawał się ważyć mniej niż nic. Oto sekret jak udało mi się dogonić wpierw maruderów, a w dalszej kolejności sprintowców. Im również brakowało tchu. Twarze koloru przejrzałego pomidora mówiły za nich. Sam wyglądałem nie lepiej. Można się pokusić o stwierdzenie, że nawet gorzej. 
  W końcu z mrocznego lasu, przebiliśmy się do strefy enigmatycznej mgły. Wyżej były już tylko chmury. Szczyt w nich tonął. Drewniana wieża przekornie nazwana widokową, przywodziła na myśl skojarzenia z morską latarnią wskazującą drogę zbłąkanym marynarzom. 
  Nasze policzki chłosnął porywisty podmuch. Wiatr zamiast rozwiać chmurzyska, skumulował je wokół wieży. Tym sposobem otuliły ją niczym puszysta kołderka. 
  Po złapaniu kilku głębszych oddechów, ruszyliśmy jej na spotkanie.   

Baza namiotowa pod Lubaniem. Godzina 11:45

  Slalomem przecięliśmy pole namiotowe, po czym przystąpiliśmy do ataku na wieżę. Stawiała niemały opór. Z każdym krokiem robiło się nieprzyjemnie lodowato. To uczucie dodatkowo potęgował wiatr, który wraz z wysokością przybierał na sile. Bombardował to liśćmi, to drobinami pyłu, którymi ciskał prosto w nas. Schodek po schodku - ludzie stawali się mrówkami, namioty zmieniały się w mrowiska.
  Na wysokości szóstego piętra wieżowca świat przysłoniła nieprzezroczysta pleksa. Widoki nie tyle co nie powalały, co zwyczajnie było ich brak. Tak to wyglądało z perspektywy kogoś, kto znalazł się w chmurze, czyli nas. 
  Przeżycie ocierające się o abstrakcję. Niby mogliśmy wyciągnąć przed siebie rękę i zanurzyć ją w chmurze właśnie, wyobrażając sobie, że lecimy sobie... a co się będziemy ograniczać, po Nibylandii. Z drugiej jednak strony z tyłu głowy siedziała myśl, że chmury to nic innego, jak skroplona para wodna. A my przecież byliśmy już wystarczająco oblepieni wznoszącą się wilgocią, aby pragnąć dodatkowej porcji wody. 
  Przycupnęliśmy tylko za drewnianą ścianką, gdzie skuleni w kłębek, czekaliśmy aż mgła opadnie. Ale ona za nic miała nasze prośby. Nie tylko nie opadła, ale zgęstniała. Ci wytrwalsi zdecydowali się czekać tak długo jak będzie trzeba. Nad innymi kontrolę przejął chłód i zeszli. 




  Skończyło się tym, że zeszliśmy w komplecie, choć nie jednocześnie. Przed tym jak zdążyliśmy się rozsiąść i przystąpić do openingu konserwy turystycznej, zdarzył się cud. Bo jak inaczej nazwać  pogodową podróż jaką odbyliśmy z iście listopadowej Anglii, by ostatecznie wylądować pośrodku równika i to w czasie nie dłuższym niż rozłożenie wielofunkcyjnego scyzoryka? Chyba nie okienkiem pogodowym? 
  Grzechem byłoby nie wykorzystać owego uśmiechu losu i ponownie nie wdrapać się na wieżę. To się wdrapaliśmy. 
  Od razu zrobiło się jakby wyżej, ciężej niż poprzednio, ale też ładniej. Nieporównywalnie piękniej. Spojrzenia zatopiły się w rozdarte niebo, z którego wychodziły jęzory słupów deszczu. Z tej wysokości przypominały leje potężnej trąby powietrznej z Czarnoksiężnika z Krainy Oz. 
  Podobnie jak Dorotkę tornado, tak nas wciągnęły Gorce. Wraz z poprawą pogody odsłoniły swe drugie, dotychczas skryte za mgłą oblicze. Zadłużyliśmy się w nim bez reszty. 

Lubań 12:50

Widoki tolkienowskie 

  Partnerem dalszej części dzisiejszej relacji została wierzbówka kiprzyca. To właśnie po części ona odpowiadała za baśniową aurę Gorców o tej porze roku. Ilości w jakich rosła wierzbówka, nie pozwalały przejść obok niej obojętnie. Tysiące tysięcy różowych kwiatów składały się na obrazek rozłożystych dywanów, jakimi usiane były nie tylko same szczyty, ale i polany, spadziste zbocza, czy też zarośla. 


 To, co rejestrowały obiektywy aparatów odbijało się w oczach zapatrzonych w te wszystkie zdobyte szczyty, przemierzone szlaki i zostawało zapisane nie tylko w pamięci aparatu, ale i naszej za sprawą znacznie trwalszych od ciągu cyferek wspomnień.
  Nie zostało nam nic więcej jak spojrzeć na Pieniny ten ostatni raz, pożegnać się z nimi i zakrzyknąć w duchu do zobaczenia za rok!


Krościenko nad Dunajcem z ptasiej perspektywy.

Wierzbówka kiprzyca w pełni pory kwitnienia

  Jak to jest? Od dziewięciu dni siedzieliśmy w samym sercu Pienin. Dokładniej to nie siedzieliśmy, lecz łaziliśmy. Co by nie powiedzieć, że pokonywaliśmy własne ograniczenia, słabości, głęboko skryte lęki. Każdy dzień stawiał przed nami nowe, często zaskakujące wyzwania. Niewiele miało to wspólnego z odpoczynkiem, ale nam i tak ciągle było i jest mało. Trudno to wytłumaczyć. Może stoi za tym magia gór? Może uzależnienie tożsame z głupotą? A może styl życia, na który już jakiś czas temu zdecydowaliśmy się przerzucić? Jedno jest pewne. W trakcie wyjazdu zdążyliśmy się nauczyć, że kiedy przygoda wzywa, wymówki przestają działać. Należy wówczas porzucić wszystko inne i oddać się jej bez reszty. Od tak po prostu. I ruszyć, by sięgnąć marzeń. 
  Ktoś spyta, ale gdzie ruszyć? Prawdę mówiąc to bez znaczenia... Ważniejsze jest z kim. Bo gdy ma się obok siebie grupę takich wspaniałych ludzi naprawdę trudno o nudę.

środa, 11 listopada 2020

PIENINY 2020: DZIEŃ CZWARTY

24.07.2020

Trasa: Czorsztyn, zamek - Przełęcz Snozka - G. Wdżar - Jezioro Czorsztyńskie - Niedzica, ok.10 km + Frydlant

Czym są Hombarki? To ludowa nazwa Pienin Spiskich - wspaniałej krainy słynącej ze średniowiecznych zamków i ciągnącego się kilometrami pienińskiego pasa skałkowego. Od Pienin Właściwych oddziela je malownicze Jezioro Czorsztyńskie. Plany budowy tego retencyjnego kolosa sięgają początku ubiegłego stulecia, ale to dopiero potężna powódź, która przeszła w 1934, sprawiła, że pomysł ten przeszedł wręcz do natychmiastowej realizacji. Prace przerwała jednak wojna. W latach 50-tych i 60-tych silnie rozwijała się faza planów, aż wreszcie na początku lat 70-tych przystąpiono do budowy. Zakończenie całego przedsięwzięcia nastąpiło dopiero w 1997. Jego efekty możemy podziwiać do dziś.

Od pół godziny oczy całej ekipy wpatrzone były w przejeżdżające obok samochody. Pełni nadziei, wyczekiwaliśmy opóźnionego busa do Niedzicy. Niedługo potem nadzieja, zamieniła się w wątpliwość, czy aby na pewno warto tu jeszcze czekać. Poszliśmy więc do centrum Szczawnicy, by tam spróbować znaleźć jakieś źródło transportu. Będąc kilkaset metrów od kolejnego przystanku, śmignęła nam sylwetka złotego autokaru. Pobiegliśmy co sił, licząc, że zdążymy go jeszcze złapać. Udało się. Po dogadaniu się z kierowcą, mieliśmy zapewniony dojazd do Czorsztyna. W środku okazało się, że prócz zdziwionych turystów, jest także sympatyczna Pani Przewodnik, która przez całą drogę z pasją opowiadała o mijanych szczytach, poukrywanych z dala od ulicy budynkach, a nawet przydrożnych strumykach. Dzięki niej podróż minęła nam nadzwyczaj szybko i przyjemnie. W Czorsztynie dostaliśmy kuszącą propozycję dołączenia do grupy i wspólnego zwiedzenia, jednak z uwagi na mnogość zaplanowanych tego dnia atrakcji, zmuszeni byliśmy odmówić. Po zakupie biletów, udaliśmy się na wędrówkę po średniowiecznych murach zamku, podczas której namacalnie poznaliśmy historię obiektu, jak i całej miejscowości.

Foto: Raku

Foto: Raku




Sam zamek został wzniesiony za czasów Kazimierza Wielkiego. W XVIII w. znaleźli w nim schronienie konfederaci barscy. Pamiętnym rokiem w historii zamku okazał się 1795, kiedy to w wyniku uderzenia pioruna znaczna część budowli spłonęła. W XIX w. stanowił już tylko malowniczą ruinę, która świetnie wkomponowywała się w górzyste otoczenie okolicy.

Foto: Locht

Właścicieli zamku na przestrzeni wieków było sporo. Obecnie opiekuje się nim Pieniński Park Narodowy. Pokonując kamienne stopnie, wdrapywaliśmy się na coraz to wyższe piętra budowli, pełne wspaniałych widoków na taflę Jeziora Czorsztyńskiego i otaczających go zewsząd zielonych pagórów.




Zielone Skałki



Doskonale widoczny był również znajdujący się po przeciwległej stronie zbiornika wodnego Zamek w Niedzicy, który planowaliśmy odwiedzić popołudniu.

Foto: Locht

Foto: Locht

Foto: Locht

Foto: Locht

Z ruin, powędrowaliśmy szlakiem niebieskim.

Smagliczka Arduina



Wciąż pod górę.


I tak niebawem wkroczyliśmy na kolorowe łąki przepełnione obłędnymi widokami.

Foto: Locht



Malujące się na horyzoncie Tatry, u każdego z nas wciąż wzbudzały nieustanny zachwyt. Na krótkim asfaltowym odcinku, stożkowaty wierzchołek Wdżaru wydawał się być już na wyciągniecie ręki.

Foto: Locht

Pomnik Organy Władysława Hasiora

W drodze na niego odbiliśmy jednak na chwilę w lewo. Widniejąca przed wejściem do kamieniołomu tabliczka z zakazem wstępu zniechęciła nas do zejścia w dół. Musieliśmy zadowolić się widokami z góry.



Foto: Raku

Dla jednych Wdżar leży już w Gorcach. Inni uważają, że jest to jeszcze kraniec Pienin. Choć jego położenie bywa sporne, jednego nie można mu odmówić - bardzo interesującej budowy geologicznej. Górę budują bowiem magmowe skały wulkaniczne, te same, które mieliśmy okazję widzieć już na Bryjarce. Jednak wbrew powszechnym opiniom wzniesienie nie jest wygasłym wulkanem, choć z daleka rzeczywiście może go trochę przypominać.


Gdy w komplecie znaleźliśmy się na szczycie, zostało nam jedynie odnaleźć ścieżkę dydaktyczną. Ta zaprowadziła nas do największej atrakcji góry - niesamowitych kamieniołomów andezytu, działających jeszcze w latach 70-tych.

Foto: Locht




Tworzyły one skalne korytarze, których dno usiane było ogromnymi głazami.




Foto: Locht

Wędrując wśród wysokich na kilkadziesiąt metrów ścian, czuliśmy się jak krasnoludki.



W najtrudniejszych odcinkach szlak wyposażony został w metalowe poręcze, drabinki, a nawet.... łańcuchy!



Momentami można było poczuć się jak wysokich górach. Na końcu ścieżki dydaktycznej znajdowała się drewniana wiatka, w której przystąpiliśmy do pierwszego dłuższego odpoczynku. Następnie zostało nam wrócić ponownie pod czorsztyńskie ruiny, by stamtąd, gondolą przedostać się na drugi brzeg jeziora.

Foto: Locht

Foto: Locht

W okolicy przystani powitała nas zawijana kolejka, do której szybciutko dołączyliśmy. Na pokład w komplecie udało nam się dostać dopiero za trzecim podejściem. Zasiedliśmy wygodnie w środku, a gondola ruszyła. Płynęliśmy wystarczająco wolno, by móc nacieszyć się widokami.

Obronny półwysep
Foto: Locht

Foto: Locht



Razem z Kubą obraliśmy miejsca na dziobie gondoli, skąd wszystko było widać jak na dłoni.



Wzburzona od silnika maszyny woda, tworzyła niewielkie fale, które co jakiś czas delikatnie chybotały nas na boki. Niecałe 15 minut później byliśmy już w Niedzicy. Widząc rozlewające się przed zamkowym dziedzińcem tłumy turystów, zaniechaliśmy ze zwiedzania na koszt zobaczenia zapory.

Zamek Dunajec

Widok z zapory


Obraz 3D "Moc Żywiołów"


Stadko traczy nurogęś


Po szybkim rzucie oka i kilku zdjęciach, udałem się do straganów z pamiątkami w celu zaczerpnięcia języka o położenie najbliższego przystanku, z którego dałoby się pojechać do Frydmanu. Szczęście tego dnia mnie nie opuszczało i okazało się, że Pani, którą spytałem o drogę, akurat mieszkała w miejscowości, do której pragnęliśmy się dostać. I tak oprócz lokalizacji przystanku dostałem aktualny rozkład. Zostało mi tylko zgarnąć ekipę i poczekać na busa. Jemu się jednak nie śpieszyło. Godzina przyjazdu już dawno minęła, a my zaczęliśmy się obawiać, czy w ogóle coś przyjedzie. Gorącą już atmosferę podgrzał bus z rzucającą się z daleka w oczy tabliczką: NOWY TARG przez FRYDMAN, który w mgnieniu oka przejechał obok nas. Irytacja wówczas sięgnęła zenitu i zaczęliśmy rozglądać się za możliwością powrotu na kwaterę. Stara, pożółkła kartka rozkładu jazdy z niewyraźnymi godzinami odjazdu nie wróżyła niczego dobrego. Byliśmy uziemieni. Nieoczekiwanie jednak coś zbliżało się w naszą stronę. Pełni gotowości doszliśmy do krawężnika i zaczęliśmy wykonywać gwałtowne ruchy ręką. Pojazd zatrzymał się, a był to opóźniony o blisko 40 minut bus do Frydmanu. Wsiedliśmy do środka. Rozpoczął się proces szybkiego planowania. Po dotarciu na miejsce przystąpiliśmy do natychmiastowych poszukiwań wejścia do piwnic.

Kościół we Frydmanie

Zgodnie z wskazówkami napotkanych po drodze miejscowych pań, udaliśmy się pod wskazany adres.

Kotki przed wejściem
Foto: Locht

Jakież było nasze zdziwienie, gdy po naciśnięciu przydomowego dzwonka na spotkanie z nami przyszedł ten sam chłopak, który chwilę wcześniej kazał nam zadzwonić. Razem z naszym przewodnikiem - Sławkiem, przez podwórze, wydostaliśmy się na teren, gdzie znajdowało się pierwsze wejście do piwnic. Sławek z latarką w ręku otworzył wyglądające na ciężkie, drewniane drzwi.

 
Przed borhauzem
Foto: Locht


Gdy każdy z nas miał już jakieś źródło oświetlenia ruszyliśmy na eksplorację. Na dół dostaliśmy się drewnianą pochylnią do staczania beczek.

Foto: Locht

Później przez labirynty korytarzy, których łączna długość korytarzy wynosi 600 metrów, odkrywaliśmy kolejne ogromne pomieszczenia.




Foto: Locht


Stropy niektórych z nich pokryte były wspaniałymi naciekami, powstałymi na skutek wytrącaniu się węglanu wapnia z zaprawy murarskiej.

Wciąż aktywne stalaktyty


Strop pełen form naciekowych. Największe z nich osiągają 40 cm.

Fotografując jeden z półokrągłych, tonących w mroku tuneli, szybko przekonałem się, jak łatwo da się tutaj zgubić.

Foto: Bugli

Foto: Raku

Podczas podziemnego zwiedzania dowiedzieliśmy się min, że właścicielem piwnic był pradziadek chłopca, a ostatnie beczki z winem przechowywane były jeszcze na początku XX wieku.
 

Drugie, zapadnięte wejście



Foto: Statyw

Po wydostaniu się na powierzchnię, oślepieni zewnętrznym światłem, podziękowaliśmy naszemu przewodnikowi i ruszyliśmy na przystanek. Oczekując na transport byliśmy świadkiem kilku zabawnych kłótni sąsiadów i ulicznych anegdot. Kiedy wreszcie bus przyjechał, zapytałem się kierowcy o najlepsze rozwiązanie dostania się stąd do Szczawnicy. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że będziemy musieli jechać do Sromowców Wyżnich, a dalej łapać coś jadącego w interesującym nas kierunku. Plan szybko przeszedł do fazy realizacji. W Sromowcach powitały nas ciemne, kłębiaste chmury zwiastujące rychłe nadejście burzy.

Cisza przed burzą


Rozpoczął się wyścig z czasem. Stojąc po przeciwległej stronie do przystanku wypatrywaliśmy czegoś, co mogłoby nas zabrać. Traf akurat chciał, że przejeżdżał autokar wracający ze spływu. Zabraliśmy się razem z jadącymi nim turystami. Był jednak jeden haczyk. Mógł on zawieźć nas jedynie pod Biedronkę w Szczawnicy, a dalej musieliśmy już iść pieszo. Już w autokarze ustaliliśmy, że idziemy od razu na obiad do restauracji, a dopiero potem na kwaterę. Musieliśmy jednak zdążyć przed deszczem, który  naprawdę wisiał już w powietrzu. Do celu dzieliły nas jeszcze 4 km. Jadąc, a właściwie idąc na oparach dotarliśmy do restauracyjnych parasoli. W tym momencie rozpadało się na dobre. Teraz jednak mając przed sobą talerze pełne smakowitości, było nam to zupełnie obojętne .