Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pieniny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pieniny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 sierpnia 2022

PIENINY 2021: Z GŁOWĄ W CHMURACH

 29.07.2021

Trasa: Kluczkowce - Wdżar - Kuternogowa - Lubań - Średni Groń - Jaworzyna Ligasowska - Czyrteż Grywaldzki - Kotelnica - Marszałek - Kopia Górka - Krościenko nad Dunajcem, ok. 16 km

  Początek zaskakiwał... nudną. Żadnych busów widmo. Choć jednej rozwścieczonej sowy, którą naszła ochota, by napędzić komuś stracha. Nic więc, absolutnie nic, co pasowałoby do jedynego w swoim rodzaju wycieczkowego klimatu. 
  Wszystko zmieniło się z chwilą zdobycia szczytu Góry Wdżar, kiedy to mieliśmy przekonać się na własnej skórze, że górska pogoda bywa zmienna.

  Wystarczyło sięgnąć pamięcią kwadrans wstecz, by dostrzec rozżarzoną plamę Słońca, jaka smażyła nasze plecy. Wówczas marzyliśmy tylko o jednym - żeby zaszła ona jak najprędzej i przestała uprzykrzać włóczęgę. Niebawem, ku uciesze wszystkich tak też się stało: w sekundzie niebo ściemniało, wypełniając się popielatymi obłokami. Mimo to upał pozostał. 
  Za sobą zostawialiśmy widoki jak z pocztówki. Pejzaże, w których tafla wody przeplatała się z falistymi polami, pasami miniaturowych domków, a te kontrastowały ze średniowiecznymi ruinami strzegącymi okolicy. 
  Na usta cisnęły się wszelkiej maści słowa zachwytu, ale musiały one ustąpić jękom zmęczenia.    

Czorsztyńskie ruiny na pierwszym, a Jezioro Czorsztyńskie na drugim planie.

Panorama jaka rozciągała się z północnego zbocza Wdżaru 

  Nim się spostrzegłem, znalazłem się w tyle za innymi. Reszta grupy przepadła jak kamień w wodę. Było to w połowie podejścia. Jego kulminacja miała dopiero nastąpić, lecz stromizna nie zwlekała dłużej, by dać w kość. Nie pozwalała przystanąć, tylko pięła się w swej zawziętości i pięła. Na nic zdało się narzekanie, że ile tak można pod górę, wszak z każdym dniem siły ubywało, a nie przybywało. 
  W bólu współtowarzyszyły mi słuchawki. Ileż to radochy przyniosły, gdy razem z nimi w uszach rozgościła się muzyka. Dzięki niej wszelkie przeciwności niewytłumaczalnie uleciały. Powróciła lekkość kroku, plecak zdawał się ważyć mniej niż nic. Oto sekret jak udało mi się dogonić wpierw maruderów, a w dalszej kolejności sprintowców. Im również brakowało tchu. Twarze koloru przejrzałego pomidora mówiły za nich. Sam wyglądałem nie lepiej. Można się pokusić o stwierdzenie, że nawet gorzej. 
  W końcu z mrocznego lasu, przebiliśmy się do strefy enigmatycznej mgły. Wyżej były już tylko chmury. Szczyt w nich tonął. Drewniana wieża przekornie nazwana widokową, przywodziła na myśl skojarzenia z morską latarnią wskazującą drogę zbłąkanym marynarzom. 
  Nasze policzki chłosnął porywisty podmuch. Wiatr zamiast rozwiać chmurzyska, skumulował je wokół wieży. Tym sposobem otuliły ją niczym puszysta kołderka. 
  Po złapaniu kilku głębszych oddechów, ruszyliśmy jej na spotkanie.   

Baza namiotowa pod Lubaniem. Godzina 11:45

  Slalomem przecięliśmy pole namiotowe, po czym przystąpiliśmy do ataku na wieżę. Stawiała niemały opór. Z każdym krokiem robiło się nieprzyjemnie lodowato. To uczucie dodatkowo potęgował wiatr, który wraz z wysokością przybierał na sile. Bombardował to liśćmi, to drobinami pyłu, którymi ciskał prosto w nas. Schodek po schodku - ludzie stawali się mrówkami, namioty zmieniały się w mrowiska.
  Na wysokości szóstego piętra wieżowca świat przysłoniła nieprzezroczysta pleksa. Widoki nie tyle co nie powalały, co zwyczajnie było ich brak. Tak to wyglądało z perspektywy kogoś, kto znalazł się w chmurze, czyli nas. 
  Przeżycie ocierające się o abstrakcję. Niby mogliśmy wyciągnąć przed siebie rękę i zanurzyć ją w chmurze właśnie, wyobrażając sobie, że lecimy sobie... a co się będziemy ograniczać, po Nibylandii. Z drugiej jednak strony z tyłu głowy siedziała myśl, że chmury to nic innego, jak skroplona para wodna. A my przecież byliśmy już wystarczająco oblepieni wznoszącą się wilgocią, aby pragnąć dodatkowej porcji wody. 
  Przycupnęliśmy tylko za drewnianą ścianką, gdzie skuleni w kłębek, czekaliśmy aż mgła opadnie. Ale ona za nic miała nasze prośby. Nie tylko nie opadła, ale zgęstniała. Ci wytrwalsi zdecydowali się czekać tak długo jak będzie trzeba. Nad innymi kontrolę przejął chłód i zeszli. 




  Skończyło się tym, że zeszliśmy w komplecie, choć nie jednocześnie. Przed tym jak zdążyliśmy się rozsiąść i przystąpić do openingu konserwy turystycznej, zdarzył się cud. Bo jak inaczej nazwać  pogodową podróż jaką odbyliśmy z iście listopadowej Anglii, by ostatecznie wylądować pośrodku równika i to w czasie nie dłuższym niż rozłożenie wielofunkcyjnego scyzoryka? Chyba nie okienkiem pogodowym? 
  Grzechem byłoby nie wykorzystać owego uśmiechu losu i ponownie nie wdrapać się na wieżę. To się wdrapaliśmy. 
  Od razu zrobiło się jakby wyżej, ciężej niż poprzednio, ale też ładniej. Nieporównywalnie piękniej. Spojrzenia zatopiły się w rozdarte niebo, z którego wychodziły jęzory słupów deszczu. Z tej wysokości przypominały leje potężnej trąby powietrznej z Czarnoksiężnika z Krainy Oz. 
  Podobnie jak Dorotkę tornado, tak nas wciągnęły Gorce. Wraz z poprawą pogody odsłoniły swe drugie, dotychczas skryte za mgłą oblicze. Zadłużyliśmy się w nim bez reszty. 

Lubań 12:50

Widoki tolkienowskie 

  Partnerem dalszej części dzisiejszej relacji została wierzbówka kiprzyca. To właśnie po części ona odpowiadała za baśniową aurę Gorców o tej porze roku. Ilości w jakich rosła wierzbówka, nie pozwalały przejść obok niej obojętnie. Tysiące tysięcy różowych kwiatów składały się na obrazek rozłożystych dywanów, jakimi usiane były nie tylko same szczyty, ale i polany, spadziste zbocza, czy też zarośla. 


 To, co rejestrowały obiektywy aparatów odbijało się w oczach zapatrzonych w te wszystkie zdobyte szczyty, przemierzone szlaki i zostawało zapisane nie tylko w pamięci aparatu, ale i naszej za sprawą znacznie trwalszych od ciągu cyferek wspomnień.
  Nie zostało nam nic więcej jak spojrzeć na Pieniny ten ostatni raz, pożegnać się z nimi i zakrzyknąć w duchu do zobaczenia za rok!


Krościenko nad Dunajcem z ptasiej perspektywy.

Wierzbówka kiprzyca w pełni pory kwitnienia

  Jak to jest? Od dziewięciu dni siedzieliśmy w samym sercu Pienin. Dokładniej to nie siedzieliśmy, lecz łaziliśmy. Co by nie powiedzieć, że pokonywaliśmy własne ograniczenia, słabości, głęboko skryte lęki. Każdy dzień stawiał przed nami nowe, często zaskakujące wyzwania. Niewiele miało to wspólnego z odpoczynkiem, ale nam i tak ciągle było i jest mało. Trudno to wytłumaczyć. Może stoi za tym magia gór? Może uzależnienie tożsame z głupotą? A może styl życia, na który już jakiś czas temu zdecydowaliśmy się przerzucić? Jedno jest pewne. W trakcie wyjazdu zdążyliśmy się nauczyć, że kiedy przygoda wzywa, wymówki przestają działać. Należy wówczas porzucić wszystko inne i oddać się jej bez reszty. Od tak po prostu. I ruszyć, by sięgnąć marzeń. 
  Ktoś spyta, ale gdzie ruszyć? Prawdę mówiąc to bez znaczenia... Ważniejsze jest z kim. Bo gdy ma się obok siebie grupę takich wspaniałych ludzi naprawdę trudno o nudę.

piątek, 12 sierpnia 2022

PIENINY 2021: WODOSPADÓW SZUM

 28.07.2021

Trasa: Szczawnica - Wodospad Zaskalnik - Serwerynówka - Warzechy - Dychały - Wodospad Wielki - Szczawnica, ok. 23 km

  Gdybyście tego dnia zechcieli wyściubić choćby nos za okno swego klimatyzowanego pokoiku, momentalnie eksplodowałaby w was duchota. Kinol wraz z resztą ciała śpiesznie wycofałby się do chłodu czterech ścian. W ruch poszłyby wszystkie wachlarze, wiatraki i inne urządzenia chłodzące, jakie mielibyście pod ręką, a wy sami zapewne zajęlibyście się nicnierobieniem. Tymczasem my wybraliśmy masochistyczną wędrówkę. A to wszystko sprawka wody. To ona nas skusiła.
  Wizja jej uspokajającego szumu, orzeźwienia i rzecz jasna chłodu jaki ze sobą niosła - brzmiała w upale jak marzenie. Co prawda to wszystko były w stanie zapewnić nam kuchenne krany, ale my wbrew zasadom jakiejkolwiek logiki, zdecydowaliśmy odwiedzić oddalone o kilkanaście kilometrów wodospady.  

  W pół godziny po wcieleniu naszego pomysłu w życie, wylądowaliśmy w Szczawnicy. Otoczeni sympatyczną, uzdrowiskową zabudową, ruszyliśmy w drogę znaną nam do tego stopnia, że każde z nas mogłoby wyrecytować ją z pamięci. 
  Niebawem usłyszeliśmy znajomy szum. Parę kroków dalej, zahipnotyzowani, wpatrywaliśmy się w litry przelewającej się wody. Wyglądała niczym wodna kurtyna. I z chęcią przyglądalibyśmy się przedstawieniu, jakie wystawił nam Zaskalnik dalej, tyle, że te tłumy meleksowych turystów... Przesadnie roznegliżowanych, rozwrzeszczanych - odpychały, udowadniając, że nawet najpiękniejsze zakątki, a przeżarte komercją, potrafią zatracić swe dzikie piękno.    

Wodospad Zaskalnik. Impresja.
Foto: Raku

  Szczęśliwie przed nami wyrosła ściana lasu. Gdzie nie nadstawić uszu - tam cisza, a przy tym brak turystów i szlaku. Co tu wiele mówić. Warunki wprost stworzone dla nas. 
  Dróżka to pięła się w górę, to opadała w dół, nakazywała nam wdrapywać się na ambonę, tylko po to, by ostatecznie i tak nie wejść do środka z powodu włazu zamkniętego kłódką. Dróżka wprowadzała na szczyty, na które to wspinaliśmy się z mozołem, tyle, że po zdobyciu szczyty okazywały się leżeć w przeciwnym do interesującego kierunku marszu, toteż świadomi popełnionego błędu co rusz kluczyliśmy, błądziliśmy, lądowaliśmy w bezścieżnych chaszczach, przekraczaliśmy strumyki i właściwie to świetnie się przy tym bawiliśmy. Śmiechom nie było końca. Być może były to skutki uboczne przegrzania słonecznego, albo... zwyczajna radość wędrówki.

  Stalowe ostrze błysnęło filmowo. Przecięło powietrze. Wykonując obrót wokół własnej osi, wbiło się w spróchniały pień. Posypały się trociny. Po krótce nóż opadł na ziemię trafiając w obły kamień. Tępemu muśnięciu rękojeści towarzyszył chóralny okrzyk radości, który jeszcze przez chwilę niósł się po lesie. Pojedynek rzucania nożami zakończył się zwycięstwem Bartka. W tej kwestii obyło się bez niespodzianek.

  Tak wędrując wymieniamy się spojrzeniami. Te choć już przesycone zmęczeniem, zachowały w sobie błysk typowy odkrywcom. Ową, niemal dziecięcą radość, która jest niekończącym się źródłem coraz to nowej energii. Wystarczy oddać się jej jak ptak sprzyjającemu podmuchowi wiatru, a ona poniesie...




  Wraz z wyjściem spod zielonego parasola lasu, powrócił upał i rozlał się zarówno po nas, jak i po wszystkim wokół. Po plecach ciekły stróżki potu. Baton przestał przypominać już jakikolwiek znany światu nauki produkt spożywczy. Zmienił się w roztopioną pulpę żywnościową. Od teraz równie dobrze mógł być wyciskaną czekotubką.  
  W podobnych sytuacjach zwykle reagujemy następująco. Słowo asfalt omal nie doprowadza nas do nerwowych konwulsji, a nogi cudownym trafem nagle zaczynają boleć. 
  Wtedy jednak widok czarnej nitki drogi sprawił, że na miejsce dotychczasowych cierpkich min, spełzły szczere uśmiechy i na nowo powróciła chęć wędrówki. Doskonale wiedzieliśmy, że w miejscu, gdzie asfalt się kończy, rozpoczniemy upragniony postój.

Widoki spodambonowe

Klimatyczna hacjenda na skraju dziczy

  Okulary przeciwsłoneczne - fajna rzecz, ale po którejś z kolei godzinie ich noszenia, rzeczywistość się zaciera i na dobrą sprawę nie wie się, czy nad twoją głową zbierają się burzowe chmury, czy to tylko wina filtra przeciwsłonecznego. 
  Prognozy mówiły o popołudniowych burzach, ale któżby się przejmował kilkoma błyskawicami podczas gdy zbliżaliśmy się do celu wędrówki. Było go już słychać, ale i czuć. Nad gardzielą wąwozu, dnem której wędrowaliśmy, rozpylona była jakby orzeźwiająca mgiełka. Jej drobinki osadzały się na naszych spoconych ciałach i działały na kształt kompresu uśmierzającego ból, z tą różnicą, że w naszym przypadku uśmierzał nie ból, a trudy wędrówki.

Jedna z kilku możliwych dróg do wodospadu. Wąwóz nadaje jej charakteru bramy do innego świata, co wcale nie jest tak dalekie od prawdy.

Walka z żywiołem.

  Aż wreszcie stanęliśmy u jego podnóża. Mówią o nim Wielki Wodospad. I rzeczywiście coś ma z tej wielkości. Prezentuje się majestatycznie. Na żywo wydaje się o wiele wyższy niż na zdjęciach, wszak żadna z fotografii, choćby zrobiona przez największego specjalistę z tej dziedziny, nie jest w stanie oddać szumu, który działa na zmysły i pochłania wyobraźnię.
  Choć dotarcie do wodospadu nie należało do łatwych i każdego kosztowało sporo wysiłku, to jeszcze nie był to koniec zmagań. Nie mam tu na myśli powrotu. On był nieunikniony. Czekała nas bowiem wspinaczka w górę rzeki i walka z prądem, abyśmy mogli dopiero mówić o odpoczynku. 
  
Foto: Raku

Foto: Raku

 Wodna kurtyna ponownie opadła. Tym razem zostaliśmy na spektakl, który trwał całe trzy godziny. Przez ten czas nie spotkaliśmy absolutnie nikogo. Dostaliśmy wszystko to, po co tu przyszliśmy: chłód, błogi spokój i możliwość bezgranicznego rozmarzenia się.
  Jak dobrze, że niektóre miejsca wciąż pozostają dzikie.    

Wodospad Wielki na Potoku Majdańskim mierzący 5 metrów wysokości
Foto: Raku

niedziela, 24 lipca 2022

PIENINY 2021: GÓRA ZŁOTA

 27.07.2021

Trasa: Szlachtowa - Czuprana - Sztolnia Wodna Bania - Szlachtowa - Jaworki, Czarna Woda, ok. 17 km

  We czwórkę staliśmy nad dziurą, która równo rok temu zatrzymała nas w drodze do spełnienia marzenia. Tak jak wtedy, tak i teraz, pełni ciekawości, z rozświetlonymi czołówkami na głowach i w butach oblepionych warstwą lepkiego błotka, wpatrywaliśmy się w jej czarną otchłań. Z jedną tylko różnicą. Tym razem pamiętaliśmy zabrać linę. 
  Długa, na domiar złego wąska szczelina przebiegała wzdłuż rozmiękłej ścieżki będącej pozostałością chodnika górniczego. Ograniczona z obu stron przez pochyłe, skalne ściany, kończyła się sześć metrów niżej. Przynajmniej tak mówiły plany. Światła czołówek ledwie tam sięgały. 

Pierwszy węzeł
 
   Makumba skończył właśnie przewlekać linę przez metalowe ucho ustrojstwa wbitego w skałę. Poszło nadzwyczaj sprawnie. Nie zostało nic więcej jak założyć specjalne węzły, tzw. motyle alpejskie. Każdy z węzłów zamykała pętla. W sam raz duża, by zmieściła się w niej stopa opancerzona solidnym butem. Choć zamysł wydawał się dograny do ostatniego węzełka, rzeczywistość prędko zweryfikowała, że taki nie jest. 
  Parę minut później przystąpiliśmy do manewru zejścia. Jako pierwszy ruszył Raku. Z początku lina nie chciała współpracować. Oplotła się wokół nóg Bartka niczym pyton i zaczęła dusić swą ofiarę. Potwornie śliska skała uniemożliwiała znalezienie punktu zaczepienia. W konsekwencji zarówno ręce, jak i nogi ślizgały się. Mimo to, Bartek próbował schodzić.
  Nagle lina naprężyła się. Zadrżała. W mgnieniu oka przemieniła się w zegarowe wahadło, w którym Bartek robił za obciążnik. Bujnięcie w prawo. Węzeł zacisnął się na jego bucie. Bujnięcie w lewo. Raku zawisł. Omal nie wywinął szpagatu. Przy kolejnym bujnięciu zdołał się oswobodzić z sideł, po czym zsunął się na dno. Teraz to samo czekało nas.
  Wpierw jednak wciągnęliśmy linę z powrotem i zajęliśmy się poprawieniem węzłów. Gdy odległość dzieląca sąsiednie motyle została skrócona do minimum, lina stała się już w pełni gotowa do schodzenia, czego nie można było powiedzieć o nas samych. Gdzieś, w głębi każdego czaił się strach przed nieznanym. U jednych przebiegał bezobjawowo. U innych ujawniał się w postaci drżących dłoni. Ale skoro my, miłośnicy babrania się w glinie, przeciskania przez najciaśniejsze z dziur, odczuwaliśmy niepokój, to co miała powiedzieć biedna Marysia, która za chwilę miała zagłębić we wnętrzności pierwszej w życiu sztolni? 


  Niebawem na górze zostałem sam. Reszta znikła pożarta przez mrok. Przycupnięty nad szczeliną, czekałem. Czekanie na pozostałych dłużyło się. Z biegiem czasu umilkły ich głosy, które dotychczas zlewały się ze ze sobą w radosne echo odbijające się od ścian. Zgasiłem czołówkę, by nie zużywać niepotrzebnie baterii. Natychmiast otuliły mnie ciemności w komplecie z przejmującą ciszą. Prócz nich nic. Czułem się dziwnie nieswojo. Zupełnie jakby ktoś zaprowadził mnie do obcego domu, a następnie zgasił światło. Podświetlany zegarek wskazywał minuty, lecz mi zdawało się, że mijają godziny. Straciłem poczucie czasu.
  Nawet nie wiem kiedy zjawił się Makumba. Nie pamiętam też co powiedział, ale roznosiła go euforia. Wręczył mi czołówkę. To mogło oznaczać tylko jedno: przyszła kolej, bym to ja sięgnął najniższego poziomu kopalni. 
  Objąłem więc dłońmi napiętą linę i powoli, centymetr po centymetrze, zacząłem zsuwać się coraz niżej, do momentu aż poczułem pod stopami stabilne dno. Lina wytrzymała. W przeciwnym razie zostalibyśmy uwięzieni w podziemnej pułapce.
 Byłem szczęśliwy, że to ja pokonałem szczelinę, a nie odwrotnie. Zerknąłem przelotnie na powykręcaną linę dyndającą w powietrzu. Świadomość, że trzeba będzie pokonać tę drogę ponownie, tyle, że w górę - nieco przytłaczała.  
  Dołem biegł chodnik górniczy. Tworzył główny korytarz, pozbawiony zbędnych odgałęzień. Zmierzaliśmy nim wprost do miejsca wyjętego żywcem z baśniowej krainy. W drodze śledziliśmy wzrokiem wilgotne skały, poszukując zapisanej pośród nich historii.

  Zgodnie z tym, co głosi legenda, wieki temu na pograniczu obecnej Szczawnicy i Szlachtowej żył pewien rzezimieszek. Słynął ze swej nieposkromionej chciwości oraz żądzy pieniądza, a zwał się Piotr Wydżga. Okolica, jaką zamieszkiwał - uboga w zboża - ledwie rodziła owies. Jedyne bogactwo tamtejszej ziemi stanowiła ruda żelaza. Ale jako, że był to towar rozprzestrzeniony na szeroką skalę, cechował się mizernym zyskiem. Wizja ubogiej przyszłości nie zadowalała Piotra, który nie kwapił się do kłucia za żelazem. Ani myślał też o sianiu, czy zbieraniu owsa. Pragnął jedynie odnaleźć najprawdziwsze złoto. Ta myśl owładnęła umysłem Wydżgi do tego stopnia, że przerodziła się w obłęd. Na poszukiwania drogocennego kruszcu stracił wartość znacznie cenniejszą niż całe złota świata - czas. Wraz z czasem przeminęła bezpowrotnie młodość, zdrowie i szczęście. Podczas, gdy inni czerpali z życia pełnymi garściami, Piotr żył wzorem pustelnika stroniącego od ludzi. 
  Pod pozorem polowań błądził nocami po górskich puszczach, gdzie oddawał się poszukiwaniom. Aż któregoś poranka sam czart, któremu jak ludzie mawiali, Wydżga zaprzedał swą duszę, wysłuchał jego próśb. Wraz z nastaniem brzasku poranne promienie rzuciły smugę światła na skałę. Oczom Piotra błysnęła wtenczas przeogromna żyła złota. I choć wreszcie odnalazł on swój upragniony skarb, teraz pozostało mu odszukać kogoś, kto pomógłby mu go wydobyć. 
  Owa zagwozdka nie spędzała Piotrowi snu z powiek. Dumał nad nią do czasu, gdy w głowie nie zrodził mu się plan, aby wyjechać na Śląsk i sprowadzić stamtąd niemieckich górników. Dlaczego akurat niemieckich? Wszak język szwabski znał jako jedyny mieszkaniec ówczesnej Szczawnicy, dzięki czemu znalezisko nadal mogło pozostać sekretem. 
  Jak postanowił, tak też zrobił. W kilka tygodni później wrócił ze swej podróży w towarzystwie niemieckich górników. Przewodził nimi dawny Krzyżak, równie chciwy co Wydżga. 
  Górnicy kopali dniem i nocą. Biednych i niezdolnych do pracy mordowano. Liczyło się tylko złoto, jak najwięcej złota. A gdy wydobyto go już wystarczająco wiele, pojawił się problem, gdzie dalej przetransportować tak olbrzymią ilość metalu. 
  Wówczas z pomocą przyszedł nie kto inny jak stary Krzyżak we własnej osobie. Zaproponował przewiezienie skarbu do zamku w Malborku, gdzie zapewniał, że będzie bezpieczny jak nigdzie indziej. Piotr przystał na propozycję Krzyżaka, czego niebawem miał żałować. 
  
Jak widać korytarz był na tyle przyjemny, by nie ograniczać nam swobody poruszania się

  Odtąd zaprzestano kopania. Pod toporem siekier kładły się połacie pienińskich lasów. Z drewna budowano olbrzymią tratwę. Na niej z kolei stawiano stosy skrzyń wypełnionych po brzegi złotem.  Tymczasem w Piotrze na nowo obudził się łotr podstępny. Wciąż w pamięci obracał myśl o niewydobytych jeszcze pokładach złota skrytych w górze. Wiedział również, że wiedzą o nich górnicy. Nie mógł pozwolić na to, by jego tajemnica wyciekła poza granicę kraju. Dlatego też dzień przed wypłynięciem, kiedy tratwa cumowała przy brzegu, Piotr pod osłoną nocy wdarł się do obozowiska górników i wymordował ich wszystkich. Krwią bezbronnych ofiar wyznaczył miejsce w górach, gdzie została ukryta reszta złota. Wkrótce potem powrócił do obozowiska, odciął linę od tratwy i popłynął w dół rzeki ze skarbem. 
  Tej nocy Dunajec rwał wartko. 
  Nazajutrz przepłynął przez Kraków, gdzie wmówił tamtejszym celnikom, iż w skrzyniach przewozi żelazo. Uwierzyli mu na słowo, dzięki czemu mógł płynąć dalej. I płynął. W końcu wzburzone fale rzek zaniosły go do Malborka. 
  W podzięce za hojne dary obiecano tam Piotrowi zaszczytny tytuł, spotkanie z wielkim mistrzem. Ale trwało to tylko dotąd, póki skrzynie ze złotem nie znalazły się w krzyżackich lochach. Wtedy to zakonnicy zarzekli się, że skrzynie zamiast złota skrywają żelazo, o czym poświadczyć mogą sami celnicy. 
  I tak, Piotr złapany we własne sidła, opuścił Malbork bogatszy o garść nędznych monet oraz worek obłąkańczych chorób, jakie przyszło mu odtąd ze sobą dźwigać. Oszukany, zhańbiony i nader wszystko rozdarty wewnętrznie, wyzionął ducha, nie dotarłszy nawet do domu, do reszty złota, zaś jego dusza uleciała do czarta i błąka się po zakamarkach piekieł po dziś dzień.

  O tym jak, i gdzie iść dalej mówiły plany w telefonie. Tylko komu by się chciało przegrzebywać przez trzy warstwy jaskiniowych ciuchów, następnie zdejmować ubłocone rękawiczki i skrolować całą galerię w poszukiwaniu tego jednego zdjęcia? No komu? Zwłaszcza, że korytarz wydawał się całkiem przestronny, przytulny, bezpieczny. Przecież nie mógł nas niczym zaskoczyć, prawda?
  Zaufaliśmy intuicji. 
  Plusk. Pierwsza kałuża zachlupotała pod butem. I następna. Pokrótce  naprzeciw nas niespodziewanie wyrósł zalany szyb. Ponad taflę krystalicznej, szmaragdowej wody wystawała spróchniała drabina. Czyżby zejście na jeszcze niższy poziom? Być może, ale bezpieczniej było tego nie sprawdzać. 

Foto: Raku


  W sztolni siedzieliśmy od przeszło godziny. Jednak tu, pod ziemią, czas rządzi się własnymi prawami. Czuliśmy jakby upłynął zaledwie kwadrans, ale jaskini nie oszukasz. Zrobiło się chłodno. Nie tak przyjemnie jak wtedy, gdy z ponad trzydziestostopniowego piekła wleźliśmy do podziemnej puszki, gdzie panowała temperatura ponad trzykrotnie niższa. Oj nie. Teraz zabrana w pośpiechu bluza przestała już wystarczać. Pod nosami buchały kłębki pary. Chęć wynurzenia się z lodówki kierowała ku wyjściu. Ciekawość nakazywała jednak iść dalej. 
  Poszliśmy, a to, co ujrzeliśmy wkrótce, powaliło nas na kolana, dosłownie. 



  Zdziwienie rozdziawiło nam paszcze. W sekundzie znaleźliśmy się w świecie z pogranicza jaskini, a fantastycznej powieści. Na usta cisnęło się jedno tylko słowo: PIĘKNIE. 
  Przodek sztolni okazał się odmienny od widoków, do których zdążyły nas przyzwyczaić inne obiekty wykute ręką człowieka. Tu natura własnoręcznie zadbała o każdą z ozdób. Ze stropów zwisały ociekające kroplami deszczu jaskiniowego aktywne stalaktyty. Żebra, czy nawet wodospady naciekowe pokrywały błyszczące w świetle latarek ściany. Jednak to nie one, a misy martwicowe wypełnione wodą oraz perłami jaskiniowymi odjęły nam mowę. Koliste ziarna otoczone wytrącającym się węglanem wapnia - były ich setki. Przypominały miniaturowe ogrody. Jak ogrodnicy przypatrywaliśmy się im z zachwytem, uważając, by czegoś przypadkiem nie zniszczyć.


Jedna z mis martwicowych

Szczęście odkrywców

  Świat na zewnątrz powitał falą gorąca, która buchnęła prosto w nasze twarze. Rozgrzana od Słońca ziemia oddawała ciepło. Nawet brnąc dnem spadzistego wąwozu nie sposób było umknąć duchocie. W oddali pomrukiwała burza. Do uszu dolatywał też szum tętniącego życiem strumyka. Miejscami odnosiło się wrażenia, że więcej w nim żyjątek wszelkiego rodzaju niż samej wody. 
 
Charakterystyczny stok Jarmuty

Ostrożeń głowacz


Z biegiem Pałkowskiego Potoku

  Na koniec należy się kilka słów tytułem wyjaśnienia. Wybaczcie tak wielki poślizg i przerwę w nowych relacjach. Cóż, obecnie mam ręce pełne roboty. W międzyczasie powstaje nowa, atrakcyjniejsza wizualnie strona o naszych wypadach. Dnia brakuje mi na wszystko, studia powoli stają się faktem, a nim się obejrzałem minęła już połowa z najdłuższych wakacji w życiu. Ale my podróżujemy dalej, wciąż przeżywamy wspólne przygody i odkrywamy nieznane miejsca i zapewne będziemy robić to jeszcze baaardzo długo. Bo w wędrowaniu nie ma miejsca na przerwy. Wielkimi krokami zbliża się też nasz wyjazd do Czech, z którego mam nadzieję przywieziemy mnóstwo zdjęć, jak i wspomnień.
  Bez względu na piętrzące się wymówki, wszystkim tym, którzy pamiętają, by czasem tu zajrzeć serdecznie dziękuję. I ja będę o Was pamiętał. Obiecuję też, że posty będą pojawiały się tak często jak będzie to tylko możliwe. 
  Z turystycznym pozdrowieniem Poszukiwacz Przygód.

środa, 25 maja 2022

PIENINY 2021: DRUGA TWARZ MAŁYCH PIENIN

 25.07.2021

Trasa: Jaworki, Czarna Woda - Rez. Biała Woda - Dziobakowe Skały - Rez. Zaskalskie-Bodnarówka - Jaworki, Czarna Woda, ok. 9 km

  Po przekroczeniu spróchniałego progu, znalazłem się w pomieszczeniu wypełnionym gęstą zasłoną dymu. Jego zapach - intensywny i duszący zarazem - przypominał ten z wędzarni. Sprawiał, że z oczu ciekły łzy, a wkoło nie widać było absolutnie nic prócz brudnej szarości. Czułem się jak strażak podczas akcji ratunkowej. Gładziłem ręką drewniane ściany, by jak najprędzej wydostać się z objęć dymu. Podłogowe deski przy najmniejszym nawet kroku skrzypiały, nadając akompaniament strachu. 
  Nagle gdzieś z głębi pomieszczenia wyłoniła się postać o niewyraźnym zarysie. Dym zaczął się nieznacznie przerzedzać, toteż stopniowo ukazywały się jej kolejne szczegóły. Początkowo przez załzawione oczy dostrzegłem jedynie wełnę. Mnóstwo wełny. Dokładnie taką samą, jak u owiec, które meczały na mnie kilka minut wcześniej. Wkrótce potem tej wełnistej postaci przybyły dwie nogi, aż w końcu stanął przede mną prawdziwy góral z krwi i kości ubrany w barani serdak. 
- Jeden? - zapytał.
- Tak.
  Usłyszawszy moją odpowiedź, obrócił się i zniknął równie tajemniczo jak się pojawił. Wrócił niedługo potem z zawiniątkiem w ręku, a na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech.



  Mknąłem przed siebie. W drodze przegryzałem dopiero co kupionego oscypka, który charakterystycznie skrzypiał mi między zębami. Za plecami znikały pastwiska pełne białych, puchatych kulek. Znikała też znajoma bacówka i siedzący przed nią na ławce góral. Odtąd zostałem się już tylko ja i oscypek zdani na łaskę pienińskich bezdroży.
  Żwawym tempem zbliżałem się do ścieżkopodobnego tworu, który według mapy miał doprowadzić mnie do Dziobakowych Skał. Kłębowisko kłujących ostrężyn z każdym krokiem przypominało o tym, że lata, kiedy ktoś tędy łaził, dawno uleciały w niepamięć. Tuż za kłębowiskiem wyrosło skalne urwisko. Opadało wprost w głęboko wciętą Dolinę Skalskiego Potoku, dokąd właśnie zmierzałem. Nasuwała się tylko jedna myśl. Jak u licha się tam dostanę? Niebawem miałem się o tym przekonać na własnej skórze.

O Dziobakowych Skałach wiadomo niewiele, co by nie powiedzieć prawie nic. Geneza ich nazwy wciąż pozostaje zagadką.

   Grań długością i kształtem przypominała mur obronny. Tak długi, że stojąc w jego najbardziej skrajnym punkcie, nie było widać, gdzie się zaczyna. Z nagich skał rozciągała się rozległa panorama na okolicę. Za jednym spojrzeniem dało się objąć trasy większości naszych wędrówek z poprzednich dni.
  Spośród wszystkich wzgórz i pagórków jedna tylko góra budziła tak wiele wspomnień. Jej spiczasty, zalesiony wierzchołek przywodził na myśl jednym wulkan, innym garb wielbłąda. Wysoka, czyli najwyższy szczyt Pienin, enklawa dzikiej przyrody i obowiązkowa atrakcja na mapie każdego, kto zawędrował w te rejony. Teraz widziałem ją jak na dłoni. Polanę u jej stóp także. Jedynie po miśku (choć mocno wytężałem wzrok) nie zostało ani śladu. 
    
Foto: Statyw

Uwięziona wolność

  Niebo pociemniało. Kłębiaste chmury zostały uwolnione od ciężaru deszczu. Ten spadł najpierw w postaci paru niepozornych kropli, by wkrótce przerodzić się w rzęsistą ulewę. Krople cięły równo każdą przeszkodę jaką napotkały na swej drodze. Nie oszczędzając przy tym i mnie. Jakby tego było mało zerwał się porywisty wiatr. Będąc pośrodku cypla skalnego, z dwóch stron ograniczonego ponad 100-metrową przepaścią, stałem się bezbronny wobec żywiołu. Musiałem się skulić i w takiej pozycji czym prędzej wycofać. Zejście okazało się koszmarem.
   Bo jak inaczej nazwać spełzywanie po obślizgłej skale, której nie sposób się złapać, gdyż porasta ją wilgotny mech. Po mchu przyszedł czas na kożuch zgniłych liści i upadek nr 1. Nietrudno się domyślić co nastąpiło później. Szczęśliwie skończyło się na paru ciemnych śladach na spodniach. Co najważniejsze oba upadki znacząco przyspieszyły moją drogę na dół. Nic tylko się cieszyć. 



  Poobijany, oblepiony wszystkim tym, co zebrałem przy okazji toczenia się ze zbocza i przemoczony do ostatniej suchej nitki, stanąłem na dnie doliny. Biegła tu kamienista droga, która na skutek intensywnych opadów przybrała formę górskiego potoku o wartkim nurcie. Na stopniach skalnych potworzyły się najprawdziwsze kaskady. Aby uniknąć zamoczenia jedynej suchej rzeczy jaka mi została - butów, skakałem z jednego głazu na drugi i tak do czasu, gdy nie dotarłem do wrót rezerwatu. 


  Rezerwat Zaskalskie-Bodnarówka powołano do życia w 1961 roku, by chronić tutejszy krajobraz wraz z cennymi zbiorowiskami rzadkich gatunków roślin. Swoistą ostoję pośród skał znalazł również puchacz. Ze względu na ścisłą ochronę na co dzień obszar ten pozostaje niedostępny dla turystów. U wyjścia rezerwatu widnieje jednak tabliczka, a na niej informacja o możliwości odwiedzenia tego niezwykłego miejsca po wcześniejszym kontakcie z nadleśnictwem. 
  Na kilka tygodni przed wyjazdem wysłaliśmy więc stosownego maila, z prośbą by wydano nam specjalną zgodę. Nadleśnictwo jednak nie raczyło nawet odpisać. Szkoda...

   W rezerwacie dało się poczuć niewytłumaczalną atmosferę tajemniczości. Grupa czerwonych skał skrywała się w samym sercu świerkowego lasu. Gdzieś pośród nich, pod okapem niewielkiej jaskini niczym gollum skrywałem się ja. Krople deszczu osiadały na obiektywie aparatu. Wycieranie ich za każdym razem, gdy chciałem zrobić zdjęcie doprowadzało do szału. Zgarbiony siedziałem i zachwycałem się dzikością tego miejsca chłonąc ją wszystkimi zmysłami. W głębi duszy pragnąłem, aby końcu przestało padać. 
   
Schronisko w Dziurawej Skale (4 m)

Dziurawa Skała zbudowana z wapieni oraz radiolarytów (te rude wstawki)

Nikła pozostałość po nieistniejącej już łemkowskiej wsi Skalskie

  Półtorej godziny później deszcz ustał na dobre. Nagrzana ziemia parowała. Mgła unosiła się tylko wyżej i wyżej, a ja przyglądałem się temu zza okna restauracji, popijając talerz kwaśnicy. Kiedy zajadałem się w najlepsze, gdzieś daleko stąd, no może nie tak całkiem daleko, bo w odległości 11 km, odbywało się wielkie suszenie. 
  Lina speleologiczna Makumby odnalazła się genialnie w roli sznurka na pranie. Rozciągnięta między sąsiednimi pokojami uginała się od ciężaru mokrych ubrań. Leżały na niej bezładnie narzucone. Przejście z jednego pokoju do drugiego do złudzenia przypominało przechadzkę cygańskimi slumsami.
  I tak właśnie miała zakończyć się nasza podróż pełna niezapomnianych przygód po krainie nieśpiącego po nocach niedźwiedzia, sów goniących bezbronnych turystów i czuwającego nad tym wszystkim z góry Janosika. Los jednak chciał inaczej. Ta sama lina, na której obecnie suszyła się połowa zawartości naszej garderoby miała nam się wkrótce przydać do zgłębiania podziemnych sekretów. 

czwartek, 28 kwietnia 2022

PIENINY 2021: NA GRANI(CY) WYTRZYMAŁOŚCI

24.07.2021

Trasa: Szczawnica, ul. Szlachtowska - Łaźne Skały - Kacze - Gronik - Vylízaná - Schronisko Orlica - Sokolica - Czertezik - Czerteż - Białe Skały - Bańków Gronik - Przełęcz Szopka - Trzy Korony - Krościenko nad Dunajcem, ok. 20 km

  Kontakt z zagubionymi urwał się wkrótce potem. Telefon zamilkł. Żadnego sms-a, żadnej informacji. Głowę nawiedzały myśli przeróżne, ale biegliśmy, bo choć czasem łapała kolka i brakowało tchu - stawką mógł okazać się dalszy los naszych przyjaciół. 

  Podsumujmy. Nas jest szóstka, misiek "tylko" jeden. My razem wzięci nadal ważymy mniej niż on. Nie mamy też ostrych pazurów, jeszcze ostrzejszych zębów i przede wszystkim planu. Żadnego! Jedyne co mamy to oręż w postaci rzeczy, które udało nam się upchać w pośpiechu. 
  Bartkowi i Kubie po kieszeniach dźwięczały scyzoryki różnych rozmiarów. Makumba ściskał w dłoni swoją słynną maczetę, zaś ja - parę kijków trekkingowych. Jakbym kompletnie zapomniał o ich bezużyteczności w sytuacjach zagrożenia (bo skoro nie poradziły sobie z sową, to jakim cudem miały dać radę w pojedynku z niedźwiedziem?!). Jednak najbardziej poszkodowane były dziewczyny. Do walki musiał im wystarczyć urok osobisty. 
  Jak więc sami widzicie, misiek w starciu z nami nie miał najmniejszych szans. 
  Tak obładowani wszelkim żelastwem i ogarnięci chwilowym podnieceniem, czuliśmy się niczym banda hałaśliwych Galów nacierających na Rzymian. Z tą tylko różnicą, że raz brakowało nam magicznego napoju Panoramiksa, który obudziłby uśpioną odwagę, a dwa zamiast na Rzymian, kierowaliśmy się prosto w paszczę lwa, tzn. niedźwiedzia.

  Po blisko kwadransie, dotarliśmy do wrót wąwozu, gdzie ukazały się otulone mrokiem skały. Mrok sprawiał wrażenie, że są niczym nie rozgraniczone i sięgają nieba. Przeróżne drzewa, mostki schowane głębiej, rysowały się zaledwie jako kanciaste cienie. Jedynie ścieżka, którą zdążaliśmy, znana nam była na tyle dobrze, że zdołalibyśmy pokonać ją z zamkniętymi oczami. 
  Tylko po co zamykać oczy, gdy wokół i tak za wiele nie widać, a wszystko, włącznie z nami samymi, zamknięte jest pod kloszem kruczoczarnej nocy.
  Przez porwane strzępy chmur wreszcie przebił się księżyc. Od teraz rzucał blask na drogę. Jego srebrna tarcza odbijała się w bystrzach wartkiego potoku. Szliśmy równolegle do niego. Do polanki, na której niedźwiedź widziany był po raz ostatni, dzielił nas zaledwie kilometr. 

  Dotychczasowe cykanie świerszczy ustało. Zrobiło się przeraźliwie cicho. Za cicho. Słyszalny stał się każdy, najdrobniejszy nawet szept. Znienacka zaczęły dobiegać niezidentyfikowane szelesty, które stopniowo wzrastały na sile. Źródło tegoż dźwięku znajdowało się w lesie, tuż przed nami. 
  Zaszeleściło ponownie, tyle, że głośniej i... Jeśli liczycie na to, że nagle zza krzaków wyłonił się niedźwiedź i stanął na tylnych łapach przed panicznie wystraszoną grupą, to niestety muszę was zasmucić. Zamiast niedźwiedzia zobaczyliśmy zanoszącą się od śmiechu Kamilę. Nie wyglądała na kogoś, kto niedawno spotkał krwiożerczą bestię. 
  Chwilę później pojawił się Wojtek. O dziwo również w jednym kawałku. I kiedy już myśleliśmy, że wszystko to jeden nieśmieszny żart, któreś z nas zobaczyło, że palec Kamili jest podejrzanie wygięty. Czyżby pamiątka po walce z miśkiem? - pomyślałem. W odpowiedzi dostałem krótką opowieść, która brzmiała w skrócie tak. 
  Niedźwiedź rzeczywiście był, ale kompletnie nie zainteresowany dwójką naszych kompanów. Toteż obszedł ich na bezpieczną odległość i sam chwilę potem zniknął pośród drzew. Wyjaśnił się też brak kontaktu. Przyczyna najprostsza na świecie - nie mieli zasięgu. Niektóre z wiadomości dotarły do nas z kilkugodzinnym opóźnieniem. 
  No dobrze, a ten palec? Za nim to już na pewno musiała się kryć ciekawa historia. Tu wystarczyło, że powiedzieli jedno słowo: kamień. Popatrzyłem się na Kamilę i prędko połączyłem ze sobą fakty.
  Może to, że nie spotkaliśmy żadnego niedźwiedzia jakoś byśmy przeżyli. Z trudem, bo z trudem, ale przeżyli. Ale jak przeżyć świadomość, że biegliśmy tyle tylko po to, by zabandażować palucha pewnej niezdarze?! Toż mi to akcja ratunkowa... 

  Nazajutrz nadciągnął jeden z tych dni, o których zwykło się mówić upalne. Zaraz po opuszczeniu busa, znaleźliśmy się w samym centrum rozgrzanej patelni. Uderzyła w nas fala gorąca. Powietrze zasysane nozdrzami, nieprzyjemnie piekło. Wypatrywaliśmy ciemnej plamy błogiego cienia, co jest niebywale trudne, mając przed sobą jedynie ogromną polanę, która zdaje się nie mieć końca. 
  Po pokonaniu solidnego pagórka, na horyzoncie zaczęły falować sylwetki samotnych drzewek. Na ich widok nieznacznie przyspieszyliśmy. Od teraz to one stały się priorytetem. 


  Żar lał się z z nieba, a z czoła pot. Zielone parasole jakie tworzyły korony rozłożystych buków, na niewiele się zdały. Były tylko krótką strefą przejściową między następną otwartą przestrzenią, gdzie duszne powietrze zaatakowało ze zdwojoną siłą. Nieco dalej rozciągał się las. 
  Kiedy już się w nim znaleźliśmy, nareszcie mogliśmy odetchnąć z ulgą, że najtrudniejszy fragment wędrówki mamy już za sobą. Przynajmniej tak nam się wówczas wydawało.

  Z impetem wbiliśmy się w krzaki. Wątpiliśmy w to, czy aby na pewno idziemy dobrze. Uspokoił nas dopiero widok czerwono-białych słupków granicznych. Od teraz wystarczyło jedynie kierować się przed siebie. Pomyślicie - nic prostszego. Otóż nie tym razem. 
  Nasza, nazwijmy ją wędrówka, przypominała podążanie po omacku. Po lewej stronie opadało strome zbocze porośnięte gęstym lasem; z prawej przepaść (wiedzieliśmy o niej jedynie z mapy, wszak w terenie strona prawa wizualnie nie różniła się od lewej).
  Jaskrawa zieleń wystrzeliwała prosto w nasze twarze. I to dosłownie. Gdy dostało się taką ulistnioną gałęzią, to człowiek przez parę najbliższych sekund nie wiedział, co na dobrą sprawę się wydarzyło i dopiero po czasie wracał do pełnej świadomości. 
  Zostawiwszy gdzieś po drodze kilka jęków bólu, dotarliśmy na początek grani. Dla nas stanowił on symboliczny początek wyprawy, jakiej celem było przejście całym skalistym grzbietem polskich Pienin jednego dnia.  

Łaźne Skały

Widok w kierunku Wysokiego Wierchu, Durbaszki i Wysokiej

  Zabłądziliśmy, lecz kontrolowanie. Przynajmniej musieliśmy stwarzać takie pozory. Tam dokąd zmierzaliśmy niewiele osób trafiało świadomie. Zazwyczaj byli to turyści, którzy zboczyli ze szlaku i w efekcie się gubili. My jednak byliśmy nieco bardziej wtajemniczeni. Ale czy ktoś musiał o tym wiedzieć? 

  Wszystko zaczęło się od skrzyżowania szlaków. Plan był prosty. Trzymać się twardo jednej tylko zasady: zero skrótów, skusiek i przejść na przełaj. Tymczasem wystarczyła okoliczność, bym znalazł się na czele grupy i zobaczył ścieżkę, która odbijała na południe. Zatrzymałem się przy niej i cierpliwie poczekałem, aż zbliżą się do mnie pozostali. Oznajmiłem wówczas, iż ścieżka wydaje mi się na tyle ciekawa, że nią pójdziemy. Nie usłyszałem sprzeciwu. Może dlatego, że jako jedyny wiedziałem dokąd ona tak naprawdę prowadzi.

  Ścieżka z każdą chwilą stawała się coraz dziksza i bardziej niedostępna. Ostatecznie znikła na dobre, zostawiając nas właściwie pośrodku niczego. Wkrótce okazało się, że tym niczym jest... Słowacja. 
  I tak niepostrzeżenie przekroczyliśmy zieloną granicę kraju. Nie było nam jednak dane przebywać długo u południowych sąsiadów. Zapora bujnej roślinności skutecznie odbierała możliwość dalekich obserwacji. Takowe podobno można było stąd prowadzić. Podobno. 
  Na razie przez nieliczne prześwity przebijały się jedynie strzępki widoków. Należało poszukać jakiejś sensownej szpary pośród tej masy zarośli, z której dałoby się wychylić czuprynę i tym samym nacieszyć oczy górskimi pejzażami. 
  Szpara odnalazła się kilkaset metrów dalej, ale w pakiecie z pierwszorzędną przepaścią. Widoki owszem wspaniałe. Jednak w sytuacji, gdy leży się brzuchem na usypującym się piargu, 150 metrów nad ziemią trudno o szczery zachwyt. 

Położona w przełęczy Leśnica. Na razie w ukryciu

Foto: Raku

  Ostatnia nadzieja tliła się w wapiennej skale. Mogliśmy powiedzieć o niej jedno. Była wysoka. Na tyle, że nie obejmowaliśmy jej wzrokiem. Znaczną część skały skrupulatnie maskowały drzewa.
  Niebawem wraz z Oliwką oraz Wojtkiem podjęliśmy próbę wspinaczki. Śliskie od potu dłonie zsuwały się z chropowatej powierzchni skały jakby była masłem. Pomagaliśmy sobie obejmując pnie rosłych buków. Na dół zlatywały okruchy skalne. My nie zlecieliśmy, co uznaliśmy za niemały sukces.

   Ale zaraz, chwila. Przecież tam, przed nami biegnie ścieżka. To oznacza, że jacyś inni idioci weszli tu na wiele przed nami i trochę ich musiało być. W końcu ścieżka wygląda na porządnie wydeptaną. Od razu zrobiło się jakoś raźniej wiedząc, że nie tylko my wpadamy na tak szalone pomysły. 
  W parę minut później szczyt był nasz. Pojawił się błysk w oku. Spłynęło ku nam przyjemne ciepło. Tak gdybyśmy przed momentem pociągnęli za wstążkę od prezentu i naszym oczom ukazała się ukryta dotychczas niespodzianka. Jakby nie patrzeć tak właśnie było. Z wrażenia początkowo zaniemówiliśmy. Potem już tylko chciało się głośno krzyknąć z radości. Decyzja mogła być tylko jedna. Idziemy po resztę.
  
Początek ścieżki samobójców

  Ostatecznie poszedł sam Wojtek, a my zostaliśmy pilnować plecaków. Upłynęło trochę czasu nim zza stromej ścieżki zaczęły wychylać się pierwsze zgarbione postaci. Zmęczenie rysowało się na ich twarzach. Nie ma się co dziwić. Podejście szczerze dawało w kość, ale nie tak mocno jak wizja spadnięcia na dół. Bo kiedy słyszysz od Marysi, że zaraz spadniemy i się zabijemy, spoglądasz na pozostałych i w ich oczach widzisz strach, to już wiesz, że udało Ci się wymyślić coś wybitnie głupiego.
 
  Na szczycie wiało potężnie. Kurczowo trzymaliśmy nasze nakrycia głowy, by nie odleciały niczym papierowe samolociki w przestwór skalnej otchłani. Do nosów docierała słodka woń naskalnych kwiatów i intensywny zapach ziół, które mieszały się ze sobą dając niepowtarzalny aromat gór. Większość z nich rosła nad samą krawędzią przepaści. Codziennie na granicy życia i śmierci. I pomyśleć, że niektórzy ludzie mogliby się z tymi roślinami utożsamić.
  
Nareszcie w komplecie
Foto: Statyw


Wijący się Przełom Dunajca, a na dalszym planie Trzy Korony

Przypatrzcie się uważnie temu słupkowi, na którym siedzi Locht i zapamiętajcie go dobrze (słupek oczywiście)

   Pod nami przepaść, a my przepadliśmy bez reszty, w widokach. Majaczył się zarys dalszej drogi. Jak guma do żucia ciągnęła się nitka asfaltowej szosy. Przełom Dunajca majestatycznie rozdzielał skalne masywy, które to zalesione, to nagie opadały stromo, niemal pionowo. Wapienne ściany jaśniały bielą w świetle Słońca. Wodami rzeki spływali turyści. Z tej wysokości byli niewiele więksi od losowego kamienia. Co za wysokość! Wspaniałe to uczucie, gdy widziało się tych wszystkich ludzi doskonale, a oni Ciebie nie. Nie do porównania z czymkolwiek innym, niepodrabialne. I jeszcze ten szokujący bezkres i dziewiczość w czystej postaci. Ah... idzie się rozmarzyć. 
  Później nie było już tak kolorowo. Czekało nas pokonanie grani.
  Kruche kamienie, żwir usypujący się spod nóg. Ścieżka - jest, ta sama, którą widzieliśmy kilkadziesiąt metrów wcześniej. O ile ktoś odważy się nazwać ścieżką wąski pas wydeptanej zieleni, po obu stronach rozgraniczony przepaścią. Właśnie przepaść. W tym miejscu liczyła już ponad 200 metrów, ale spokojnie, wtedy nie mieliśmy o tym pojęcia. Musiało wystarczyć określenie "wysoko". 
  Skalna grzęda prowadziła nas ku (jak nam się wydawało) jedynej rozsądnej drodze na dół. Grań rosła na naszych oczach. Coraz wyżej, i jeszcze bardziej wąsko, ale nogi ani ręce nie drżały. Zdążyły się już przyzwyczaić do wysokości. Niedługo potem znaleźliśmy się na sąsiednim, odizolowanym wierzchołku. Rosła tu samotna, uschnięta już sosna. Wyglądała jak maszt na okręcie. Tym okrętem mogła być śmiało postrzępiona, długa na kilkaset metrów grań.
  A co dalej? Dalej wyrosła kolejna przepaść. Wpadała wprost do Dunajca. Kto chciał mógł schodzić. Droga wolna. Z drogi na dół wyszło więc nici. Zostało nam wrócić ścieżką samobójców (bo tak została ochrzczona) i wraz z pozostałymi udać się do Szczawnicy. 

  I my zostawiliśmy ślady naszych stóp na grani. Zabraliśmy też stamtąd masę zdjęć. O ile podczas wspinaczki musieliśmy wykazać się niewyobrażalną uwagą i ostrożnością, o tyle przy schodzeniu wszystkie nasze zmysły musiały wyostrzyć się podwójnie. Z resztą co ja piszę. Tu nie dało się schodzić. Było zbyt stromo. Schodzenie w takich warunkach mogłoby być równoznaczne ze skręceniem kostki. Dlatego też pierwsze metry część z nas pokonała zjeżdżając. Na tyłkach. Prawdziwy problem pojawiał się wówczas, gdy buty nie chciały współpracować z gliniasto-kamienistym podłożem. Z zatraceniem prędkości bywało wtedy różnie. Ale od czegoś są w końcu drzewa. Liczyłem tylko na to, by któreś z nas nie skończyło wkrótce jako ludzki kręgiel podcięty przez kogoś, kto nie zdążył wyhamować.
 Kierunek promenada!

Szersza część grani

Nieświadomi niczego odpoczywacze

Gra świateł

Na dziobie skalnego statku

  Rozbrzmiewała wrzawa, piski, śmiechy, krzyki. Promenadą przelewał się tłum turystów. Od rowerzystów, przez rodziny z dziećmi, kończąc na zaprawionych górołazach niosących plecaki wyższe od nich o głowę. Wkrótce staliśmy się jego częścią. Zbliżaliśmy się też powoli do przystani, gdzie czekać nas miała przeprawa przez Dunajec. Już sama myśl o tym, że na drugi brzeg dotrzemy suchą stopą, działała nadzwyczaj kojąco. 
  Wtem przed oczami Kuby śmignęła drewniana budka, a na niej wypisane wielkimi literami: cennik, godziny otwarcia i to co interesowało nas najbardziej, czyli telefon do flisaków. Wybraliśmy numer. Za moment w słuchawce odezwał się kobiecy głos, który kazał nam zejść niżej. Poczuliśmy się obserwowani. Posłusznie zeszliśmy po schodkach. 
  Na brzegu czekali ONI ubrani w tradycyjne stroje. Siedzieli w swych tratwach. Powątpiewałem, że niby to coś, co sklecają rozbitkowie, chcący wydostać się z bezludnych wysepek, ma nas bezpiecznie przetransportować i przy okazji nie zatonąć dźwigając na sobie taki balast. Nadeszła pora, by się o tym przekonać. 
  Odbiliśmy od brzegu. Tratwa nieznacznie się zakołysała. Z pełnym ciekawości spojrzeniem przyglądaliśmy się bocianowi czarnemu, który zajęty swoimi codziennymi obowiązkami, zdawał sobie nic nie robić z naszej obecności. Wkrótce znaleźliśmy się pośrodku rzeki. Tutaj praca drygawki okazała się niezastąpiona w walce z nurtem.
  Patrzyłem na flisaków w nadziei, że urozmaicą nam czas snując zabawne opowieści. Oni tymczasem zażądali pieniędzy za przeprawę i tyleśmy się nagadali. 

Na tratwie

Wodne łowy

Grota Zyblikiewicza

  Na drugim brzegu odnaleźliśmy cień, bo o spokoju od turystów już tak nie mogliśmy powiedzieć. Każdy wdrapywał się w swoim tempie. Szlak lawirował. Prowadził przez obalone kłody pełniące funkcję stopni. Zdarzały się też dłuższe proste, gdzie dało się wymknąć z korka, jaki powoli się tworzył. 
  Z minuty na minutę robiło się tłoczniej. Duchota wysysała resztki pozytywnej energii. Wkraczaliśmy w fazę niechcenia i wszechobecnej niemocy. Miało się ochotę położyć gdziekolwiek, odespać trudy poprzednich dni i zregenerowanym wstać dopiero jutro.

  Kiedy tak sobie narzekałem pod nosem, spośród kolejki, która zdążyła zgromadzić się przy kasie biletowej, wyłoniła się kobieta niezwykła. W moich oczach od razu urosła do bohaterki, choć nawet nie znałem jej imienia. 
Podobnie jak my, pokonała trudy wędrówki, by stanąć na Sokolicy, ale dokonała tego o kulach, na jednej nodze. Drugiej nie miała. Pozostało mi tylko domyślać się ile niewyobrażalnego wysiłku, walki z samą sobą i przygotowań ją to kosztowało. Tymczasem nie widać było po niej choćby odrobiny zmęczenia. Widoczny był za to promienisty i poruszający zarazem uśmiech. Na tyle poruszający, że natychmiast przestałem narzekać. 

Resztki pienińskiego symbolu
Foto: Kamila

Foto: Kamila

  Są takie spotkania, które zapamiętuje się na zawsze. Są i szczyty, z których widoki nie znudzą się nigdy. Sokolica bez wątpienia do nich należy. Bo choć zdobywałem ją już czterokrotnie, to wciąż zapiera dech w piersi jak przy pierwszym razie, a na usta ciśnie się ogromne WOW. 
  Niektórzy w tutejszej panoramie dopatrują się podobieństw do pewnego odcinka przełomu rzeki Jangcy. Porównanie mocno nietrafione. Co prawda rzeka tu i tu jest, skały również. I na tym właściwie podobieństwo się kończy. No cóż. Jakie Chiny takie mamy Jangcy.
  Nam do szczęścia w zupełności wystarczył fakt, że to, na co teraz spoglądaliśmy, to krajobraz, który przed wiekami podziwiali nasi przodkowie. Dwa, trzy i więcej wieków temu. Od tamtego czasu prócz metalowych barierek na szczycie i ludzi robiących sobie selfie naprawdę niewiele się zmieniło.      

  Spiczaste wierzchołki drapieżnie wyglądały ku nam i kusiły. Gdyby potrafiły mówić ludzkim głosem, z pewnością skusiłyby nas, abyśmy się na nie wdrapali. Szczerze, to nie musiałyby się specjalnie wysilać.
  Jedna z górek wydała mi się szczególnie znajoma. Wskazałem na nią palcem, by upewnić się, czy reszta sądzi podobnie. Nie myliłem się. Te wapienne ściany, ta uschnięta sosna, ta ścieżka biegnąca granią. Trudno sobie wyobrazić, ale zaledwie godzinę wcześniej po niej łaziliśmy.
  Widząc w pełnej okazałości tego skalnego olbrzyma, dotarło do nas w jak niebezpiecznym miejscu tkwiliśmy. Najmniejsza nawet pomyłka tam mogła przybrać dramatyczne konsekwencje. Aż włos jeżył się na głowie.  

Pamiętacie słupek, który kazałem zapamiętać? Tu, go co prawda nie widać, ale wprawne oko dostrzeże na szczycie inny. To właśnie za nim rosła uschnięta sosna

Przekrój

  Na dobrą sprawę nie wiem jak do tego doszło. Może to dzięki niezwykłemu spotkaniu. Być może za tą decyzją stał zmysł cebuli, który obudził się we mnie na chwilę po tym, gdy dowiedziałem się, że na jednym bilecie możemy tego samego dnia wejść jeszcze na taras widokowy na Trzech Koronach. Faktem było, że wraz z Jankiem biegliśmy. 
   Bieg w tak wysokiej temperaturze, przy kilkudniowym zmęczeniu i znaczących brakach snu był nie tylko szaleństwem, ale i głupotą zakrojoną na szeroką skalę. Jeszcze z kijkami. Chwila nieuwagi a z nieświadomego niczego turysty mógł zostać szaszłyk.
  Mijał kilometr za kilometrem. Nogi chciały dalej, lecz słabnący oddech nakazywał co innego. Czułem się jakbym uczestniczył w jakimś treningu Szaolin. Idealnie też odnalazłem się w roli marudy. Zastanawiałem się ile można tak jeszcze biec.
  Janek w przeciwieństwie do mnie nie wykazywał żadnych oznak zmęczenia. Był równie energiczny, co przed biegiem. Co więcej, nie chciał słyszeć o żadnych postojach.
  Trzeba grać twardego - stwierdziłem. Nie mogę wymięknąć pierwszy. Męska duma mi na to nie pozwala. Może zaraz osłabnie i sam zaproponuje przerwę? Nie osłabł. Przyspieszył. A ja zacząłem zostawać w tyle.  

Druga twarz Sokolicy

Foto: Raku

  Spotkaliśmy się dopiero w okolicach wierzchołka. Janek niezmordowany. Mi z wysiłku drżały nogi. Oddech łapałem łapczywie jak ryba wyciągnięta z wody. Wszyscy wokół uważnie mi się przyglądali. Daleko mi było do obiektu westchnień. Prędzej widzieli we mnie sapiącego zboczeńca, który dosłownie przed kilkoma sekundami wybiegł zdyszany z krzaków i stanął przed nimi. Masakra...
  Nie pamiętam kiedy ostatnio tak dogłębnie wpatrywałem się w swoje buty. Jeszcze chwila, a wyliczyłbym wszystkie włókna sznurówek. Jeśli o buty chodzi, turyści wokół reprezentowali cały ich przekrój. Rzecz jasna królował powiew klasycznej polskości w postaci białej (choć niekoniecznie czystej) skarpety odzianej w sandał. Rzadziej zdarzało się obuwie typowo górskie. Jednak największe chyba zaskoczenie wzbudził we mnie widok szpilek z obcasem tak wysokim, że raz na zawsze pozbawiłby on hobbity kompleksów związanych ze wzrostem.

  Wzrok tkwił zawieszony do momentu wyrównania oddechu. W przyspieszeniu tego procesu niezawodna okazała się bułka. Brutalnie zakorkowała ona usta. Zadziałało podobnie jak smoczek u płaczącego bobasa - w obu przypadkach stworzenie ucichło. Mogliśmy więc udać się na taras widokowy. 
 Zachmurane do tej pory niebo, przejaśniało. Odsłoniły się schowane za obłokami szczyty. Wszystko wskazywało na to, że będzie nam dane zobaczyć panoramę z Trzech Koron w pełnej krasie.

Księga

Łomnica

  Janek rozejrzał się wkoło, pstryknął garstkę zdjęć i pobiegł dalej. Na jego celowniku znalazła się najbliższa karczma w Krościenku, gdzie wygłodniały, mógł nareszcie się posilić. Sam zaś zdecydowałem, że nie ruszam się z tarasu aż do zachodu Słońca. 
  W międzyczasie przez punkt widokowy zdążyły się przewinąć dziesiątki turystów. Zarówno tych, po których widać było, że kochają góry całym sobą, jak i takich, których po stanięciu na metalowej platformie przytłaczała wysokość i ogarniał lęk. Chwytali się oni mocno barierki i krok po kroczku kierowali do zejścia. Na chwilę wpadli też Kamila z Wojtkiem, aby zostawić mi drugi aparat.
  Ponad dwie godziny czekania w bezruchu zrobiły swoje. Z genialnego jeszcze do niedawna planu wychodziły mankamenty. Kurtka przeciwdeszczowa w starciu z chłostającym wiatrem, przestała dawać minimalne poczucie komfortu ciepła. Kończył się też jedyny gorący napój - herbata. Na dnie termosa zalegały góra dwa kubki. Nie wyglądało to najlepiej. Trzeba dodać, że z każdą minutą robiło się coraz zimniej. 
  Im bliżej złotej godziny, tym więcej gromadziło się fotografów. Większość z nich jednak szybko rezygnowała. Pokonywała ich pogoda, a ściślej przeszywający na wskroś wiatr. Ostatecznie wytrwał zaledwie jeden sympatyczny brodacz. 

  O 19:40 rozpoczęło się widowisko. Pastelowe promienie spłynęły po zboczach i osiadły na dnie szykującej się do snu doliny. Słupy światła niczym sceniczne reflektory rozświetlały mozaiki pól. Ostre turnie Tatr, górskie żleby, tonęły w złocie. Widoki przerosły oczekiwania kogokolwiek.
 Sięgnąłem po aparat, by uwiecznić tę ulotną chwilę. Ręce dygotały z zimna. Wiedziałem, że bez statywu się nie obędzie. Mając jednak u boku profesjonalnego fotografa z krwi i kości, aż wstyd mi było wyciągać mojego starego grata z drewnianą rączką od dawnej maszynki do mielenia mięsa :) 
  Sesja trwała dwadzieścia minut. Tyle wytrzymał akumulator. Poza tym musiałem się śpieszyć, jeśli marzyło mi się wrócić jeszcze tego samego dnia na kwaterę. 
  Spakowałem sprzęt, wypiłem ostatni kubek herbaty i ruszyłem w nadziei, że uda mi się zdążyć na ostatniego busa.





  Na rynku w Krościenku znalazłem się w samą porę. Zaczęło się już ściemniać. Ze wspomnień starałem się wygrzebać drogę na przystanek. Wiedziałem jedynie, że jest gdzieś w sąsiedztwie starego kościoła. Mijałem uliczne lampy, brukowane uliczki i tak doszedłem pod świątynię. Pamięć nie zawiodła. Niebiesko-biały znak stał w tym samym miejscu, gdzie przed laty. Jedynie rozkład nieco wyblakł. Według niego ostatni bus był... właśnie teraz. 
  Uzbrojony w cierpliwość i zegarek czekałem. Niecierpliwiłem się. Każda bowiem minuta zwłoki oddalała mnie od wcześniejszego powrotu na kwaterę. 
  Niespodziewanie nadjechał bus. Rozanielony podbiegłem bez chwili namysłu. Nie zwróciłem nawet uwagi na to, że pojazd nie posiada typowej dla busów tablicy.
  Drzwi otworzyły się nim zdążyłem chwycić za klamkę. Ze środka chwiejnym krokiem wypełzli (tak to słowo jest nad wyraz adekwatne) mężczyźni. Ich garnitury miały stwarzać pozory elegancji i tuszować prawdziwą zawartość napojów wyskokowych we krwi. W rzeczywistości z elegancją niewiele mieli oni wspólnego.
  Cierpliwie poczekałem, aż w busie ostanie się sam kierowca. Byłem już gotowy kupować bilet, kiedy to dowiedziałem się, że ów pasażerowie transportowani byli na wieczór kawalerski. Odrzuciwszy zaproszenie na imprezę, skierowałem się ponownie na przystanek. Dałem sobie 10 minut. Postanowiłem, że jeśli do tego czasu nie przyjedzie nic, idę z buta. 
  Niestety postanowienie okazało się prorocze. Nie zostało mi nic innego jak narzucić plecak na drugie ramię i ruszyć przed siebie. Nie ma nic przyjemniejszego jak 13 km samotnej, nocnej wędrówki obcym miastem. 13 niezwykle dłużących się kilometrów.
  Z jakim powitaniem czekali na mnie pozostali, to co zastałem na wejściu do kwatery i dlaczego odtąd gdy słyszę słowo Panzerfaust dostaję ataku śmiechu, niech pozostanie tajemnicą...