Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Łączna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Łączna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 grudnia 2021

Wycieczka nr 103: 60-tka

 06.07.2021

Skład: Kamila, Raku i Ja

Trasa: Skarżysko Zachodnie PKP - Suchedniów - Opal -  Rez. Kamień Michniowski - Wzgórze Barbarka - Orzechówka - Kamionka - Sieradowice-Parcele - Sieradowice Drugie - Śniadka Pierwsza - Bodzentyn - Psary-Stara Wieś - Podlesie - Cerle - Bukowa Góra - Klonów - Barcza - Ściegna - Brzezinki - Masłów Pierwszy - G. Klonówka - Diabelski Kamień - Dąbrówka - Ameliówka - Mąchocice Kapitulne, ok. 62,8 km

KILOMETR ZEROWY

  Parę minut przed szóstą mgła opadła rozpylając się jak zasłona dymna nad taflą zalewu. Wzdłuż przystani dryfowały żaglówki. W zasięgu wzroku pustki, no i my - trójka wariatów realizujących równie szalony pomysł. Bartkowi już się nie chciało, Kamili też, a ze mną było niewiele lepiej. Mimo to szliśmy dziarskim krokiem, wiedząc, że im więcej kilometrów pokonamy teraz, tym mniej zostanie na południe.

   Na horyzoncie wyłonił się biegacz. Wyglądał na takiego zawodowca, który zaczął startować w maratonach, nim na dobre pojął zdolność mówienia. Niespodziewanie zamiast nas ominąć, podbiegł i zagadał z uśmiechem nieschodzącym z twarzy. 
- Szybciej, szybciej droga młodzieży.
Jego słowom towarzyszyło niespokojne przebieranie nogami w miejscu, jakby ktoś go nakręcił. 
- Szybciej nie da rady, bo do przejścia mamy 75 km - odparliśmy ze spokojem.
- Ile!? 
Wcześniejszy uśmiech mężczyzny prędko zastąpił wykrzywiony grymas, od niechcenia machnął jeszcze ręką i uciekł bez słowa pożegnania, sprawiając wrażenie wystraszonego.



Kąpiel słoneczna

  Niebawem wkroczyliśmy w leśne ostępy. Rosa utrzymywała się tu w postaci kropli zawieszonych na źdźbłach trawy. Tysiące błyszczących kropli wyglądało obłędnie. Jednak to co miłe dla oczu, niekoniecznie musi być przyjemne dla butów, które po kontakcie z rosą zwyczajnie przemokły. Tak rozpoczął się ósmy, nieco wilgotny kilometr wędrówki.

Tunel między dwoma światami

POSTÓJ 

  Pierwszy porządny od dwóch godzin i jakże potrzebny. 
  W sąsiedztwie opuszczonej leśniczówki, trafiliśmy akurat na drewnianą wiatę. Miejsce idealne, by się tam wygodnie rozsiąść, wyciągnąć poczęstunek z plecaka i by wreszcie pokontemplować zapominając o wszystkim i wszystkich. Co jest możliwe, o ile oczywiście ma się czas. My go nie mieliśmy, kurczył się niebezpiecznie. Dziesięć minut przerwy zmieniło się w ulotne mrugnięcie oka. Mrugnięcie, w którym Bartek zdążył się odurzyć i stać się skorupiakiem. Ale po kolei.
 
  Aerozol na niebezpieczne owady i pajęczaki. Jak głosiła etykieta - niezawodny, działa do 8 godzin od  zastosowania. No to psik! Chyba się zacięło, nic nie leci. Trzeba więc potrząsnąć i spróbować raz jeszcze. Po wstrząśnięciu wyleciało o wiele więcej psiiik niż się spodziewaliśmy. Rozpylone wkoło opary, wkrótce dotarły do nas, sprawiając, że chwilę potem zaczęliśmy kaszleć i się dusić. Tym sposobem pierwsza połowa postoju upłynęła pod znakiem duszenia właśnie. Podczas drugiej, mieliśmy się przekonać o skuteczności owego insektowego specyfiku. 

   Bartek wspinał się na drewniane elementy konstrukcji wiaty, aby sobie tam przycupnąć. W końcu z góry świat wygląda piękniej. I kiedy już sobie przycupnął, przypominając przy tym skorupiaka, wówczas nadleciała osa. Najwidoczniej aerozol nie zrobił na niej większego wrażenia, gdyż natychmiast przystąpiła do ataku. Normalnie delikwenta załatwiłoby się machnięciem ręką, jednak siedząc na stropowej belce, kilka metrów nad ziemią, o stracenie równowagi nietrudno. Tak więc Bartek o nokautowaniu przeciwnika musiał zapomnieć. Osa polatała wkoło chwaląc się swym żądłem i szczęśliwie odleciała. Wtedy właśnie postój dobiegł końca, a my zapychając policzki ciastkami, tak jak mają to w zwyczaju chomiki ze znalezionym pożywieniem, ruszyliśmy dalej. 

Leśniczówka Opal


Rusałka admirał

 Wyjeżdżone koleiny pełne błota, kałuże na całą szerokość ścieżki oraz korzenie. To raz się wspinamy, to schodzimy w niewielką dolinkę. Ten odcinek trasy zdawał się nie tyle co biec, a wręcz płynąć i to w sposób niezwykle przyjemny. Koniec końców dotarliśmy do wrót rezerwatu, gdzie czekały znajome skałki i zupełnie nieznajoma drewniana skrzynka z pieczątką turystyczną w środku. Czekał również czarny szlak, który bierze w tym miejscu początek. Ze swymi 1700 metrami długości, może poszczycić się statusem jednego z najkrótszych w Polsce.

Zdjęcie grupowe przy Jaskini Ponurego
Foto: Kamień


 CZARNA DROGA

  Szlak bezdusznie porzuciliśmy u stóp kapliczki, pod którą nas posłusznie zaprowadził. Jeśli wierzyć lokalnym historiom, kapliczkę wznieśli w XIX wieku górnicy z Siekierna, którzy codziennie wędrowali tędy do Suchedniowa. Oj bogatą w widoki mieli oni drogę do pracy: Bukowa, Święty Krzyż w dali.... Dzisiaj ze wzgórza zwanego Barbarką, rozpościera się jedna z piękniejszych panoram na Łysogóry, jaką jest nam dane zobaczyć w tych zakątkach województwa. 

Foto: Kamila

Zwróćcie uwagę na dwa bielinki, które wleciały w kadr. O ile tu jeszcze jakoś pasują, o tyle kiedy postanowią wparować na pierwszy plan zasłaniając sobą wszystko i tym samym psując całe zdjęcie, to już tak niekoniecznie.

  Wiedźcie, że kiedy asfalt przejmuje kontrolę nad drogą nie jest za dobrze. Zwłaszcza w dni takie jak ten. Przy 35 stopniach zaczyna robić się naprawdę groźnie. Wszystko ocieka potem, hipnotyzuje. Górka, która normalnie nie męczy, staję się szczytem możliwości. Ważne, by nie stracić wtedy przytomnego myślenia. 


Nieczynny kamieniołom zaadaptowany na potrzeby miejscowej strzelnicy

Sielsko

  Tak jak zdążyliśmy zapomnieć o smaku ciastek jedzonych w biegu, czy ekscesach pod wiatą, tak bardzo pragnęliśmy zapomnieć o żarze lejącym się z nieba. Ale się nie dało! Nie było nawet gdzie. Drzew jak na lekarstwo, za to pól pod dostatkiem. Co kto sobie zamarzy: truskawki, zboże wszelkiej postaci, wielkochłopskie pyry. Cienia jednak brak. Zgodnie z nawigacją miało go nie być jeszcze przez najbliższą godzinę. Tragedia jakaś. Z utęsknieniem wypatrywaliśmy więc deszczu, albo najlepiej ulewy, tylko takiej porządnej, żeby nas przemoczyło.

  Zamiast tego Słońce prażyło coraz mocniej jak na południe przystało. Plecaki, choć małe, z każdym kolejnym krokiem ciążyły jakby wypchane po brzegi kamieniami. Ubywało też zapasów wody. Jednym słowem nadciągał kryzys. Nie pytał czy go chcemy, czy może z nami iść. Szykował się, by w nas uderzyć, osłabić z resztek sił i skłócić. A trzeba dodać, że kłótnia, zaraz po udarze była ostatnią rzeczą, jakiej w tym momencie potrzebowaliśmy. 

Orzechówka, czyli miejsce, w którym zakochasz się od pierwszego wejrzenia

Na wybiegu

Kod kreskowy

  Tylko iść i iść, nie patrząc przed siebie, by nie przytłaczała nas ta bezkresna czarna nitka asfaltu, to nagrzewanie się bitumicznej masy, która zdaje się oddawać ciepło ze zdwojoną siłą. Coraz trudniej, coraz bliżej. Jeszcze trochę. 
  Obiecałem postoje co 5 kilometrów, tymczasem od 15 idziemy bez przerwy. Ja na ich miejscu, bym ukatrupił takiego przewodnika. Oni jednak byli litościwi, albo zbyt zajęci walką z upałem. Każdy normalny człowiek na moim miejscu zatrzymałby się, przeprosił grupę i zarządził postój. Co robię ja? Krzyczę w niebogłosy pełen radości do dwójki ludzi będących już w stanie agonalnym, że wchodzimy na TĄ górę, którą przed chwilą minęliśmy po lewej stronie. TĄ wznoszącą się ponad pola i wszystkie inne szczyty w okolicy. TĄ górą była Górą Sieradowską. Ci co ją znają, doskonale wiedzą, że wcale ona taka stroma nie jest, ale dla nas była i to wyjątkowo.

  Dysząc ciężko stanęliśmy na szczycie. Pięknie tu było, ale jeszcze piękniej się siedziało w cieniu rzucanym przez sosny. I siedzielibyśmy dalej, gdyby nie okazało się, że centralnie pod nami znajduje się mrowisko. Świetnie jeszcze mrówek nam brakowało.

  W 1984 roku na Górze Sieradowskiej umieszczono kamienną płytę, na której widnieje cytat z ,,Dzienników" Stefana Żeromskiego. Osobiście do pisarza sympatią nie pałam (być może poprzez obrzydzenie jego twórczości szkolnymi lekturami), jednak płyta naprawdę niczego sobie.

Wiatrakowe pola Szerzawy

Okulary przeciwsłoneczne idealne na +1 do wyglądu na zdjęciu oraz pozbycia się wychodzących oznak zmęczenia.
 Foto: Statyw

Widoczki z Sieradowskiej. Z pewnością kiedyś tu jeszcze wrócimy.
Foto: Kamila

  Kilometr numer 26. Dla niewtajemniczonych sklep, a w nim zakupy życia: oranżada, soki i tyle butelek wody mineralnej, ile pomieściły nasze plecaki. Miła Pani ekspedientka pyta co my tacy zmordowani, to kulturalnie wyjaśniamy. Nie do końca jednak zdawała sobie sprawę ile to 75 kilometrów. Może jeśli porównalibyśmy je do odległości dzielącej Kraków i Katowice byłoby znacznie łatwiej wyobrazić jej sobie, jak szalony jest nasz pomysł? Może... My sami niebawem mieliśmy się o tym przekonać.
  


  Minęło 8 godzin od momentu kiedy wysiedliśmy z porannego pociągu relacji Kielce - Skarżysko i każde z nas postawiło swój pierwszy krok. Ten krok był niczym podpis na umowie. Potwierdzał, że doskonale wiemy na co się piszemy i co może z tego wyniknąć. Na razie jednak nieco nam się polepszyło. Zmęczenie odpuściło, a po szybkim postoju, pojawiły się nawet chęci życia.
 Optymizmem powiało niedługo. Uciążliwy asfalt powrócił, a wraz z nim wszystkie znajome problemy. Wizja znalezienia się w lesie widocznym w dali, działała kojąco. Lecz wcześniej musieliśmy pokonać uliczki przysiółka Cerle. Przypominał on wioskę położoną w wysokich (a na pewno wyższych niż świętokrzyskie) górach. Pełno było tu klimatycznych, drewnianych chatek, które przylegały do spadzistego stoku wzniesienia. Brakowało jedynie stadka owiec. 

Robiąc zdjęcie boćkom początkowo myślałem, że uchwycę dwa ptaszyska. Dopiero na komputerze okazało się, że wychyla się również trzecia główka.

Lustro drogowe niezwykle przydatne w przypadku braku selfiesticka pod ręką

Cerle

  Las czule objął nas swym zielonym płaszczem, pod którym znaleźliśmy błogi cień. Rozłożeni na skałkach Bukowej Góry, wsłuchiwaliśmy się w szum szeleszczących liści. Czekolada zjedzona podczas szczytowego ataku powoli się trawiła, a nam za nic w świecie nie chciało się stąd ruszać. Bo i po co, gdy tak cudnie wkoło. Tym oto sposobem zaliczyliśmy najdłuższy odpoczynek dnia, dzięki któremu poczuliśmy się jak nowo narodzeni i na słowo "ruszamy!" przestaliśmy reagować z obrzydzeniem. 

EKSTAZA I AGONIA

  Jeśli ktoś rano powiedziałby mi, że na 45 kilometrze wędrówki zacznę biec, to popukałbym się wymownie w czoło i wyśmiał tą osobę. Teraz właśnie jest 45 kilometr wędrówki, a ja podobnie jak pozostali biegnę. Trudno to racjonalnie wyjaśnić. 
  Biegnąc czuliśmy wiatr we włosach. Z kolei on sprawiał, że czuliśmy się wolni. Powróciły dawno nie widziane uśmiechy, jakby ktoś zrzucił z nas cały dotychczasowy trud podróży. Oddaliśmy się temu urokowi chwili, dziecięcemu zapomnieniu. Liczyło się tylko tu i teraz. 


Panorama Łysogór wprost z klonowskiego asfaltu

  Na skutki wariackiego pościgu za endorfinami nie musieliśmy długo czekać. Wystarczył zaledwie kwadrans. Najpierw ból w biodrze zaczęła odczuwać Kamila, niebawem odezwała się kostka Bartka i jeszcze odciski, mnóstwo odcisków. Nie było mowy o utrzymaniu dotychczasowego tempa 5 km/h, jeśli nie chcieliśmy nabawić się kolejnych kontuzji. Gdzieś w tym momencie przyjemność z wędrówki została wyczerpana, ale co jak co, po 55 km w ponad trzydziestostopniowym upale, to o jakiejkolwiek przyjemności możemy zapomnieć. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść.

Widok na taflę zalewu w Cedzynie. W początkowym założeniu nasza meta. 

Pozaszlakowy szczyt Klonówki - miejsce uwielbiane przez paralotniarzy

 Pojawił się znienacka, sprawiając, że każdy krok ocierał się o cierpienie. Pęcherz. Oj podstępny z niego zawodnik. Skryty pod skarpetą, często pozostaje niezauważalny do momentu kiedy pęknie. Zaś gdy to nastąpi, ból stopy staje się nie do zniesienia i o dalszym chodzeniu możemy zapomnieć.
  Gdyby nasze nogi potrafiły mówić z pewnością jednogłośnie stwierdziłyby, że nigdzie dalej nie idą. Ale szły, dzięki temu, że w głowach zakotwiczyły się resztki cudownej energii. Ten magazyn był już na absolutnym wykończeniu. Brakowało naprawdę niewiele, by opróżnić go do cna.
  
Diabelski Kamień

  Dopingowaliśmy się nawzajem, że damy radę, że tyle przeszliśmy, to i te piętnaście kilometrów będzie drobnostką. Czym dłużej się sobie przyglądaliśmy, tym coraz mocniej wiedzieliśmy, że przedwczesna meta będzie nieunikniona. Postanowiłem odciążyć Bartka z Kamilą zabierając od nich plecaki i wyprułem do przodu, myśląc, że pójdą w ślad za mną. Myliłem się.
  Pół kilometra dalej było już po wszystkim. Ostatnie szurnięcie, powłóczenie stopą. Stop ostateczny. Gdzieś tam w zakamarkach umysłu pojawiła się wizja spełnienia, żeby skończyć to samemu i pójść dalej, przecież czułem się wyjątkowo dobrze i jako jedyny nie miałem pęcherzy. Ale chwila. Wyruszyliśmy razem i tak też wrócimy. Nie ma mowy o żadnym samemu. Mogliśmy też zapomnieć o witaniu naszej trzyosobowej sztafety przez wiwatujące tłumy, do jakich zdążyły nas przyzwyczaić amerykańskie filmy. Co najwyżej mogliśmy mocno uścisnąć sobie dłonie. Tak też zrobiliśmy. Rozpierała nas duma, żadna tam myśl o przegranej. Każde z nas dokonało czegoś, co niektórzy uważali za niemożliwe. To im pokazaliśmy!

wtorek, 4 maja 2021

Wycieczka nr 85: ŚLADAMI LEŚNEJ WĄSKOTORÓWKI CZ.2

 23.01.2021

Skład: Oliwka z Mikim, Raku i Ja

Trasa: Zagnańsk - Borowa Góra - Rogowy Słup - Baraki - Kruk - Suchedniów PKP, ok. 25 km

  Drzwi samochodu otworzyły się gwałtownie. Na zewnątrz wyjrzała owłosiona łapa. Po chwili dołączyły do niej pozostałe. Od momentu pierwszego kontaktu z warstwą śniegu, trzęsły się bezustannie z zimna. Krótki ogon energicznie zataczał wahadłowe ruchy, jakby chciał za wszelką cenę ogrzać zmarzniętą, futrzaną masę. Łeb z parą maślanie błyszczących się ślepi, nadawał nieodpartego wrażenia, że stworzenie, które właśnie idzie w naszą stronę, jest najsłodszym przedstawicielem swego gatunku we wszechświecie.

  Miejsca, które niegdyś tętniły życiem, tego dnia stały opustoszałe. Przystanki, sklepy... Nawet kolorowy plac zabaw stracił swe dawne barwy, zmieniając się z krainy przepełnionej dziecięcą radością w scenerię filmów grozy. Brakowało tylko wiatru, który wprawiłby w ruch wiszące na łańcuchach huśtawki. Na tle tej mrocznej scenerii ostro odznaczał się parowóz. Jako jeden z ostatnich pamiętał wydarzenia ostatnich pięciu dekad. Stał na torowisku biegnącym donikąd, które przypominało o tym, że pamięć po wąskotorówce nie została jeszcze zatarta.

Parowóz Las Ty 1131-55

  Wysypany gdzie tylko się da piasek, odpowiadał za charakterystyczny błotnisty kolor ulic i chodników. Przyklejał się do podeszw butów, tworząc skorupę zapobiegającą ślizganiu się po lodzie. Wkrótce minęliśmy słynny tartak. Budynek ten w okresie prężnej działalności wąskotorówki, pełnił bardzo ważny punkt na szlaku komunikacyjnym. Wyrabiany tutaj surowiec, był wcześniej transportowany przez dziesiątki kilometrów torowisk skrytych pośród dzikich ostępów. 
  W miejscu, gdzie krzyżują się ulice Spacerowa i Słoneczna, zaczyna się niewielka ścieżka, którą zagłębiliśmy się w las. Przypominała ona zwyczajną, niczym nie wyróżniającą się spośród wielu dróżkę. Taka też była.

Zagnańska wersja baśni o Czerwonym Kapturku

  
  Wycieczkowy pupil nie odstępował na krok swej właścicielki. Ułatwiała to czerwona smycz spoczywająca w ręku Oliwki. Prawdziwy powiew wolności poczuł dopiero, kiedy znaleźliśmy się w lesie. Puszczony luzem, w nagłym przypływie euforii, brykał szalenie po ośnieżonych krzakach. Wyglądał przy tym tak niewinnie, że zarazem uroczo. 
  Koniec figlarnych zabaw czworonoga, miał miejsce, kiedy wyszliśmy ponownie na asfalt. Po prawej stronie pobocza powoli rysował się nasyp. Z metra na metr nabierał coraz wyraźniejszych i odpowiednich dla siebie kształtów. Osiągnąwszy kulminację wysokości, stawał się punktem początkowym dla rozpiętego nad okolicą mostu. 

Droga w korony drzew


  Wybudowana w latach 50-tych konstrukcja zdaje sobie nic nie robić z upływającego czasu i nadal świetnie się prezentuje. Dzięki dwóm przyczółkom i znajdującemu się pośrodku filarowi, wznosi się 6 metrów ponad z wolna płynącą rzeczkę. Ta zawile meandruje i cieknie wąską strugą, zupełnie nie przypominając dobrze znanego wizerunku Bobrzy.


  Całkiem spore nachylenie terenu w połączeniu z niedużymi możliwościami jeszcze mniejszych parowozów, uniemożliwiło skonstruowanie bardziej standardowego i szybszego w budowie mostu. W efekcie powstała największa, a zarazem najbardziej skomplikowana budowla na trasie kolejki. Pomysłowość inżynierów robi wrażenie nawet w obecnych czasach. Można się o tym prędko przekonać stojąc na górze konstrukcji.


Fragmenty zachowanych mostownic

  Przez najbliższe kilometry bory sosnowe objęły dominację wśród leśnej przestrzeni. Dawny dukt kolejki biegł dalej, a kamienne przepusty wraz z mostkami, co jakiś czas urozmaicały wędrówkę, przecinając proste odcinki drogi. Podróż śladami przeszłości powoli zbliżała się do najciekawszej części. 



  Wraz z opuszczeniem ostatnich resztek cywilizacji, wkroczyliśmy w piękną dzicz, przepełnioną zimowym śpiewem ptaków. Wyrośnięte jodły wstrzeliwały się w rozłożyste korony potężnych dębów. Spróchniałe olbrzymy, podziurawione nieregularnymi otworami dziupli, sterczały przy drodze, niczym strażnicy broniący dostępu do swego królestwa.

Lider grupy od początku trasy był tylko jeden

   Miki, ciekawy świata jak pięciolatek wpatrzony w przestrzeń tętniącą wokół niego życiem, odkrywał wszystko, co dotychczas było dla niego nieznane. Przy pomocy kompletu swoich zmysłów starał się poznać, czy to co aktualnie obwąchuje jest godne zaufania, czy może trzeba się tego bać, traktując jako potencjalne źródło niebezpieczeństwa. W większości przypadków zaciekawienie wygrywało. Czasem przybierało to przykrych konsekwencji, jak chociażby w momencie przekraczania strumyka po kruchej tafli lodu. Zwierzak potraktował ją na równi z wytrzymałością stalowej kładki, nie zdając sobie sprawy, że zaraz załamie się pod jego ciężarem, a on sam zaliczy nieprzyjemną kąpiel. Błędy niejednokrotnie jednak uczą lepiej niż zwycięstwa, a przynajmniej skłaniają, do refleksji, by nie popełniać ich w przyszłości.
 
Jeśli ktokolwiek myśli, że powyższe zdjęcie powstało za pierwszym ujęciem, potężnie się myli. By nakłonić Mikiego, aby ten wszedł oraz stanął nieruchomo na moście potrzebowaliśmy mnóstwa cierpliwości. Koniec końców kilkadziesiąt ujęć później udało wpasować się w ten idealny moment :) 


  Charakterystyczny przekop, informował nas, że znajdujemy się coraz bliżej półmetka. Niebawem byliśmy już przy Rogowym Słupie, gdzie stoi pomnik. Upamiętnia on bitwę między wojskami niemieckimi, a oddziałami mjr Hubala, która się rozgrała 1 kwietnia 1940 roku. Zakończyła się rozbiciem sił wroga i chaotyczną ucieczką żołnierzy niemieckich.


  Wkrótce doświadczyliśmy nieprzyjemnych skutków ostatnich roztopów. Zalegająca zewsząd woda, zmieniła niegdysiejsze kałuże w rwące rzeki, zalewając wszystko wokół. Pośród morza błota, próżno było znaleźć jakiś suchy skrawek lądu. Ostoję dla strudzonego turysty stanowiły wówczas przydrożne kępy situ.

Trójpodział

    Choć ostatnie z wagoników jeździły tędy przeszło 5 dekad temu, to do dziś zachowały się fragmenty wyłożone drewnianymi podkładami kolejowymi, wyraźnie widocznymi pod warstwą mokrego śniegu. Przy odrobinie szczęścia można wśród nich odnaleźć też inne ciekawe artefakty minionego wieku. 



  Podróż w czasie przerwał głośny huk, przypominający wystrzał z broni palnej. Jego nagłość sprawiła, że zamarliśmy w bezruchu. Patrząc się porozumiewawczo na siebie, staraliśmy się zlokalizować źródło dźwięku. Przez kolejne minuty jednak odpowiadała nam przejmująca cisza. Doszliśmy do wniosku, że niedaleko nas odbywa się polowanie. Od teraz priorytetową kwestię stanowiło wydostanie się z niebezpiecznej strefy.
  Odblaskowe elementy naszego ubioru co prawda pozwalały dostrzec nas ze znacznej odległości, lecz w gęstwinie drzew było to o wiele bardziej skomplikowane, niż na otwartej powierzchni. Do momentu wejścia na kolejny z mostów, gdzie przystąpiliśmy do wyczekiwanej od dawna przerwy, maszerowaliśmy z przysłowiową duszą na ramieniu, przejściowo zamieniającą się w przeszywający niepokój. 


Kamienne detale


  W powietrzu unosiły się opary herbaty z imbirem. Ostry zapach po kontakcie z błoną śluzową nosa, powodował dziwne grymasy twarzy, przypominające te, które pojawiają się tuż przed kichaniem. Zaledwie kilka łyków gorącego napoju wystarczyło, by poczuć się rozgrzanym od wnętrza. Uczucie to było równie przyjemne, co ulotne.

Czworonożna maskotka zawsze wywołuje wachlarz pozytywnych emocji


   Łańcuszki plątaniny naszych śladów zostały w tyle za plecami. Majacząca się jeszcze przez dłuższy czas biała wstęga drogi, stanowiła tego zupełne przeciwieństwo, wyglądając jak czysta kartka papieru, którą wkrótce miała pokryć się abstrakcją. Stukając rytmicznie kijkami w zamarznięte podłoże, wybijałem osowiałe tempo marszu. Idąc zgodnie z dawnym przebiegiem torowiska, pokonywaliśmy następne pozostałości kolejkowej infrastruktury, z których większość zachowała się w świetnym stanie, nadal pełniąc powierzone przed laty funkcje.


   Po wejściu w najbardziej odległe zakątki głuszy, znaleźliśmy się jak przystało na Puszczę Świętokrzyską pośrodku pustkowia, gdzie władzę sprawowała nieuporządkowana sztucznie ręką człowieka natura. Różnorakie podmokłości przepasały dziki obszar, przyczyniając się do tego, że stawał się coraz trudniej dostępny. Liczne zagłębienia w terenie wypełnione zalegającą od dawna wodą, świadczyły o górniczej przeszłości okolicy. Jeszcze do połowy XX w. przemysł wydobywczy rudy miał się tu całkiem dobrze, jednak w następnych latach zaczął zanikać wraz z kolejnymi odcinkami wąskotorówki.


Odbicie puszczy

  Na wysokości szczytu Świniej Góry, na moment samotnie odbiłem w kierunku zarośli. Zachęcony wyłaniającymi się w oddali omszałymi głazami, udałem się na poszukiwania geologicznych ciekawostek. Niestety musiał mnie zadowolić widok kilku niewielkich prożków skalnych rozsianych po stokach wzniesienia. 



  Z leśnych kniei wydostaliśmy się wprost na asfaltową drogę, gdzie mogliśmy poczuć się jak kolarz, który dołączając nagle do wyścigu, przerzucił się z lekko zardzewiałego górala na rower szosowy. Podkręcając tempo marszu, nasz peleton ruszył przed siebie.



  Skryte od poranka za szarymi, lekko przyciężkimi obłokami Słońce, wykazało się idealnym wyczuciem czasu i zaszczyciło nas swoją obecnością na niecałą godzinę przed triumfalnym zachodem. Pozwoliło to uwidocznić prawdziwe barwy okolicy, którą dotychczas przemierzaliśmy. Dało także Mikiemu idealną możliwość pozowania do zdjęć. W roli modela wypadł znakomicie.


Myśliciel

Foto: Raku

  Nieprzyzwyczajeni do luksusów, wkrótce skręciliśmy w boczną ścieżkę, kontynuując wędrówkę nasypem wąskotorówki. Omszała droga wraz z bijącymi nam pokłony świerkami, zawile prowadziła do największej atrakcji przyrodniczej dnia.


  Dąb Obrozik już od 1954 nosi status pomnika przyrody. Ponad 300-letni staruszek mierzy sobie 25 metrów. Na swym pniu dumnie dzierży niewielką kapliczkę, utrwalającą pamięć o rozstrzelanym pod dębem powstańcu styczniowym. Według ustnych podań miejscowych, pewnego dnia w rejonie drzewa zjawił się oddział powstańczy, któremu postanowiono przyrządzić gorący posiłek. Plany te jednak pokrzyżowała wieść o zbliżającym się w ich stronę wrogowi. Usłyszawszy to żołnierze czym prędzej wycofali się. Został jedynie wygłodniały Francuz, który ofiarnie próbował wyciągnąć jedzenie z kotła. Niestety nie zdążył, został pojmany przez wojska rosyjskie i niedługo potem stracony.

Dąb Obrozik

  Zbliżając się do leśniczówki na Kruku, powitał nas drewniany totem o czterech twarzach, mogący śmiało robić za suchedniowskiego światowida :)  W miarę zapuszczania się coraz głębiej w miasto, coraz trudniej było znaleźć resztki niestopniałego jeszcze śniegu, który podobnie jak spokój od zgiełku, przeminął po kilku godzinach przyjemnej wędrówki. 




  Widok roztapiającej się tafli rejowskiego zalewu, pozornie zwiastował rychłe zakończenie zimowego sezonu wycieczkowego. W rzeczywistości zima miała zupełnie odmienne plany, o czym przekonaliśmy się już podczas kolejnej wyprawy.

Kacze opowieści