Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wzgórza Niekłańsko-Bliżyńskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wzgórza Niekłańsko-Bliżyńskie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 czerwca 2021

Wycieczka nr 87: WOKÓŁ MIASTA WIELKIEGO GRZEJNIKA

 21.02.2021

Skład: Brajan i Ja

Trasa: Stąporków - Stara Góra - Smarków - Furmanów - Rez. Skałki Pod Niekłaniem - Nadziejów - Sołtyków, ok. 32 km

  Od ponad dwustu lat okolice Stąporkowa silnie spaja górniczo-hutnicza przeszłość. Uwidacznia się ona choćby w samym herbie miasta, kojarzącym się bardziej z impresją na temat katowickiej aglomeracji, aniżeli krainą wielkiego grzejnika. Na przestrzeni wieków Stąporków stopniowo przekształcał się z wiejskiej osady, by w końcu uzyskać status przemysłowego miasta. Dzisiaj mało kto pamięta, że na terenie obecnej gminy, niegdyś prężnie działało 40 kopalni rud żelaza. Współcześnie pozostały po nich wznoszące się wysoko ponad korony drzew hałdy, a także skrzętnie ukryte wśród leśnej dziczy ogromne dziury w ziemi, z których znaczną część wypełnia już woda.

  Przed sobą widzieliśmy jedynie wyciągniętą smugę asfaltu. Z obu stron dławiły ją zaspy usypane przez drogowe pługi. Wystraszone naszym głośnym tupaniem gile, pośpiesznie oddalały się z gałązki na gałązkę, eksponując przy tym swe czerwone brzuszki. A my, znudzeni monotonią dotychczasowej wędrówki, oczekiwaliśmy jak najszybszego zagłębienia się w leśne bezdroża. Gęstwina powitała nas w typowy dla siebie sposób. Wkrótce, po przedarciu się przez krzaki, stanęliśmy u stóp Starej Góry, niedbale przyprószonej śniegiem. Tuż pod nim, znajdowała się gruba warstwa gliny. Kombinacja wypadkowa, jaką współtworzyła ze stromym grzbietem hałdy, zmusiła nas do szukania dodatkowej pomocy we wspinaczce wśród skarłowaciałych sosen.



  Na szczycie szalał wiatr, który skutecznie zniechęcał do pozostania tam na dłużej. Pokus do zrobienia postoju było jednak wiele. Poczynając od postępującego w nas powoli zmęczenia, a kończąc na wspaniałej panoramie. Ta swym zasięgiem obejmowała całe Pasmo Łysogórskie, czy też kopcące zabudowania Końskich. Niebo niemal pozbawione jakichkolwiek chmur, zapewniło nam wspaniałą widoczność.


Podniebna lekcja matematyki


  Podczas dalszej drogi, zaczęły dobiegać nas tajemnicze i mocno przytłumione dźwięki. Coś na kształt ryczenia, istoty nie z tego świata. Z czasem odgłos ten nabrał ostrości. Dało się w nim usłyszeć donośne kwilenie, niezwykle nieprzyjemne dla ucha. Nadal nie domyślając się co jest odpowiedzialne za szybsze bicie naszych serc, znaleźliśmy się ponownie na asfalcie, gdzie wszystko stało się już jasne. Widok świeżych buchtowisk i ślady mokrego jeszcze błota zdobiły te same, znajome tropy dziczych racic.
  Zbytnio skupiając się na tym, by przypadkiem nie wejść na watahę kłozębnych, zapomniałem o kontrolnym zerkaniu na mapę. W efekcie nadłożyliśmy niepotrzebnych kilometrów, odwiedzając przy okazji pobliski Smarków, gdzie zatrzymaliśmy się przy pomniku upamiętniającym jego mieszkańców, zamordowanych w czasie wojny przez niemieckich zbrodniarzy.


  Kiedy myśleliśmy, że najtrudniejszy odcinek wycieczki mamy już za sobą, dominację nad okolicą postanowiły przejąć zaspy. Sięgające momentami za łydki czapy śniegu, uniemożliwiały nadrobienie utraconego czasu. Prócz nich do już szerokiej gamy przeszkód, dołączyło przekraczanie zamarzniętej rzeki. Stąpając po kruchym lodzie, niczym baletnica wykonująca swój układ taneczny, na nowo, po każdym następnym ruchu, ocieraliśmy tylko pot spływający po naszych zestresowanych czołach.

Krucho. Nawet bardzo

Pasożytnicza jemioła

  Klangor żurawi wybił nas z melancholii zamyślenia. Szybujące tuż nad głowami sylwetki ptaków, zwiastowały rychłe nadejście, tak długo wyczekiwanej wiosny, której oznak w terenie próżno było dotychczas szukać.

Żurawi gang

  I tak doczłapaliśmy do Furmanowa. Ot mała wioska, niczym nie wyróżniająca się na mapie okolicy pełnej innych, większych miejscowości. Ale czy na pewno?

Czarna Konecka w zimowej odsłonie

  Tu przyszedł czas na postój. Jakże długi i niepotrzebny postój. Nie dość, że nas rozleniwił, to zabrał cenne pół godziny. Na dodatek siedzenie w bezruchu oziębiło nas doszczętnie. Nie pomagały ani promienie Słońca świecącego z każdą chwilą mniej intensywnie, ani gorąca herbata, szczelnie zamknięta w metalowych termosach.

Partyzancka kapliczka MB, która została zbudowana w 1945 przez ówczesnego leśnika, który użył w tym celu łusek amunicji z okresu II wojny światowej. Budowla miała upamiętniać żołnierzy AK poległych na okolicznych terenach. Po wojnie miejsce to zostało zniszczone. Dopiero w 2019, podjęto udaną próbę odrestaurowania tego niezwykle interesującego miejsca kultu religijnego.

Liczący sobie ok. 160 lat dąb Hubal

  W latach 30-tych XIX w. w Furmanowie założony został zakład wielkopiecowy. Do dziś jedną z niewielu pozostałości po nim jest smukła, ceglana wieża gichtociągowa. Niegdyś służyła ona do wsypywania wsadu do wielkiego pieca, niezbędnego przy wytopie żelaza. W bliskim sąsiedztwie wieży, zachowały się również budynki fabryczne, z których jeden pełnił w okresie świetności zakładu funkcję maszynowni.


Wieża gichtociągowa

   Na niebie wyraźnie rysował się już Księżyc. Do zmroku pozostały lekko ponad dwie godzinki. Wraz z jego przybyciem, wizja naszego powrotu do domu stawała się coraz mniej realna. Zimowe wycieczki niestety mają to do siebie, że są zawsze za krótkie. Ta jednak ciągnęła się w nieskończoność. Być może było to spowodowane sporą nadwyżką kilometrów. 


  Szlak czerwony lawirował jak tylko mógł, prowadząc przez największe błota i najmniej uczęszczane ścieżki, na których ponownie napotkaliśmy ślady obecności dzików.



  Po znalezieniu się w bliskim sąsiedztwie rezerwatu, zatrzymaliśmy się na chwilę. Zerkając pośpiesznie na zegarek stwierdziłem, że do skałek udam się samotnie, a Brajan w tym czasie pójdzie w kierunku Nadziejowa. Według tego założenia miałem go dogonić w przeciągu najbliższych 30 minut. Kubie wręczyłem mapę, a sam pobiegłem trasą szlaku czerwonego.


   Niecały kwadrans później, zdyszany, byłem już na miejscu. Z perspektywy obserwujących mnie wówczas turystów, wyglądałem jak duża puchata kulka, która właśnie wyłoniła się zza krzaków. Łapiąc łapczywie hausty powietrza, uwalniałem z siebie głośne odgłosy sapania. Te zaś wywoływały skrajne reakcje na twarzach mijających mnie osób. Ich błagalne spojrzenia, składały się na obraz autozażenowania, które rosło za każdym razem, gdy zatrzymywałem się zrobić zdjęcie. 


Jego szerokość grzyb

  Wyścig z czasem trwał w najlepsze. 30 minut później pędziliśmy już we dwójkę. Wycieńczeni, podjęliśmy rękawice w walce ze stale narastającym zmęczeniem. Przechodząc przez emocjonalną huśtawkę, prędko pozbyliśmy się początkowego optymizmu. Brnięcie przez śnieg przypieczętowało uczucie wszechobecnej obojętności i myśl o tym, że łatwiej będzie odpuścić, przejęła nad nami kontrolę. Mimowolne ruchy nóg, starały się jednak desperacko przełamać granicę wytrzymałości. Strefę choć złudzeń  komfortu, minęliśmy gdzieś w połowie trasy. Teraz, będąc tuż przed metą, poddanie się nie byłoby najrozsądniejsze. Wspierając się nawzajem, jeden napędzał drugiego słowami otuchy. Stopniowo, małymi kroczkami, powróciliśmy na nowo do nadziei. Dał ją nam zbawienny asfalt, który zaczął się zaraz po wyjściu z lasu. Wreszcie, nie spowalniani przez śnieg, mogliśmy przyspieszyć. Na moment zapomnieliśmy o wcześniejszej chwilach słabości i oddaliśmy się spełnieniu jednego celu: dotarcia na czas na przystanek. Ostatni kilometr. Ostatnie osiem minut. Końcowa prosta, pasy, siup na drugą stronę. Na szczęście zdążyliśmy. W przeciwnym wypadku, czekałoby nas dodatkowe 15 km do Skarżyska na pociąg jadący w kierunku Kielc.

środa, 26 sierpnia 2020

Wycieczka nr 73: CEGIEŁKA DO CEGIEŁKI


8.07.2020

Skład: Oliwka, Kędzier i Ja

Trasa: Świerczów - Rez. Gagaty Sołtykowskie - Sołtyków, ok. 13 km

  Zdani na łaskę busów, prowadzeni przez psującą się co rusz aplikację, znaleźliśmy się pośrodku niczego. To nic nawet miało nazwę: Świerczów. Zewsząd otaczały nas same lasy, w których działy się sceny rodem z telewizyjnej szkoły przetrwania. 



Czasem wydaję mi się, że dla większości grupy pojęcie ścieżki jest równe ze stanem umysłu, w którym doszukuje się on w terenie czegoś, co za taką ścieżkę mógłby uznać. Ot choćby takiej trasy przemarszu jakiegoś zbłąkanego jelenia, albo niewielkiego prześwit w gęstwinie. Wówczas reagujemy tożsamo. Ścieżka jest, to się nią idzie dopóki nie znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Nigdy, przenigdy nie wolno narzekać, bowiem jak to ścieżki mają w zwyczaju, uwielbiają rozpływać się w miejscu bagien, brzegów rzek, tudzież chaszczy. Zaprowadzą i porzucą, a ty się męcz.
  Z początku dawaliśmy jeszcze radę. Bo gęstwina kolczystych krzaków jeżyn była nawet znośna do sforsowania, podobnie z resztą jak obalone drzewa. Jednak im głębiej w las się zapuszczaliśmy, tym rosła pewność, że drogi powrotnej nie odnajdziemy. Póki więc była jeszcze ostatnia sposobność ku temu zawróciliśmy. Chcąc niezwłocznie wyrwać się z objęć tej jakże niegościnnej krainy, obraliśmy azymut na zachód. Tu miała znajdować się najbliższa zaznaczona na mapie droga. Byliśmy na niej po kwadransie pełnym narzekania i walki z komarami na wszelkie możliwe sposoby. Paskudne skrzydlate stwory opuściły nas dopiero po wkroczeniu na drewniane pomosty prowadzące przez torfowiska rezerwatu Gagaty Sołtykowskie, gdzie byliśmy rok temu. Podczas kolejnej wizyty postanowiliśmy pobawić się w paleontologów, chcących odszukać poukrywane w okolicy ślady dinozaurów.

Dwa dilofozaury

Tropy zauropodów

Poszukiwania choć zawzięte, to bez specjalistycznej wiedzy na temat prehistorycznych gadów, okazały się mizerne.

Tajemniczy odcisk (?)

Udało nam się za to odwiedzić miejsca, na które zawsze jakoś brakowało czasu. Wśród nich znalazło się koryto dawnej rzeki i niewielkie oczko wodne.

Koryto wyżłobione przez wody opadowe



Wędrówka po tym iście kosmicznym krajobrazie stanowiła dla każdego z nas ogromną satysfakcję. Po szybkim złapaniu oddechu oraz karimaty zsuwającej się ze stromej ściany osuwiska, poszliśmy dalej, gdzie teren, po którym się poruszaliśmy zaczął robić się coraz mniej przyjazny.



Mój ulubiony kadr, który chyba nigdy się nie znudzi

Najpierw pojawiły się ogromne kałuże, pokrywające niemal całą szerokość ścieżki.


A potem... Zresztą sami zobaczcie.


Powyższe zdjęcie pokazuje naszą drogę, która w jednej chwili zamieniła się w podmokły ols. I to do tego stopnia, że jedynymi suchymi punktami w otoczeniu byliśmy my i kępy situ, pełniące funkcję niewielkich wysepek. Niczym bohaterowie gier komputerowych z lat 80-tych, skacząc z jednej na drugą, staraliśmy się dotrzeć w miejsce, w którym wreszcie moglibyśmy postawić naszą nogę, nie zapadając się przy tym jednocześnie po kolana w błoto. Jakby to ująć... to miejsce nie pojawiło się tak szybko, jak na to liczyliśmy :) Pojawiły się za to wystające z wody cienkie wierzby. Mi osobiście przypominały one namorzyny z  jednego z wielu wspaniałych filmów Pana Davida Attenborough, na których spędziłem całe swoje dzieciństwo.

Czasem jedna mina wyraża więcej niż kilka stron tekstu. No cóż. Za przyjemnie to nie było :)

W przedostaniu się do bardziej przystępnej dla wędrowca części lasu, oprócz umiejętności chwytania się gałęzi, dużego refleksu i ostrożności; pomogły także obalone pnie starych świerków.


Po przeżyciach na miarę Szkoły Przetrwania, byliśmy wreszcie u celu naszej wędrówki - ruin dawnej cegielni. Zanim jednak ją odwiedziliśmy, wybraliśmy się zobaczyć pobliski, wyglądający dosyć oryginalnie budynek.

Dawna kotłownia

W środku prócz porozbijanych kawałków szkła, mało wartościowego graffiti i dziur w stropie, można było jeszcze zajrzeć na kolejne piętra, o ile było się na tyle odważnym (czytaj: głupim), by pokonać prowadzące na nie schody.


Te się po prostu rozsypywały.


 Ale jeśli i to kogoś nie przestraszyło, by dostać się do najwyższych części budynku, tuż przed wejściem na ostatnią kondygnację, widniał taki, jakże przyjemny napis:


Nas jednak nie tak łatwo wykurzyć i stawiając na swoim, znaleźliśmy się w największej części dawnej kotłowni. Jak się nazywały i do czego mogły służyć zachowane elementy jej wyposażenia, nie wiem. Mogę się jedynie domyślać.




Jak w serze szwajcarskim. Dziura na dziurze


Mieliśmy nadzieję, że w ruinach dawnej cegielni znajdziemy więcej ciekawostek, ale niestety myliliśmy się. Jej obecny stan pozostawia wiele do życzenia. Co prawda budynek stoi i z daleka wygląda nawet całkiem nieźle, lecz kiedy przyjrzymy mu się uważniej, zaczynamy dostrzegać, że czas nie oszczędził tego miejsca.


Bardzo ciekawy detal. Data przedstawia rok, w którym cegielnia została oddana do użytku


Te niewielkie "tunele" (część z nich jest zresztą ślepo zakończona), stanowią pozostałość po piecu, w którym niegdyś wypalano cegłę.

Na tym zdjęciu widać, że część budynku dosłownie wisiała nad naszymi głowami


Jedna z najlepiej zachowanych ścian

W obawie, że zaraz jakaś cegła spadnie nam na głowę, albo runiemy razem z murkiem, którym idziemy; czym prędzej zaprzestaliśmy zwiedzania i udaliśmy się w bezpieczne okolice kominów.
Krzywy komin w Sołtykowie

Drabinka nie zachęcała do zdobywania wierzchołka 

Na sam koniec zostawiliśmy zwiedzanie widocznej już z daleka hali należącej niegdyś do kolei. Wewnątrz czekało na nas miłe zaskoczenie, które spowodował ogrom tamtejszej przestrzeni.

Budynek zakładowy 

Hala i widoczny na ścianie napis, którego oczywiście należycie się posłuchaliśmy :)


Woda + beton = połączenie idealne

Kiedy zwiedzanie wszystkich pomieszczeń dobiegło końca, zarządziłem przerwę, podczas której mieliśmy ostatecznie ustalić, gdzie dalej pójdziemy. Pomysły były najróżniejsze, jednak zapowiadane na popołudnie gwałtowne załamanie pogody i kłębiące się nad nami szare chmury, sprawiły, że zostaliśmy przy najbezpieczniejszym wariancie. Zakładał on jak najszybszy powrót do domu.

Tym razem perspektywa kominowa

Dotarcie na najbliższy przystanek w Sołtykowie zajęło nam niespełna 10 minut. Na busa także nie musieliśmy za wiele czekać. Dostaliśmy się nim pod sam dworzec w Skarżysku, skąd skąpani w deszczu (na szczęście tylko metaforycznie przez szybę), wróciliśmy pociągiem do Kielc.

I na koniec mała ciekawostka pobliska kapliczka. Ciekawe skąd pochodzą cegły wykorzystane do budowy cokołu? ;)