Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pasmo Dymińskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pasmo Dymińskie. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 listopada 2021

Wycieczka nr 100: KIELCE JAKICH NIE ZNACIE. DZIKI ZACHÓD

 12.06.2021

Skład: Oliwka z Mikim, Kamila, Brajan, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Szydłówek - G. Szydłówkowska - Świnia Góra - Domaszowice - Mójcza -  G. Zalasna - Bukówka -  G. Telegraf - G. Hałasa, ok. 22 km

  Sienkiewka? Majonez? Kadzielnia? Może scyzoryk? A Wam co pierwsze przychodzi na myśl, gdy ktoś powie o Kielcach? Jeśli któreś z powyższych, to znaczy, że wiecie o nich tyle, co przeciętny turysta odwiedzający je przejazdem. Kielce mają do zaoferowania o wiele więcej niż najdroższe przystanki w Polsce. W końcu gdyby nie Kielce nie wiedzielibyśmy, gdzie najmocniej piździ, nie byłoby niezapomnianego 1 z 10, czy Czereśniaka z Czterech Pancernych. O nieznanym obliczu Kielc i niebanalnych miejscówkach oczami nas - tubylców, którzy mieszkają w Kielcach od urodzenia, w cyklu wycieczek "Kielce jakich nie znacie". Ale poznacie, gwarantuję!

  W powietrzu dało się poczuć już ten wakacyjny klimat.  Po wyjściu z blokowisk otworzył się widok na zielone płuca miasta - ogródki działkowe, lecz nie takie tam zwykłe, a największe w kraju. Korony drzew, rosnące po obu stronach krętej dróżki, uginały się od nadmiaru kolorowych kwiatów, których woń zawładnęła okolicą. Kwitły całe rabaty, klomby i krzewy. W owoce zaś obfitowały czereśnie. Nie sposób było przejść obok nich obojętnie.

Osiedle Świętokrzyskie

Łubinowa paleta barw

  Tak rozpoczęliśmy szalone łowy. Wyposażeni w siatki, bluzy i wszystko to, co kto miał pod ręką, jak i same ręce, rzuciliśmy się do otrząsania gałęzi. Z tymi niżej poszło gładko, do wyższych trzeba było skakać. Liczył się tu odpowiedni moment wybicia się i chwycenia za gałąź. Przy zbieraniu pomagał każdy, nawet Miki. Wkrótce drzewa zostały ogołocone jak po ataku stada szpaków. Ale takie jedzenie łupów w biegu zapowiadało się średnio. Na ustach nas wszystkich zagościło jedno słowo: POSTÓJ.

Miki z Oliwką

Czereśniożercy
Foto: Raku

  I to najlepiej tak długi, żeby na spokojnie dało się zjeść i rzecz jasna przydałoby się jeszcze ładne miejsce. Gdzie ja teraz, będąc pośrodku działek ogrodzonych drutem kolczastym, miałem takie miejsce znaleźć,? Ano była taka jedna górka w pobliżu. Częściowo porastał ją las, a z tej drugiej strony opadało dawne wyrobisko po kamieniołomie. Przed laty eksploatowano tu rudę żelaza oraz kwarcyty dolnodewońskie. Drzewa wycięto w pień, później co prawda w ich miejsce zasiały się nowe, ale nie zdążyły jeszcze na tyle urosnąć, by przysłonić widoki ze szczytu. A te są naprawdę zacne. 

  Świnia Góra jest miejscem równie pięknym, co mało znanym. Można stąd zachwycić się jedną z najpiękniejszych panoram na terenie miasta. Szczególnie warto tu przyjść o wschodzie Słońca. Obrazek, na tonące w morzu mgieł Łysogóry wraz z najwyższymi szczytami województwa, jest wówczas bajeczny. Jak do tego dopisze nam szczęście, istnieje duża szansa na zobaczenie lecącego tuż nad głową samolotu. Lotnisko znajduje się wszak kilka kilometrów dalej.

  Dokładnie dwa kilometry dalej, wędrówkę przeplatała już wijąca się na długo przed nami serpentyna dróg. Niewielkie osiedla domków nikły w gąszczu drzew, zaś te zlokalizowane na górkach niepozornych rozmiarów, kryły ciekawą perspektywę na Kielce. Powoli zbliżaliśmy się do połowy trasy, a co się z tym wiązało, wkroczeniem w nieco dziksze ostępy miasta. Ale też nie bez przesady, nieco dziksze nie oznacza od razu kompletnego odcięcia się od cywilizacji i znalezienia w strefie lepianek i szałasów. Chociaż z tymi ostatnimi to nie do końca...

Kowboje dzikiego zachodu

  Na polach nie brakowało niebieskich chabrów i zielonych jeszcze kłosów falujących na wietrze. Jego przyjemne podmuchy rozwiewały włosy, smagały policzki, ale i ściągały niekoniecznie już przyjemny w odbiorze zapach z okolicznej stadniny. Koniki przynajmniej wychodziły ładnie na zdjęciach.
  Za plecami zostawialiśmy obrazek Kielc, jaki doskonale znaliśmy. Chodniki i asfaltowe drogi zastąpiły sypkie, jakże nie lubiane przez nas piachy. Znikły też tabliczki z nazwami ulic, zaś w dali migotała nieco wzburzona tafla wody.

Kłosy zwiastują rychłe nadejście lata

O takie obrazki w Kielcach coraz trudniej
Foto: Raku

  Kiedyś działała tu piaskownia, obecnie działa zalew, który ściąga miłośników wędkowania i kontemplacji z przyrodą. Wędkowanie i kontemplacja jest możliwa, o ile akurat nie trafimy na jakiś słoneczny weekend, gdzie stada wylegujących się na plaży Januszy, równie mocno co opalenizny, pragną zanurzyć się w rześkiej wodzie, taki letni podgatunek morsów. Nie dziwi więc, że czasami brzegi zalewu zamieniają się w zdające się nie mieć końca parkingi.

Zalew w Mójczy

  Być w Mójczy i nie przejść po kładce nad Lubrzanką, to tak jak nie być wcale. Znajdzie się zapewne ktoś taki jak pan maruda, niszczyciel dobrej zabawy i stwierdzi, cóż ciekawego może być w dwóch betonowych słupach przerzuconych przez rzekę? Zapraszam taką osobę z rowerem na ową kładkę, by się przekonała osobiście o czym mówię. Znając już synonim wąskości, wiedząc jak to jest wisieć kilkadziesiąt centymetrów nad wodą, mogliśmy iść dalej. A dalej odłączyła się od nas Oliwka wraz z Mikim i kolejne kilometry pokonaliśmy już w piątkę. Na piątkę zaś spisała się leśna ścieżka. Nie pozwoliła nam ani chwili się nudzić, co rusz podsuwając jakieś wspaniałości, na których można było zawiesić oko.

Smółka pospolita

Foto: Raku

  Pogoda postanowiła z nas zadrwić. Podczas gdy w pocie czoła prześcigaliśmy się w tym, kto pierwszy zdobędzie szczyt Zalasnej Góry, na niebie zrobiło się jakoś tak nieswojo. Nauczeni przeżyciami z ostatniej wycieczki skopiowaliśmy pomysł ze zrobieniem szałasu. Pomysł fajny jak się ma dużo ludzi do pomocy i czasu, a jeśli o czas chodzi, to deszcz wisiał już w powietrzu. Śpieszyliśmy się jak mogliśmy, wyciągając z krzaczorów spróchniałe gałęzie, targając wyschnięte wierzchołki. Niebawem szałas był już gotowy. Niebawem też się rozpadało. Krople deszczu ociekały po świerkowych igłach drzew tworzących szałas. Gnieździliśmy się w nim we czwórkę, próbując zmieścić się na macie od jogi, co nie było takie łatwe. Jedynie Bugli, którego opuściły chęci pomocy nam w budowie schronienia, mókł w rzęsistej ulewie, próbując podtrzymać ledwo tlący się płomień ogniska. 

 Od prawie 20 lat na Górę Zalasną PTTK organizuje drogę krzyżową, w której chętnie uczestniczą mieszkańcy
Foto: Kamila

Foto: Raku

  Ale gdy padać przestało, zrobiło się cudnie. Odsłonił się falisty horyzont z chęcińskim zamkiem w dali, a i cel wędrówki widać było jak na dłoni. Ruszyliśmy więc podmokłymi łąkami, tak jak prowadziły znaki szlaku. Roiło się tam od winniczków, które właśnie wyszły po deszczu. Wiecie dlaczego to robią? Przyczyna jest o wiele prostsza niż może się wydawać - muszą się napić. Tym razem musiały też uważać na nas, byśmy przypadkiem ich nie zdeptali. Nikt nie chciałby przecież, by ktoś deptał mu jego dom, który targa przez całe życie na plecak. Chruup... 

Foto: Statyw

Gdybyście tu kiedyś byli, będziecie już wiedzieć kto wzniósł taką buszmeńską chatkę w okolicach szczytu
Foto: Raku

  Przez ostatnie kilometry towarzyszyły nam promienie zachodzącego Słońca, które przebijały się przez korony drzew i padały na chodnik w postaci wydłużonych smug ciepłego światła. Na te parę chwil każdy skrawek ziemi zdawał się być ze złota. Złote samochody, bloki, chodniki... Piękno w czystej postaci. 
  Jakiś kwadrans później wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Zrobiło się ciemno. Naprawdę ciemno, zwłaszcza w lesie. Prawdziwe apogeum mrocznych krajobrazów nastało wraz ze znalezieniem się na Telegrafie. Co tam się działo! Byliśmy świadkami jak Słońce próbuje zdążyć zajść, zanim z frontu nadciągnie ściana chmur. Nie zdążyło. Ów ściana zalała całe niebo i nastał mrok. Jak gdyby ktoś opuścił kotarę i powiedział koniec przedstawienia.

Golden Hour
Foto: Raku

Bitwa żywiołów

czwartek, 28 maja 2020

Wycieczka nr 66: BABIA GÓRA NIEJEDNO MA IMIĘ


23.05.2020

Skład: Oliwka, Makumba, Raku i Ja

Trasa: Dyminy - Babia Góra - Kłm. Suków - Kuby-Młyny - Radomice II -
Las Radomicki -  Ostra Górka - Diabelski Kamień - Radomice II, ok. 27 km

Jeśli wierzyć badaczom poganie składali tutaj ofiary swym bogom. Wśród ofiar trafiali się również ludzie. Często na wpół żywi. Miejsce to za sprawą rzekomych sabatów czarownic, niewyjaśnionych zaginięć, czy rytualnych praktyk z udziałem laleczek podobnych do tych używanych w kulcie Vodoo; zyskało sławę rozkochanego przez diabła. Poznajcie Babią Górę, ale tą świętokrzyską.

Niektórym zanadto udzielił się klimat tego miejsca
Foto: Raku

Las zgotował nam powitanie tak cierpkie, że niemal od razu poczuliśmy się obco. Bo jak czuć się inaczej, gdy napiera na Ciebie ściana splecionego gąszczu. Wprawdzie udało nam się dopaść ścieżkę, chyba jedyną jaka istniała, ale i ona była stłamszona przez krzaki. Jednoczesne odgarnianie gałęzi za gałęzią i walka z paskudnymi chaszczami weszły nam w nawyk. W okolicach szczytu wreszcie przerzedniało. 

Skałki na szczycie Babiej Góry pobudzały wyobraźnię ludzi od najdawniejszych czasów. Starali oni sobie wytłumaczyć przeróżnymi sposobami skąd u diabła skały wzięły się akurat na Babiej Górze, podczas, gdy na pozostałych szczytach w okolicy żadnych skałek nie było. Tak zrodziła się legenda.

Nie do pomyślenia, że jeszcze w XIX wieku nie rosło tu ani jedno drzewo.

Jak dawne słowo niesie niegdyś na szczycie Babiej Góry budowano świątynię. Traf chciał, że pewnego razu w pobliżu robót przejeżdżał mieszkaniec pobliskiej wioski. Pozdrowił on budowniczych słowami ,,Szczęść Boże!". I choć słowa młodzieńca wybrzmiały głośno, nie odpowiedział mu nikt. Gdy młodzieniec miał zamiar już odjeżdżać w dalszą podróż, rozległ się straszliwy huk i z góry zaczęły spadać ogromne głazy. Naraz młodzieńcowi ukazał się widok budowli, która z niepojętą siłą zaczęła rozpadać się na drobne fragmenty. Ogarnięty strachem czym prędzej uciekł. Nigdy potem już żaden śmiertelnik nie odważył się stawiać w tym miejscu świątyni. Mówi się, że skały są pamiątką po tejże świątyni. Jak w każdej legendzie, tak i w tej znajdziemy ziarenko prawdy. 

Babia Góra Suków 3

Wcześniej jednak musimy udać się z wizytą do naszych praprzodków. Cofamy się więc o całe tysiąclecie, gdy ponad 70 % obszaru dzisiejszej Polski, od Bałtyku aż po Tatry pokrywała bezkresna puszcza, w której to zaszyli się poganie i ich mroczne rytuały.

Poganie lubili udobruchać swoich bogów. W tym celu składali im ofiary. Zwykle starczało bydło, jednak w wyjątkowych okolicznościach, gdy sprawa była naprawdę poważna owieczka, krowa, czy inna świnka szły w odstawkę i rozglądano się za dwunożną ofiarą. Najczęściej obrywało się innowiercom, którzy odważyli się wkroczyć na tereny zajmowane przez ludy pogańskie. Ale nie zawsze. Zdarzały się również przypadki, gdy osobę do poświęcenia wybierano w drodze losowania. Termin takiego losowania najczęściej pokrywał się z powrotem z wyprawy wojennej. Wtedy to ponoć sami bogowie szeptali na ucho żercom, czyli pogańskim kapłanom oraz radzie plemiennej jaka forma ofiary zrobi im dobrze. Kiedy ofiara była już wybrana, przechodzono do makabrycznej praktyki. 

Babia Góra Suków 6
Fragment szczytowych wychodni wapienia dolnodewońskiego ciągnących się na długości kilkunastu metrów

Nieszczęśnik był wożony po sąsiednich wioskach, gdzie okładano go kijami i wyszydzano z niego. Taki zmaltretowany trafiał wprost na kamienny ołtarz. Nie szczędzono krwi. Na oczach zgromadzonych jego ciało było rozczłonkowywane. Zaszczytne miejsce w rytuale zajmowała głowa. Po egzekucji nabijano ją na pal, wierząc, że dzięki temu dusza trafi do nieba, zaś reszta ciała do pogańskiego odpowiednika zaświatów - krainy za wielką wodą. 

Po śmierci ofiarę prawdopodobnie grzebano z dala od siedzib ludzkich. Ciekawi was czemu? Otóż wierzono, że taki poćwiartowany męczennik może zmartwychwstać pod postacią wampira, albo co gorsza strzygi. Ci poganie mieli nieźle powalone we łbach. 

Na początku XX wieku, na stokach Babiej Góry, a dokładniej w miejscu określanym przez miejscowych nieprzypadkowo Diabelskim Łożem, natrafiono na zagadkowe wyroby z gliny. Badania doprowadziły do zaskakującego odkrycia. Znalezisko okazało się fragmentami glinianych figurek, które kształtem przypominały ludzkie postaci. Figurki związane były z praktykami magicznymi. Miały na celu zadawać cierpienie ukazanym na nich postaciom. Czyżby pogańskie praktyki przetrwały próbę wieków i do dziś mają swoich naśladowców?

Diabelskie Łoże Babia Góra Suków 5
Analiza naszych ekspertów
Foto: Raku

Trzymała się nas myśl, że w gęstym poszyciu lasów Babiej Góry życie było schowane, wręcz uśpione. Wraz z początkiem wędrówki przez sosnowe bory zniknął dotychczasowy wieczny półmrok. Natura natychmiast odżyła i rozbłysła. Żółciło się od kwiatów żarnowca, powietrze przesycał słodki zapach miodu, a po pniach i wysoko w gałęziach drzew harcowały wiewiórcze oseski. 

Kwitnący żarnowiec
Złocące się w słońcu krzewy żarnowca

Powoli zbliżaliśmy się do kamieniołomu. Teren wyglądał jak po wojennych nalotach. Pełno było dołów po dawnych wyrobiskach. To wznosząc się, to zbiegając na dno zagłębień, odnosiliśmy wrażenie, że nie idziemy, lecz płyniemy po wezbranym morzu, albo osiodłaliśmy jakiegoś narowistego rumaka . 

Kamieniołom rzeczywiście leżał całkiem blisko. Wystarczyło podążać śladem dziur jakieś pięć minut. Co tu dużo mówić, wyrobisko urodą nie grzeszyło, właściwie to ledwośmy je widzieli. Za to śmieci - mnóstwo. Wyobraź sobie, że idziesz lasem, a tu bez pardonu, żadnego ostrzeżenia, wpadasz na jednookiego, pluszowego słonia wielkości pięciolatka pędzonego na sterydach. Taka sytuacja. 

Kamieniołom w Sukowie 1

Kamieniołom w Sukowie 2
Skalne schody

Oczko mu się odlepiło, temu słoniu

Po drodze natknęliśmy się jeszcze na trochę oznak cywilizacji. Znalazł się drut kolczasty pośrodku niczego, albo przegląd najcudaczniejszych domków letniskowych jakie moje oczy widziały (masajska chata obwarowana ogrodzeniem z wystruganych dzid - czemu by nie).  Niebawem uczucie bliskości cywilizacji równie szybko co się pojawiło, tak prysło. Ponownie wylądowaliśmy na nieprzystępnych rewirach.  

Poligon w Sukowie
Jak się dowiedzieliśmy z tabliczek drut ogradzał teren wykorzystywany do ćwiczeń przez wojsko

Kuby Las Podmarzysz 2
Są miejsca, w których sezon grzybowy trwa cały rok

Odtąd cykl życia wyznaczała rzeka. Jeśli coś żyło, to rządziło się jej prawami. W starciu z rzeką nie oparły się żadne piaszczyste brzegi, które namiętnie podmywała i podcinała głęboko, ogołacając skarpy po same korzenie. Do częstych widoków należały drzewa oplecione pnączami chmielu, które zwisały aż do ziemi. Cóż, jaka dżungla takie liany.  

Czarna Nida 1

Musieliśmy mieć się na baczności, bo niebezpieczeństwo czyhało na nas dosłownie na każdym kroku. Pod stopami niepewny grunt, miejscami grząsko. Spod zielonego kożuchu rzęsy i warstwy unoszących się liści dopiero z bliska widać prześwitującą wodę. Zarastające starorzecza jakoś szczególnie nie odcinały się od wszędobylskiej zieleni. Przy braku wzmożonej czujności łatwo było w nie wpaść. 

Nie lepiej sytuacja wyglądała tuż nad czubkami naszych głów. Tam, w gęstym listowiu utkane były niby lepką przędzą konstrukcje przypominające namioty. Wystarczyło nieostrożnie przejść i przypadkiem o taki namiot zahaczyć - obojętnie czy to plecakiem, czy głową - a w efekcie namiot się rozrywał i zwalało się na ciebie nawet 200 obślizgłych, ruchliwych larw. Należały do szkodnika pełnej krwi, który ma w zwyczaju wgryzać się w liście drzew, a następnie wyjadać miąższ pozostawiając dziury, tzw. miny. Atakuje głównie jabłonie, przez co jest zmorą dla sadowników, którzy z resztą nie bez powodu nadali mu nazwę namiotnik jabłoniaczek.

Namiotnik jabłoniaczek

Czarna Nida 8
Zarastające starorzecze, na którym utworzyło się urokliwe oczko wodne

Wkrótce z bagnisk znaleźliśmy się pośród szuwarów. Przyszło przedzierać się przez trzcinę wyższą o kilka głów od nas. Pozostałości po ścieżce nie było, tak więc sami musieliśmy zabrać się za jej wydeptywanie. Grupie przewodził niezmordowany Makumba. To, co stanęło, albo wyrosło mu na drodze czekała kompletna destrukcja. Pędy kładły się jeden za drugim, pokrzywy mieszały z błotem. Makumba dumnie dzierżył w dłoni wyschnięty badyl, jakby to nie był badyl, a hiszpańska szpada, zaś on sam był konkwistadorem podbijającym kolejne niezdobyte lądy. 

Badyl dotrzymywał nam kroku uniesiony wysoko nad rozczochranymi czuprynami trzciny. Tak nas ten widok urzekł, że niedługo potem wędrował już nie jeden, a cztery badyle. 


Pokrzywowe tortury

Przyznaję, na śmierć umknęło mi, że skoro tak od ponad godziny wędrowaliśmy z nurtem Czarnej Nidy, to w którymś momencie czekać nas będzie przeprawa na drugi brzeg. I istotnie czekała. Wbiło mnie w osłupienie, gdy stanąłem nad pożartym przez rdzę szynomostkiem. Niedowierzałem, że ma on przetrwać przejście nas wszystkich. Nie było innej rady jak przekonać się o tym stawiając pierwszy krok. Oj drobniliśmy. Buty w teście równowagi szurały o metal. Oczy nie potrafiły powstrzymać się od gapienia w szczelinę pod nogami, gdzie przepływała mętna rzeka. 

Kuby Młyny mostek na Czarnej Nidzie
Cała konstrukcja "trzymała się" wyłącznie na trzech takich zabezpieczeniach, jakie znajdują się na środku mostu.

Za mostem czekała nas miła odmiana po przedzieraniu się przez chaszcze, które każdemu z osobna dało w kość. Otworzyły się połacie łąk skąpanych w eksplozji kwiatów. Daliśmy się ponieść chwili i nim człowiek się zorientował już ktoś okładał go dmuchawcem. Wszędzie pełno było ich nasion. Unosiły się w powietrzu niczym pierze po bitwie na poduszki.

Ani wiatru, ani latawcy. Zostały same dmuchawce.
Foto: Raku

Kuby Młyny łąka nad Nidą

Niedostępna dzicz odchodziła w niepamięć. Odtąd maszerowaliśmy ścieżką z prawdziwego zdarzenia. Czasem trafiały się jeszcze jakieś podmokłości, ale i one wydawały się jakby bardziej przyjazne. Rosły tu obficie skrzypy przypominające macki wynurzające się z błota. Co ciekawe skrzypy naprawdę skrzypiały. Działo się tak za sprawą wysokiej zawartości krzemionki, która przy rozcieraniu wydawała charakterystyczne skrzyp. 

Skrzyp
Kolorowy skrzyp bagienny

Co dalej w skrócie: migawki z lasu, kapliczki, dużo kapliczek, wojenne okopy. Za punkt honoru obrałem sobie cel znalezienia pobliskiego diabelskiego, który miał leżeć gdzieś w ostępach radomickiego lasu. Ten las radomicki prześladować mnie będzie jeszcze długo po nocach. 
 
Nadrzewna kapliczka 1
Drewniana kapliczka, podobna do tych, które jeszcze mijaliśmy tego dnia w okolicznych lasach

Radomice las  stary dąb 2
Jeden z potężnych dębów. Choć martwy daje schronienie rodzince dzięciołów
Foto: Oliwka

Była godzina 14:30. Poszukiwania rozpoczęliśmy od uroczyska, w które zaprowadziła nas skrzyneczka z niezawodnego geocachingu. Ileż tam było zieleni! Zielone drzewa, wielkie paprocie sięgające kolan, nawet głazy pokrywał kożuch zielonego mchu. Słowem cudnie, tylko Diabelskiego Kamienia brak. GPS z resztą działa nie lepiej. Co parę kroków krzyczy głosem Ivony, że utracił sygnał. Obyśmy się nie zgubili. Tego by tylko brakowało. 

Wychodnie skalne na Ostrej Górce w lesie w Radomicach 3

Deszcz pociekł z chmur, gdy wybiła druga godziny poszukiwań. Chłopaki i Oliwka jak czterdzieści minut temu legli na poboczu drogi niczym kłody, tak leżeli nadal. Deszcz zdawał się mało co ich obchodzić. Widzieliśmy się co parę minut, jak wracałem z nowymi wieściami z frontu samotnych poszukiwań. Cierpliwie znosili moje fanaberie. 

Dochodziło wpół do szóstej. Bliski obłędu przerzuciłem się na bieganie, licząc, że tym sposobem przeczeszę większy obszar. Na próżno. Ścieżki wydawały się dziwnie znajome. Raz po raz kręciłem się w kółko. Gdzie bym nie spojrzał, tam pojawiał się kamień. Coś na wzór fatamorgany.
Chwytałem się każdej z metod: świdrowałem, ryłem ten las niczym dzik. W końcu zrezygnowany brakiem rezultatów zdecydowałem się na ostatni zwiad. Wywlekłem z legowiska Bartka. Daliśmy sobie kwadrans i ani minuty dłużej, po czym rozdzieliliśmy się. Zanim zdążyliśmy stracić siebie z oczu, wydarłem się w niebogłosy. Bartek już wiedział co się święci. Chwycił po aparat i przybiegł do mnie.

Diabelski Kamień w Radomicach 3
Wyłaniające się zza mchu i ściółki piaskowce dolnodewońskie
Foto: Raku

Diabelski Kamień w Radomicach 4
Wszystkie skalne obiekty tworzą skalną grzędę o długości ok. 20 m i wysokości dochodzącej do 2,7 m

Szczerzyłem się do Bartka. Tak oto o 18:30, po 4 godzinach wysiłku i przeszukaniu ponad 24 ha lasu nareszcie udało mi się odnaleźć Diabelski Kamień! Bartek rzecz jasna też podzielał moją radość, ale jeszcze bardziej cieszył się z faktu, że zaraz zawiniemy się do domu. 
Nie tracąc chwili zwłoki wróciliśmy po resztę. Przyprowadziliśmy ich niedługo później, specjalnie od tyłu, by spotęgować efekt wow. 
Jesteśmy na miejscu, mówię im. Zagryzam wargi, oddech łapię w podnieceniu i czekam na reakcje. Pada pierwsza: to tyle szliśmy, żeby znowu kamień zobaczyć? Zupełnie jakby się przez tyle lat jeszcze nie przywykli.

Diabelski Kamień w Radomicach 10
Najbardziej zmordowany nawet nie miał siły zapozować do zdjęcia 
Foto: Statyw

wtorek, 19 lutego 2019

Wycieczka nr 23: POTWÓR ZNAD ZALEWU


19.08.2018

Skład: Makumba i Ja

Trasa: Baranówek - Wietrznia - Zagórze - Mójcza - Cedzyna, ok. 20 km

  Dla mnie Wietrznia to miejsce kultowe. Pamiętam jak za dziecka ganiałem tu z młotkiem w poszukiwaniu skamieniałości. A i mnie ganiano głównie z sadów, kiedy postanowiłem wybrać się na szabry. 
  To tutaj próbowałem pierwszych i jak dotąd jedynych sił w wędkarstwie. Skończyło się na tym, że zamiast ryby wyłowiłem raka i nie wędką, a podbierakiem zmajstrowanym z firanki i kawałka bambusa.
  Myślę, że wspomnienia podobne do moich siedzą w głowach innych małolatów, którzy na Wietrzni spędzili całe dzieciństwo. I choć te piękne czasy nigdy nie wrócą, to serducho niczym sejf przechowuje je w sobie i otwiera, gdy człowiekowi zdarzy się złapać doła.

  Wiedzieć trzeba, że dół rozmiarami dorównywał niejednemu boisku do piłki nożnej. Wapienne ściany ograniczały go skalnym pierścieniem. Gdzieś tam, te 40 metrów poniżej, malutcy jak mrówki staliśmy my, wpatrzeni w miliony lat historii, gotowi na wspinaczkę, jakiej nigdy dotąd nie doświadczyliśmy.

Wspinający się Makumba

Rezerwat Wietrznia 2

  Dopóki twoje buty dotykają trawiastego podłoża, nic złego nie może się jeszcze przydarzyć. Wystarczy jednak wykonać pierwszy krok, sięgniesz po pierwszy z wystających fragmentów skały, aby tolerancja błędów ograniczyła się do zera. Wspinaczka nie wybacza błędów. Zwłaszcza jeśli wspinasz się bez zabezpieczeń. 
 Zbliżając się do półki skalnej już wiemy, że zabranie plecaków wypchanych kilogramami znalezionych kamieni nie było najlepszym pomysłem. Ciążą potwornie. Na domiar złego zrobiło się nieznośnie parno. 
  Mokre od potu dłonie wycieramy o spodnie i podejmujemy wyzwanie drugiego poziomu wyrobiska. 
Tu skały należało darzyć zasadą ograniczonego zaufania. Zdarzały się głazy, które łapałeś myśląc, że znalazłeś genialny uchwyt, po czym taki głazior zostawał ci w ręce. 
  Jeszcze trochę. Szybki trawers wapiennej ściany. Oho, stanąłem pod ostatnią ścianą. Chwytów jakby brak. Zostaje albo obejść, albo zaryzykować i pchać się w niepewny teren. 12 metrów pode mną półka skalna, między nami powietrze przesycone strachem. Przy swojej masie spadałbym niecałe dwie sekundy. Widzę jak Makumba macha mi już znad krawędzi wyrobiska. Dobra, ryzykuję - chcę jak najszybciej znaleźć się tam gdzie on. Dzieje się to po trzech minutach.
  
Rezerwat Wietrznia 4

  Przez następną godzinę prowadził nas szlak. Lawirował nad skrajem wyrobiska, po krótce opadłszy po poziom gruntu wyprowadził na kocie łby, a stamtąd już na pola Złodziejowa. Ta peryferyjna dzielnica Kielc zawdzięcza swą nazwę jej pierwszym mieszkańcom. 
  Początkowo na budowę domów w urokliwej okolicy stać było jedynie majętne osoby. Nazywano ich VIP-y. Mówiono, że "tam złodzieje mieszkały i kradły" i tak jakoś to się utrwaliło w pamięci Kielczan i zostało do dziś.

  Polna dwupasmówka obfitowała w przyjemne oku panoramy. Gdzie nie spojrzeć, tam wznosiły pofalowane, górskie grzbiety, skąpane zielenią lasów. Pokonawszy mizerny pagórek, dotarliśmy do półmetka wędrówki - Mójczy. 
  To ponoć tutaj znajdowała się słynna biskupia (podobnie z resztą jak cała wieś) karczma, o której pisał Jan Długosz. Jeszcze w XVII wieku pod Mójczą działała huta ołowiu. Rudę potrzebną do wytopu pozyskiwano z nie tak odległej Kadzielni, czy też Wietrzni, a przy wydobyciu pomagali mieszkańcy.
  Wraz z kolejnymi wiekami wygląd Mójczy zmienił się nie do poznania. XIX-wieczna drewniana osada mająca kształt owalu, z chaotycznym układem ulic, z których trzy główne przecinały się tworząc pośrodku trójkąt, stała się uporządkowaną wsią o formie tzw. ulicówki. 
   
Zagórze łąki

Zagórze kościół
Kościół w Zagórzu

  Dzisiaj chyba największą atrakcję wsi stanowi zalew. Kameralny, położony z dala od często uczęszczanych szlaków. Idealny na plenery fotograficzne, zwłaszcza o wschodzie Słońca. Jedynie w okresie wakacji lubi być tu tłoczno. Głównie za sprawą wszystkich tych, którzy chcą się trochę schłodzić. 
  Nasza ubita ścieżka, prędko przemieniła się w plażę pokrywającą północny brzeg zalewu. Prędzej szuraliśmy niż maszerowaliśmy. Winny wszystkiemu był piasek. Jego ziarna wsypywały się do butów, gdzie jakimś cudem dostawały się do skarpet i nieprzyjemnie obcierały. Za każdym razem trzeba było zatrzymywać się, ściągać buta i wysypywać z niego tony piachu. I tak na odcinku długości ponad kilometra. Oszaleć można.

Zalew w Mójczy
Zalew w  Mójczy

Mójcza Lubrzanka 1

   Piachu ciąg dalszy nastąpił w momencie, gdy zamiast leśnego szutru objawiła nam się wydma. I znowu postój-but-wysypywanie. Gdybym wiedział, że tak będzie (a wiedzieć jako przewodnik to powinienem) zamiast adidasów zabrałbym sandały. Tyle, że nie mam pojęcia jak wtedy wyglądałaby wspinaczka w kamieniołomie. Trzeba by tego kiedyś spróbować...
   Zanim żołądki zaczęły domagać się przerwy na podobiadek, zdążyliśmy wejść na drogę p. poż. Stąd to już łatwo, gdyż kierunek wędrówki narzuca Papież, ściślej szlak papieski. Jedyny taki w województwie. Nareszcie mamy pewność, że nie zabłądzimy. Na horyzoncie majaczy tafla wody. To musi być Cedzyna - kres naszej wędrówki. 

Piaszczysta wydma

  Plaża obstawiona parawanami, powbijanymi kapeluszami parasolów i mnóstwem tłustego, roznegliżowanego ludu. Jedni wylegują się na leżaczkach zażywając kąpieli słonecznej. Inni preferują kąpiel, ale wodną. Mijamy ich wszystkich, wiedząc, że wkrótce podzielimy ich los. Makumba wskoczy do wody, a ja rozłożę się jak płaszczka na piasku (jakby mi go było po dzisiejszym dniu mało).

  Po przekroczeniu słynnego szyno-mostku, który gdy to teraz czytasz przestał istnieć, wylądowaliśmy na drugim brzegu. Ciszej, spokojniej. Przede wszystkim mniej tłoczno. Można wiec przystąpić do relaksu. Makumba zrzucił ubrania zostając w samych kąpielówkach i odpłynął tak daleko, że straciłem go z pola widzenia. Ja zaś wedle planu zakopałem się w gorącym piasku.

  Minęło może pięć minut, gdy spostrzegam płynącego w moją stronę Makumbę. Pędzi jak motorówka. Jego nogi i ręce rozchlapują wodę dookoła niczym turbina silnika. Tyle, że zamiast ryku silnika, słyszę niepokojąco brzmiące odgłosy. Strachu? Wstrętu? Jakbym był świadkiem kręcenia kolejnej części Szczęk. Co jest? - myślę. I w sekundzie na plażę wypełza Makumba. Od pasa w dół zaplątany w jakieś jeziorne glony, czy inne wodorosty. Jeny, gdyby nie jego - jak sam ją określa - zdradziecka morda, pomyliłbym go z diabłem.

Szyno-mostek

Zalew w Cedzynie 1
Zalew w Cedzynie