Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Janów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Janów. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 września 2022

Wycieczka nr 109: SZLAKIEM ORLICH GNIAZD CZ.7


4.09.2021

Trasa: Lusławice PKP - Czepurka - Pabianice - Siedlec - Suliszowice - Kapuśniak - Brama Suliszowicka - Skała Molenda - Skały Pustelnika - Skała Dinozaur - Brama Siedlecka - Uroczysko Bogdaniec - Piasek - Czepurka - Lusławice, ok. 29 km

  Wewnątrz ciebie rozchodzi się ciepło. Rozlewa się falą. Jakby płonęła ci dusza. Wkrótce przychodzi oczekiwany dreszcz ekscytacji, który narasta z następnym oddechem, ruchem. Na moment przenosisz się do innego świata. Zapominasz o czyhającym zewsząd niebezpieczeństwie. A potem jak ukłucie szpilką - nagle i boleśnie daje o sobie znać strach. Upadek przecież jest tak realny i może się przytrafić każdemu. Tobie też. Doskonale o tym wiesz, lecz udajesz, że cię to nie dotyczy.
  Wreszcie stajesz na szczycie. Co teraz? Przez ułamki sekundy czujesz się zdobywcą. W końcu u stóp masz cały świat. Przynajmniej tak ci się zdaje. I do tego ta nieopisana wolność, jak gdyby ktoś wyposażył cię w skrzydła. To właśnie o nią chodzi. Dla niej ryzykujesz. 
  Bierzesz głęboki oddech i... wszystko bezpowrotnie mija. Orientujesz się, że przed tobą najgorsze - zejście.
  Jeśli znasz to uczucie, to choć raz w życiu musiałeś stawić czoła wspinaczce.


  Do Suliszowic docieramy pokonawszy 8 kilometrów asfaltu oraz atak zgagi. Bo tak to już jest, że człowiek na widok pola złocącej się kukurydzy dostaje bzika. Przecież jedna kolba nikomu nie zaszkodzi? - myśli sobie. A kiedy pokusa wygra, nagle, ni stąd ni zowąd wszystko kończy się ucieczką przed rolnikiem i przegryzaniem kolby w biegu. Istny galimatias. W takim pośpiechu ledwo idzie obrać kukurydzę z liści, a co dopiero sprawdzić, czy jest dojrzała. 
  Mówili, że kradzione nie tuczy. Czemu tylko nikt nie wspominał, że kosztem żołądkowych rewolucji? Nie żeby nam się takie coś przytrafiło. Gdzie tam. I wcale wściekły rolnik nie okazał się być dumnym posiadaczem traktora z sąsiedniej wioski, którego interesowaliśmy tyle, co zeszłoroczny śnieg. Podobnie jak to, że najedliśmy się więcej strachu niż kukurydzy (dzięki Bogu; aż się boje jak przeżyłyby to jelita). Skądże. Nigdy nic takiego nie miało miejsca.
  Popcornu dziś nie będzie.
 
  Nim zdążyliśmy zapomnieć na dobre, że bądź co bądź jesteśmy na jurze, z warstwy drzew przebiła się pierwsza, nie widziany od dwóch godzin skała. Odtąd nareszcie mogliśmy rozpocząć przygodę w prawdziwie jurajskim stylu. 

I co przypomina Wam Muminka?  

Oględziny

  Krótki rekonesans, obejście i atakujemy Muminka! Nadawał się w sam raz na rozgrzewkę i pobudzenie wspinaczkowego apetytu. Pokrótce głód przygody zagnał nas pod linię wysokiego napięcia, gdzie podążaliśmy pasem wykarczowanym z drzew. Metalowe słupy spisały się jako azymut wyznaczający kierunek marszu. I tak sobie wędrowaliśmy mając 110 kV nad głową. Czasem tylko prąd zatrzeszczał. 
  Niebawem opadliśmy wraz ze stokiem wzniesienia. Przed nami w momencie ukazał się bór. Może nie wyglądał imponująco, lecz prędzej, czy później musieliśmy go przebyć. Na razie jednak ścieżka wiła się pośród sosnowych zadrzewień z gracją, stroniąc od krzaków. Rodzaje nawierzchni zmieniały się jak w kalejdoskopie. Zanim zdążyliśmy przyzwyczaić się do sypkiego piachu, już pojawiała się trawa. I trafiliśmy na łąkę.
  Dla odmiany ta była zarośnięta wszelkiej maści dziką różą i jałowcem. Przedzierańsko stało się nieuniknione. Ale co tam, warto było. W końcu nie na co dzień ma się okazję zobaczyć skalną bramę, która stanowi swoiste wrota do świata skałek.
  Prości z nas ludzie. Widzimy skałę i natychmiast dostajemy głupawki. Cieszymy się jak dzieciaki zaprowadzone do sklepu ze słodyczami. Ślinka też nam cieknie ;) Potem oddajemy się bez reszty wspinaczce. Nie inaczej było i tym razem.

Na tle Bramy Suliszowickiej utworzonej w Skale Samcowizna
Foto: Statyw

Galion
Foto: Raku

  Stanie na skalnej bramie to zupełnie jak stanie na skalnej wyspie. Błękitny horyzont ze swymi falującymi w oddali wzgórzami niczym morze. Punktowo stroszą się wapienne grzbiety, ostańce. Prezentują się majestatycznie. I pomyśleć, że wkrótce na niektóre z nich się wdrapiemy i podobnie będziemy zachwycać się rozległymi widokami, które nam zaserwują. 
  Wcześniej jednak trzeba jakość zejść.

  Nie ułatwia tego biegnącą dołem ścieżka, którą zagarnęły ostrężyny. Pod nogami mamy jedynie dywan sprężyście uginających się pnączy. Jakbyśmy stąpali po ogromnej trampolinie. Tyle, że jeżyny nie pozwalały skakać. Oplątywały się wokół kostek, po czym chwytały setkami kolców wbijających się w skórę. 
  Kilkaset metrów dalej jeżyny ustąpiły. Znaleźliśmy się na węźle dróżek wydeptanych przez wspinaczy. Choć skałek jeszcze nie widzieliśmy (sosnowy młodnik skutecznie ograniczał pole widzenia), to czuliśmy, że się do nich zbliżamy. Aż nareszcie, po ośmiu minutach zawziętej walki z terenem, objuczeni blisko dziesięcioma kilo jakie dźwigaliśmy na plecach - stanęliśmy u stóp celu. Kapuśniak swym rozmiarem onieśmielał. Wizja stanięcia na jego postrzępionym wierzchołku budziła nie tylko strach, ale i fascynację. Fascynację zbyt silną, abyśmy byli w stanie ją poskromić.   



   Trójką zaczęli z tego samego miejsca. Ich rozcapierzone dłonie gładziły powierzchnię wapiennych ścian. Palce wędrowały ku nierównościom, najmniejszym z zagłębień, gdzie doszukiwały się namiastki chwytów. Pracowały też nogi. Wynajdowały szczelin w sam raz, by móc zaklinować w nie buta i tym samym stworzyć punkt podparcia reszcie ciała.
   Pięli się wyżej, a wyżej równało się trudniej. Nieuchronnie zbliżali się do przewieszenia. Tam ciężar całego człowieka dźwigały ręce i tylko one. Dotychczasowe włażenie miało niewiele wspólnego z prawdziwą wspinaczką. Było jedynie dziecięcą igraszką. Wkrótce Kamila miała przekonać się, że przewieszenie to dla niej zbyt wiele. 
  I stało się. Kamila zawisła na 9 metrze. Sama, przylepiona do ściany, bez perspektyw i możliwości odwrotu. Podczas, gdy wszystkiemu bezczynnie przyglądałem się z dołu, z pomocą naszej kozicy ruszył Bartek. Strach powoli opanowywał jej ciało. Przyspieszony oddech stawał się coraz płytszy. Zmęczone przedramiona drżały. Panika szykowała się do natarcia. Była ostatnią rzeczą, której teraz potrzebowaliśmy. Jak wiadomo od paniki droga do upadku niezwykle krótka. A od upadku do... Nie chcieliśmy o tym myśleć.
  Spod przewieszenia dochodziło nerwowe: Bartek pomóż! Raku robił co w swojej mocy, aby jak najszybciej dotrzeć do wystraszonej Kamili. Zszedł już naprawdę nisko. Brakowało ostatniego metra.
Palce Kamili stopniowo poluzowywały uchwyt. Przerażenie rozszerzało oczy. I kiedy nadchodziło nieuniknione, Bartek w porę chwycił Kamilę za nadgarstek. Strach opadł. Serca z gardeł powędrowały z powrotem na właściwe miejsce. 
  Po chwili wszyscy staliśmy się świadkami akcji ratunkowej. Nosiła kryptonim studnia. Kamila bowiem robiła za wiadro, Bartek zaś za kołowrót wciągający. Parę pociągnięć później było po wszystkim. Cała trójka wspinaczy mogła świętować sukces z piętnastego metra, czyli wprost ze szczytu Kapuśniaka. 

   Południowo-zachodnia ściana Kapuśniaka rozpalała wyobraźnię jurajskich wspinaczy od lat. Pierwsze drogi wspinaczkowe wytyczono tu jeszcze pod koniec XX wieku. Zabezpieczano je wówczas spitami oraz ringami z pręta zbrojeniowego. W tym czasie wytyczono takie klasyki jak: "Filip z Konopi", "Szalona Depresja", "Tirówka", czy też "Mis Szaletu". Każda z nich trudniejsza i posiadająca bardziej osobliwą nazwę od poprzedniej. Każda potwornie wymagająca. Przeznaczona tylko dla doświadczonych wspinaczy, którym nie dorastamy do pięt. 
 
Skała Kapuśniak, ale widnieje również pod innymi nazwami: Płetwa, Kapuśna Skała, Szalet...

Skałołaz

Tuż po zażegnaniu chwil grozy

   Minęło niewiele więcej jak czterdzieści minut, kiedy znaleźliśmy się na polach. Ładne to były pola. Gdzieniegdzie wyrastały z ziemi samotne skały. Jakby w zamierzchłych czasach przechadzał się tędy olbrzym, któremu z dziurawej kieszeni wypadła garść gigantycznych głazów. Te powbijały się w ziemię w przypadkowych miejscach. Szczęśliwie znalazło to naukowe wytłumaczenie.  

  Przenieśmy się w przeszłość, o jakieś 150 milionów lat, do górnej jury. Obszar dzisiejszej Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej zalewało wówczas ciepłe morze. Kiedyś to i na Karaiby mieliśmy bliżej :) Stwarzało to idealne warunki do rozwoju form przypominających wyglądem rafy. Z tą różnicą, że zamiast korali budowały je gąbki. Mądre głowy nazwały te gąbko-rafy biohermami. Pozostałości po bogatej faunie biohermów widać do dziś w postaci licznych skamieniałości małży, krabów, czy też znanych chyba każdemu amonitów. 
  Obumarłe szczątki tychże żyjątek osadzały się na niewielkich wyniesieniach morskiego dna. Tam,  (zaraz obok spoiwa kalcytowego) były głównym materiałem budulcowym dla powstających tzw. wapieni skalistych. Skały te cechowały się masywnością i niezwykle wysoką twardością. W trzeciorzędzie doszło do niszczących procesów (denudacyjnych). Pod ich wpływem wapienie skaliste zostały wypreparowane od pozostałych, mniej odpornych typów wapieni. Tym sposobem możemy podziwiać te wszystkie Muminki, Kapuśniaki i inne sterczące ostańce.

Dziurawa Skała zgodnie z nazwą poprzecinana dziurami jak ser szwajcarski
Foto: Raku

8- metrowa Torkowa Skała

  Kolejne kilometry przebiegały według prostego schematu: dziura - wpełzywanie - skała - wspinanie, itd.  Od czasu wejścia w las, zrobiło się paradoksalnie głośniej. Zaczęliśmy mijać innych turystów. Na większych formacjach skalnych spotykaliśmy trenujące obozy wspinaczkowe. Gdzieś między drzewami, na zawieszonych hamakach, młodzi adepci podpatrywali wyczyny starszych kolegów. I tak, na naszych oczach rodził się właśnie narybek przyszłych wspinaczy. A kto wie może i nawet ratowników górskich.
  My tymczasem jak dreptaliśmy wcześniej, tak dreptaliśmy nadal. Szukaliśmy miejsca nadającego się na postój. Nie dało się nie zauważyć tych wszystkich białych kamieni, które stale przebijały się na powierzchnię. Cały las był nimi usłany. Soczysta zieleń buków sprawiała, że wobec niej skały bledły, niknęły maskowane przez wysmukłe pnie. I spośród tej gęstwiny liści oraz gałęzi udało nam się wypatrzeć pewną, wysmukłą basztę znaną wśród lokalsów pod nazwą Dinozaur. Łeb prehistorycznej bestii zdawał się wprost wymarzony, do zaadaptowania go na tymczasowy piknik.
  Na górze zbyt wiele miejsca nie było, więc ścisnęliśmy się jak mogliśmy, przylegając do siebie plecami. Od teraz każdy ruch musiał być opatrzony nie lada ostrożnością. Co by się zbyt silnie nie zamachnąć i nie strącić przypadkiem puszki konserwy. Strata byłaby wówczas niewybaczalna, a ten, kto by jej dokonał z miejsca hańbiłby się tytułem zdrajcy.  

Skały Pielgrzyma
Foto: Raku

Kiedy feniks budzi się do życia z popiołów 

Dinozaur

  Z Dinozaura mieliśmy rzut kamieniem do drugiej już tego dnia skalnej bramy. Ogólnie można posunąć się o stwierdzenie, że w tutejszej okolicy wręcz roi się od podobnych formacji skalnych. Nie szukając daleko. Ledwo 2,5 kilometra stąd wznosi się najsłynniejsza na całej Jurze Brama Twardowskiego. Z nią wiąże się cała masa ludowych podań i zmyślnych legend.
  Niemal tak zmyślnych jak regularne kłamstwo w kilometrażu. Bo jeśli jeszcze nie wiecie, jest to narzędzie manipulacyjne, w moich rękach nadużywane. Jednak czasem bywa i tak, że staje się środkiem niezbędnym do przeżycia. Co wygląda atrakcyjniej? 21, a może prawie 30 kilometrów? No właśnie. Niby odkąd pamiętam stosuję ten sam manewr, a wciąż nadwyżka dziwi każdego identycznie jak za pierwszym razem. Rodzi festiwal narzekania, potyczek na pytania z serii "D" - "Daleko do dworca?", czy też klasycznego - "zaraz się zgubimy". Lecz nic nie dzieje się bez przyczyny. Przez tyle lat wspólnej wędrówki odnaleźliśmy przepis na denerwowanie się nawzajem. A ile przy tym radochy. Nie ulega wątpliwości, że umiemy sobie dogryźć. Ale wiecie co, najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że to jakoś pomaga, motywuje. Z czasem nauczyliśmy się też, że najlepszym sposobem obrony przed wszelkimi docinkami jest poczciwa cisza. Wsłuchując się w nią wystarczająco dokładnie, da się usłyszeć bicie serca i w takt jego uderzeń podążać przed siebie, nie zwracając uwagi na to, co wyprawia się dookoła. 

Brama Brzegowa. Przez niektórych nazywana również Siedlecką.


  Mawiają, że podróże kształcą i ja się czuję po tej dzisiejszej wyedukowany. Coraz częściej nasze wycieczki zaczynają przypominać pościg, zamiast wędrówki w spowolnionym tempie. Zbyt krótko, by poczuć odwiedzane miejsca całym sobą, każdym ze zmysłów osobno. Zbyt krótko, by stać się częścią całej tej podróżniczej magii. Jura zasługuje na coś więcej. Bez wątpienia kiedyś jeszcze tu wrócimy. Na dłużej. Wcześniej jednak czas na pewne zmiany. 

sobota, 19 października 2019

Wycieczka nr 51: SZLAKIEM ORLICH GNIAZD CZ.4


28.08.2019

Skład: Makumba, Raku i Ja

Lusławice PKP- Czepurka - Uroczysko Bogdaniec - Siedlec - Pustynia Siedlecka - Pabianice -Lusławice PKP, ok. 24 km

- Furtki nie ma.
- To dawaj wbijamy ogrodzeniem. 
- A nie, czekaj. Jest dziura w płocie. Albo jednak nie ma, wydawało mi się. Może...
- Szybciej tam myśl. Na widoku jesteśmy - niecierpliwił się Makumba. 
- Patrzcie na tamte drzewo. - Wskazałem na pochylony pień, który przechodził idealnie nad ogrodzeniem i opadał już po drugiej stronie działki. - Chyba się nada?
- Mhm
- To przerzućcie plecaki i wchodzimy, póki nic nie jedzie.
Tymczasem sznur jadących sekundę później samochodów: dobre mi nic. Ale liście klona przecież zdołają zamaskować. Raczej nikt nie zauważy, jak trzech małolatów przechodzi przez płot przy ruchliwej wylotówce na Częstochowę. 

Opuszczony domek w okolicach Czepurki
Foto: Raku

Pochyleni ścinamy coś, co zapewne dawniej musiało być ogródkiem i wbiegamy do środka, gdzie wreszcie możemy czuć się bezpieczni. W środku znaleźliśmy sporo ciekawych przedmiotów, m.in elementarze i zeszyty szkolne z końca lat 60, stanowiące dla nas żywą lekcje historii.

Foto: Raku

Odnalezione plany budynku
Foto: Raku

Zgodnie z urbexową zasadą na miejscu zostawiliśmy tylko ślady naszych butów, a zabraliśmy jedynie zdjęcia. Dopiero w miejscowości Piasek udało nam się odszukać polną dróżkę, która szybko wprowadziła nas do lasu. Po kilku minutach natrafiliśmy na szlak czerwony. Opuściliśmy go już chwilę potem. Nie dochodząc do leśniczówki w Bogdańcu, skręciliśmy w lewo. Z oddali zwykły las, szybko zamienił się w zaciszny zakątek pełny wapiennych skałek różnych kształtów i rozmiarów.

Kiedy sukcesem zakończyła się  wspinaczka Makumby i Rakowa na mniejszą ze skalnych formacji, naszym kolejnym celem stała się druga - większa. Pomysły na to szalone przedsięwzięcie były przeróżne. W praktyce jednak jedynym "rozsądnym" rozwiązaniem było wejście na rosnącego tuż przy skale buka. Początkowo zapieraczką, następnie po gałęziach, trzeba było dostać się na odstający konar, na którym wcześniej Makumba zawiązał linę. I teraz najciekawsze. Dalej musieliśmy już pobawić się w Tarzana. Po przeciwnej stronie skałki rosło kolejne, lecz znacznie potężniejsze drzewo, którego gałęzie wychodziły wysoko ponad szczyt formacji skalnej. Właśnie o nie Raku zaczepił drugi koniec liny. Nam zostało tylko zrobić duży krok.

Jedną ręką mocno trzymając się liny, a drugą jednego z wielu chwytów skalnych, musieliśmy przeskoczyć na skałkę. Zajęło nam to dobre pół godziny, głównie z mojej obawy przed tym czy wszystko wyjdzie, ale udało się. Będąc już na górze zrozumiałem, że będziemy musieli jeszcze zejść, ale tym razem już bez liny :)

Wiadomość ta sprawiła, że zacząłem poważnie zastanawiać się po co się tam wdrapywałem. Duża dawka adrenaliny przy schodzeniu, dodała mi sporo energii do dalszej wędrówki.


Chłopaki trochę musieli się nagimnastykować :)


Przyjemny spacer buczynowym laskiem połączony ze zdobywaniem okolicznych skałek, szybko zamieniliśmy na wędrówkę skąpanymi w Słońcu łąkami.

Jaskinia w Uroczysku Bogdaniec (12 m)



Tak dotarliśmy do Siedlca. Atrakcji tej niewielkiej miejscowości pozazdrościć mogłoby nie jedno większe miasto, ale bez wątpienia miano najciekawszej otrzymuje... pustynia! Ale więcej o niej za chwilę. Za ogrodzeniem szkoły biegła wąska ścieżka, którą wdrapaliśmy się na wzniesienie o jakże zapadającej w pamieć nazwie Dupka. Szczyt jego wieńczy kilka skałek.

Pomnik przyrody - trzy jesiony

Widoki z polnej dróżki


Pośród nich można znaleźć dużą dziurę w ziemi. 

Olbrzymi otwór wejściowy


Tak właśnie wygląda wejście do Jaskini Siedleckiej (52 m). Ze względu na swoje rozmiary jest niestety łatwo dostępna, przez co w jej wnętrzu nie zachowało się zbyt wiele. Mimo to, jej najciaśniejsze zakamarki skrywają jeszcze pozostałość po dawnej magi tego miejsca.
* pszczoła wylatuje z ula, zaczadzony, odcięło dopływ tlenu, 

Ciekawe formy nacieków

Jurajski diament - szpat


Dotarcie na samo dno jaskini bardzo utrudniały nam opadłe liście, które w środku tworzyły śliską zjeżdżalnię. Niestety była to ostatnia podziemna atrakcja na tej trasie. Na sam koniec wycieczki czekała na nas prawdziwa wisienka na torcie, czyli wspomniana już wcześniej pustynia.

Odważnie stwierdzę, że tutejsza wydma należy do najwyższych na Jurze

Na jej terenie do lat 60-tych działało wyrobisko piasku, więc jej pochodzenie nie jest w znacznym stopniu  naturalne.

Mimo to jest jednym z największych tego typu miejsc na terenie naszego kraju. Jej obszar zajmuje ok. 30 ha, z czego 25 ha to lotne piaski. W przewodnikach można poczytać także o znajdującym się na jej terenie niewielkim oczku wodnym, zwanym przez miejscowych Oazą. Niestety trafiliśmy na "porę suchą" i nie udało nam się odnaleźć go w terenie. Pustynia stanowi idealne miejsce dla koneserów pieszych wędrówek, niedzielnych turystów, czy miłośników rajdów samochodów terenowych, które cyklicznie się tutaj odbywają. Za sprawą licznych dziwacznych kształtów sosen i górującej nad całą okolicą 30-metrowej wydmy, tutejszy pustynny krajobraz nie wydaje się monotonny. turbany z podkoszulków, jest tanio, jest tanio, jst dobrze - jest tanio, 



Jak na wycieczkę po pustyni pogoda udała nam się w stu procentach: piasek była na tyle rozgrzany, że przy każdym dotknięciu parzył gołe stopy, a temperatura w Słońcu dobijała niemalże do 50°C! Piaszczysta ścieżka parzyła. Wysuszony język domagał się choć kropelki wody.



Do pełni szczęścia brakowało nam tylko fatamorgany i karawany wielbłądów :)  Nasz wolny czas postanowiliśmy spędzić nie na opalaniu, lecz na zbieganiu z wydmy, usypane z piasku, jak ziarenka piasku błyszczą się, zapadaliśmy się, 


Zabawa świetna, wręcz idealna. Jedynym jej mankamentem było wbieganie z powrotem na górę.
Czas, który został nam do  pociągu, nie pozwolił abyśmy mogli się w pełni zrelaksować.
By wyrobić się, musieliśmy podkręcić tempo na ostatnich kilometrach.
Podczas pośpiechu w jakim pakowałem rzeczy, zapomniałem zabrać ze sobą swojej saszetki, w której miałem sporo cennych rzeczy w tym klucze od domu i duplikat legitymacji szkolnej (nie miałbym już serca prosić raz jeszcze panią sekretarkę o wyrobienie kolejnego). Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zorientowałem się o tym dopiero pod samą stacją. Następnego dnia po wycieczce, nie pozostało mi nic innego jak ponownie odwiedzić miejsce, gdzie po raz ostatni widziałem swoją saszetkę. Na szczęście poszukiwania okazały się udane, a zguba wygrzebana z pustynnego piasku wróciła do domu.

niedziela, 5 maja 2019

Wycieczka nr 37: SZLAKIEM ORLICH GNIAZD CZ.2


2.05.2019

Skład: Brajan, Locht, Makumba, Oliwka, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Julianka - Janów - Złoty Potok - Rez. Parkowe - Diabelskie Mosty - Rez.Ostrężnik - Brama Twardowskiego - Dolina Wiercicy - Skała z Krzyżem - Janów - Julianka, ok. 31 km

Dzień po eksploracji jaskini na Wietrzni, znaleźliśmy jeszcze trochę energii, by pójść na kolejną wycieczkę. Zbiórka 5:30, ekipa w komplecie, można więc jechać pociągiem do Julianki.
Ze stacji ruszyliśmy w stronę Złotego Potoku. Wcześniej jednak musieliśmy pokonać czterokilometrowy odcinek asfaltowej drogi ekspresowej, prowadzący do Janowa.
Dopiero po dotarciu do tej miejscowości wreszcie mogliśmy swobodnie pójść chodnikiem. Kilkanaście minut później, zaraz po wkroczeniu do Złotego Potoku, powędrowaliśmy do widocznego już z daleka, położonego nad malowniczym stawem Pałacu Raczyńskich. Niestety mimo licznych prób nie udało nam dostać się do środka.




Po obejrzeniu pałacowego parku, doszliśmy do jednego ze stawów. Idąc leśną ścieżką wzdłuż jego brzegu, mogliśmy zobaczyć wyłaniające się zza wierzchołków okolicznych drzew wzgórza rezerwatu Parkowe. Niedługo potem na zalesionym zboczu asfaltowej drogi dostrzegliśmy pierwszą grupkę białych skałek. Po wkroczeniu na teren rezerwatu zaczęły pokazywać się kolejne i to znacznie większe od pozostałych.

Staw Amerykan
Foto: Raku

Staw Zielony
Foto: Raku

Wśród nich widoczne były również obszerne otwory wejściowe do pobliskich jaskiń. Pierwsze zwiedziliśmy Schronisko obok Groty Niedźwiedziej. Mimo niewielkich rozmiarów i praktycznie braku bocznych korytarzy, zdziwiło nas nagromadzenie polew i różnego rodzaju form naciekowych, znajdujących się na stropie jednego z kominków.

Schronisko obok Groty Niedźwiedziej

Polewy naciekowe w końcowej części Schroniska

Następnie przyszedł czas na jedną z najbardziej rozpoznawalnych jaskiń Jury - Grotę Niedźwiedzią. Ta niestety nas rozczarowała, nie licząc oczywiście ogromnej komory wstępnej. Wszędobylskie sieciarze zniechęciły większość z nas do zagłębiania się w dalsze korytarze.
Nie były one jednak straszne dla Lochta, Oliwki i Makumby, którzy mimo wszystko postanowili sprawdzić co dalej skrywa jaskinia. Okazało się, że głębiej znajdują się tylko zasypane partie.
Nadal jednak jednak poszukiwaliśmy wejścia do najgłębszej części. W wypatrzony przeze mnie niewielki i dosyć ciasny kominek, postanowił wcisnąć się Makumba, sprawdzając tym samym, czy można przejść dalej. Niestety brak czasu i bardzo ciasne oraz trudne technicznie do pokonania korytarzyki, zmusiły nas do opuszczenia na dobre tej jaskini. Tuż obok groty znaleźliśmy kolejną Jaskinię z Oknem.

Komora wstępna


Sieciarz jaskiniowy z pomrowem 

Jaskinia z Oknem

Na szczególną uwagę zasługują znajdujące się w jej stropie zaklinowane kamienie.
Znaki szlaku poprowadziły nas skrajem Stawu Zielonego do pięknej buczyny.
 W niej zaczęły wyłaniać się kolejne formy skalne. Kiedy dotarliśmy za Grodzisko, wreszcie mogliśmy się powspinać.




Bugli
Foto: Raku

Szybko pożegnaliśmy się z lasem i zostawiając skałki za sobą, dotarliśmy do parkingu, gdzie wynikła niespodziewana krótka przerwa, spowodowana brakiem zasięgu w moim GPS-ie. Gdy problem naszej lokalizacji został już rozwiązany, ponownie weszliśmy na szlak czerwony.
Zaprowadził nas pod jedną z największych atrakcji wycieczki - Diabelskich Mostów. Według legendy miejsce to miało powstać za sprawą diabła, który wypatrując Twardowskiego na Księżycu, wpadł w szczelinę między skałami, w której się zaklinował. By podobna sytuacja nie zdarzyła się ponownie, kazał nad skałami wybudować sieć mostów.

W labiryncie białych skał
Foto: Raku

Schronisko w Diabelskich Mostach

Ponad 15-metrowej wysokości skałki, wielkie szczeliny, tworzące niezwykłe przejścia pomiędzy skałami i ogromne przepaście, zrobiły na nas niesamowite wrażenie.
Nie mogliśmy oczywiście nie spróbować naszych sił we wspinaczce.


Niektórym nawet się udało i zdobyli położoną 3 metry nad ziemią półkę skalną :)

1,2,3 Współpraca popłaca



Widok w dół ze skalnego urwiska

Foto: Raku
Potem przyszedł czas na kolejną przerwę, znów przy skałkach.


Locht z Rakowem na półce skalnej


Najedzeni, teraz w jeszcze lepszych nastrojach, udaliśmy się do Rezerwatu Ostrężnik, który słynie z niezwykłej jaskini i ruin średniowiecznego zamku, w którym według legend zbójcy mieli przechowywać skarby zdobyte z wypraw.


Jaskinia Ostrężnicka
Po dotarciu do rezerwatu, co chwila mijali nas turyści, co z biegiem czasu stawało się wręcz irytujące. Przez dłuższy czas nie mogliśmy znaleźć miejsca, w którym moglibyśmy spokojnie przebrać się w odzież jaskiniową. Na szczęście zaraz po zobaczeniu zamku, doszliśmy pod jeden z otworów bocznych, położony z dala od ruchliwego szlaku.

Dwa otwory główne

Fragment murów obronnych

Pan kierownik "Czpiel" idący do otworu wejściowego
Foto: Raku

Kiedy się już przebraliśmy, Raku, Locht i Ja, jako pierwsi zagłębiliśmy się w podziemne korytarze. Miejscami zdarzały się jeszcze pająki, ale na szczęście nie było ich tyle co we wcześniejszych obiektach. W niektórych częściach jaskini udało nam się wypatrzeć żeberka, polewy, pola ryżowe, a nawet budujące się niewielkie stalaktyty.

W trakcie studiowania mapy

Pola ryżowe

Foto: Raku

Ze względu na to, że jaskinia była pocięta licznymi otworami, co jakiś czas musieliśmy wyjść na powierzchnię, by móc dostać się do dalszych korytarzy.


Kotły wirowe

Wodospady z polew naciekowych w Schronisku Większym



Najtrudniejszy okazał się dla nas bardzo niski przełaz, którego jedynym sposobem na pokonanie było czołganie.



To właśnie tuż przed wejściem do niego usłyszeliśmy zdziwiony głos dziecka mówiącego do taty; "Tam coś jest!". Z uśmiechami na twarzach udało nam się wydostać na zewnątrz.


Przyszła więc pora, by Raku przeprowadził pozostałą część ekipy przez jaskinię. Kiedy wszyscy mieli już podziemną przygodę za sobą, mogliśmy powoli wracać w stronę stacji. Po drodze jednak skręciliśmy jeszcze na chwilę do Bramy Twardowskiego, gdzie po szybkiej sesji zdjęciowej, poszliśmy żółtym szlakiem Doliną Wiercicy. Z bramą związany jest przekaz, mówiący, że panna, która przejdzie przez otwór bramy, wkrótce wyjdzie za mąż.


Od lewej Brajan, Bugli, Locht, Raku, Makumba, Ja i Oliwka
Foto: Statyw

Leśna droga, początkowo biegnąca brzegiem rzeki, wyprowadziła nas na drogę asfalt, wzdłuż którego z każdym kolejnym krokiem pokazywały się piękne skałki.

Foto: Raku

Malownicze zakole Wiercicy
Foto: Raku