Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Piekoszów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Piekoszów. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 grudnia 2022

Wycieczka nr 111: WARKOT MECHANICZNYCH PTAKÓW

19.09.2021

Skład: Marysia, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Janów ZTM - G. Belnia - Kłm. Góra Plebańska - Gałęzice - Kłm. Kopaniny - Kłm. Ostrówka - Kłm. Stokówka - Skiby - Chęciny, cmentarz ZTM, ok. 18 km

  Zewsząd dobiega rzężący warkot. Rutu-tu-tuuu! Odruchowo odskakujemy do lewej. I wtedy pobłyskuje plama czerwona, plama jaskrawo żółta. Starczy mrugnięcie oka, aby plam przybyło. Zbijają się one w stado kaszlących potworów, które pędzą ku naszej czwórce. 

  Tak właśnie, mimo woli znaleźliśmy w tętniącym adrenaliną sercu zawodów motocrossowych. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dowiedzieliśmy się o tym w momencie, gdy tuż przed naszymi nosami poszybował motor. A potem następny. Były ich dziesiątki.
  Zagłuszani przez ryk silników, pozbawieni sensownej alternatywy, szliśmy. Widzieliśmy jedynie jak cel włóczęgi coraz śmielej wyrasta zza wzgórza. Widok szczerbatej górki o trzech wieżach działał kojąco. Pozwalał choć na moment zapomnieć, że ledwo kilkadziesiąt metrów dalej rozgrywają się mistrzostwa pucharu Polski w Enduro. 


  Zawodnicy uskrzydleni marzeniem sięgnięcia wymarzonego trofeum bez wątpienia dawali z siebie wszystko. Tymczasem nas w pełni zadowalało sięgnięcie Belni, która co rusz zaskakiwała swą nietuzinkowością. Niby niska, a przy tym jakże stroma i niebosko sypka. Z pozoru położona w lesie, lecz mniej więcej w połowie długości z precyzją chirurga przecinała ją ruchliwa nitka S7. Góra pełna sprzeczności.

  Nie wiadomo kiedy skryliśmy się pod baldachimem drzew. Odtąd jeśli kogoś naszła ochota, by zaciągnąć się leśnym powietrzem po same płuca, dostawał w zamian woń zatęchłej ziemi. Gdzieś głęboko pod nią rozciągały się kilometry poplątanych strzępków grzybni. Nierzadko przebijały się na powierzchnię. Tam, już jako pomarańczowe rydze kusiły. A gdy któreś z nas uległo pokusie ich zerwania - w milczeniu plamiły dłonie na kolor soczystej mandarynki.

Panorama z wierzchołka Belni

  Pozostając w tematach okołogrzybowych docieramy do pewnej drogi przeciwpożarowej, gdzie rozegrała się najprawdziwsza w świecie bitwa na czernidłaki. 

  Było samo południe. Naprzeciw siebie stanęliśmy ja i Bugli. Każdy w popłochu zbierał arsenał, będąc gotowym, by cisnąć w dowolnej chwili. Na oślep. Grzybem. Gdy komuś udała się niełatwa sztuka trafienia owocnikiem w ruchomy cel, na unik było już za późno. Z rozpłaszczonego kapelusza czernidłaka momentalnie wyciekała smolista maź, a w dali rozlegał się diaboliczny śmiech oprawcy. 
  Co na to najbardziej pokrzywdzony, czyli rozdrobniony w lepką papkę czernidłak? Cóż, nie był w stanie za wiele z siebie wydusić. Lecz gdyby tak tylko oddać mu głos zawczasu, dowiedzielibyśmy się, że niezły z niego rzezimieszek. Wszak nie dość, że paskudnie brudzi, to twierdzi się, że jego spożycie wywołuje odruch wymiotny. Podobno. Osobiście nie sprawdzałem, bo i po co. Za to podzielę się z Wami praktyczną radą. Ubrania po starciu z czernidłakiem najlepiej prać ręcznie, w zimnej temperaturze. 

Czernidłak kołpakowaty

  Wystarczyło ujść ledwo dwa kilometry, aby spostrzec człeka na skuterze, który obserwował nas ukradkiem. Początkowo wyglądał na zawstydzonego. Stopniowo jednak nabrał śmiałości. Do tego stopnia, że chłop zdecydował się zsiąść ze skutera i przystanąć. Teraz widział więcej, lepiej. Najwyraźniej zaintrygowało go, cóż może czynić taka czwórka nastolatków. Nastolatków skulonych na poboczu drogi i zanurzona po ramiona w krzakach. No nie wiem, np. wygrzebywać stamtąd dopiero co znalezioną flagę Polski? 

  Bogatsi o biało-czerwony łup mknęliśmy ku ścianie zarastającego kamieniołomu. Mieliśmy z nią rachunki do wyrównania. Tyle, że i ona doskonale pamiętała ostatnie spotkanie z częścią naszej ekipy, kiedy to obdarliśmy ją w pewnym sensie ze skóry. 

   Spojrzenie: ścieżka - ściana. Zadarł wysoko nogę i rozpoczął popis gimnastycznych umiejętności. Raku zdobywał tę ścianę już wielokrotnie. Czemu by więc nie miał tego powtórzyć kolejny raz? Powierzchnia gładka jak oszlifowany kamień jubilerski. Gdzie w tym wszystkim choćby malutki punkt zaczepiania? On jednak znanymi tylko sobie sposobami go znalazł. Po chwili spozierał na nas już z góry. Usatysfakcjonowany. 
  W ślad za Rakowem pognał Bugli. O dziwo również i jemu udało się wgramolić. Sam nie mogłem być gorszy i pełen determinacji zabrałem się za wdrapywanie. Właściwie, by nie kompromitować się bardziej powinienem na tym zakończyć. Ale co mi tam. Szykujcie się na jazdę bez trzymanki. Dosłownie.

  Dobre 70% wspinaczki miałem już za sobą. Przed sobą z kolei pokonanie trudnego momentu. Raku wyciągnął mi pomocną dłoń. Wyprężałem się ile wlezie i choć dzieląca nasze dłonie odległość stale się zmniejszała, wciąż było zbyt daleko. Akurat wtedy straciłem równowagę. W pierwszym odruchu panicznie zamachnąłem się ręką najwyżej jak potrafiłem. Ten ostatni raz. Zdołałem jedynie musnąć palce dłoni Bartka. Wtedy rozpoczął się tyłkozjazd.
  Najgorsza była świadomość, że nie jesteś w stanie nic zrobić. Zwyczajnie zjeżdżasz. 
  Całość trwała na tyle krótko, że nie zdążyłem krzyknąć nic więcej prócz Aaa!!! A jak sunąłem! Zadek niczym hebel zdzierał mech ze skały. Skubany tak nabrałem rozpędu, że gdzieś po drodze, w ułamku sekundy znalazłem się w powietrzu. Siuup na Małysza! I tak sobie wyskoczyłem. Wylądowałem niespełna metr dalej. Wprawdzie telemarka zabrakło, za to zyskałem elegancki wywietrznik w spodniach w postaci postrzępionej dziury wielkości orzecha.

Foto: Statyw

  Przybywało rdzawej wody. Sama droga nabierała rudawego odcienia. Glina przylepiała się do butów. Przyroda dawała sygnały, że do kamieniołomu już naprawdę blisko. Niebawem wyłoniło się zalane wyrobisko. Prześlizgnęliśmy się między zwałowiskami kamiennych bloków oraz gliny. Odnosiliśmy wrażenie jakbyśmy stąpali po roztapiającym się batonie czekoladowym. Pięknie tu. Tylko czegoś brakowało. 
  Przyzwyczajeni do ucieczek przed ochroną, bądź zakradania się nieraz godzinami, tutaj doświadczyliśmy miłej odmiany. Wejście nie przysporzyło żadnych trudności. Co więcej nie musieliśmy obawiać się o to, że zaraz ktoś nas przegoni. Winna wszystkiemu była sobota. Dzień, w którym robotnicy spędzają czas z rodziną rozsiani po swych domach, a szaleńcy tacy jak my harcują po dziurach w ziemi. 

Kamieniołom pstrego piaskowca dolnotriasowego "Kopaniny"

Sielskie zabudowania Gałęzic

 Niedawną dróżkę zastąpiły koleiny sięgające łydek. Największe z nich wypełniał ni to szlam, ni to bagnista breja. Dziwne coś, w czym nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby się zanurzyć. Raz po raz mijaliśmy pasma taśmy trzepoczącej na wietrze, a wędrówka toczyła się naturalnym tempem.
  Trwało to do czasu, gdy zza pleców nie zaczął ścigać nas ryk silników. Mogło to oznaczać tylko jedno: znowu wkroczyliśmy na trasę wyścigu motorów. Coś mi podpowiadało, że prędko się ich nie pozbędziemy. 
  Za sprawą narastającego ryku, wędrówka natychmiast przerodziła się w trucht. Tu szlam, tam kałuża, po obu stronach zasieki z krzaków. Ścieżka szeroka na dwóch chłopów. Gdzie tu uciec? 
  Warkot mechanicznych ptaków, (bo z nimi właśnie skojarzyły mi się pędzące, kolorowe motory), skutecznie tłumił pozostałe dźwięki otoczenia. Wręcz je zabijał. Tymczasem do nas docierało, że lada moment czeka nas rzucenie się w krzaki, aby uniknąć rozjechania przez dwukołowce. 
   Ale jeszcze nie teraz. Na razie uciekamy, póki starczy sił. Wertep za wertepem. Wejście w niebezpieczny zakręt i krótka przebieżka z górki. Ileż tam było korzeni! Crossy siedziały nam na ogonie. Wreszcie dostrzegliśmy sąsiednią ścieżkę. Bez namysłu wbiegliśmy na nią. Jak się okazało w ostatniej chwili, podczas gdy sfora kilkunastu motorów przemknęła tuż obok.

  Z pomocą plątaniny ścieżek, dotarliśmy do wrót skalnego wąwozu, które otwarły się, wpuszczając nas do wspinaczkowej mekki. Ilekroć odwiedzamy Stokówkę, nie możemy wyjść z podziwu jak tak olbrzymie coś powstało pośrodku właściwie niczego. 
  Zgodnie uznaliśmy, że ta miejscówka, jak żadna inna nada się do przetestowania zdobycznej flagi. Na czas najbliższych parunastu minut wyprawialiśmy z nią przeróżniaste cuda. Od konstrukcji prymitywnej czaszy spadochronu, która nie miała prawa się udać, po wykorzystanie flagi jako peleryny Ułomena. 


 Tak się szczęśliwie złożyło, że w dniu wycieczki nasi siatkarze toczyli zacięty bój w półfinale mistrzostw Europy z reprezentacją Słoweni. I co? Wygrali oczywiście. 

  Swoją drogą siatkarze to chyba jedyna polska reprezentacja, której należy kibicować całym sercem. Mają bowiem w sobie coś wspólnego z prawdziwych przyjaciół. W końcu bez względu na to czy odniosą sukces, czy też przyjdzie im sięgnąć porażki i tak ich kochamy, nieprawdaż? Nie to co poczciwych piłkarzy chodzących po murawie w poszukiwaniu piłki.

Polska gurom!
Foto: Statyw

czwartek, 13 stycznia 2022

Wycieczka 104: ŚWIETLIK 2021

10-11.07.2021

Skład: Daria, Ania, Oliwka, Kamila, Wiktor, Wojtek, Kędzier, Locht, Makumba, Bugli, Brajan, Raku i Ja

Trasa: Chęciny - G. Zamkowa - Rez. G. Rzepka - G. Żebrownica - Polichno - Jedlnica - Grząby Bolmińskie - Miedzianka - Rez. G. Miedzianka - Rykoszyn PKP, ok. 26 km

 "Nocą, kiedy słychać więcej niż widać, budzą się pierwotne instynkty, a świat, tak doskonale znany za dnia, zdaje się być obcym". 

- Chodźcie śmiało! Jest nas mało! Chodźcie śmiało!
  Okrzyki nie cichły. Sytuacja stawała się coraz bardziej dynamiczna, a wkoło przetaczał się niepokój. Nas trzynastka. Ich nie widomo ilu, może tylu samo, może więcej. Siedzimy pod mostem niczym bezdomni. W ciemności, w ciszy. By przypadkiem nie wywiązała się nikomu niepotrzebna bójka. I czekamy, nie mając pojęcia co wydarzy się za chwilę. Znaleźliśmy się w potrzasku...
 

  Cztery i pół godziny wcześniej przemierzaliśmy smętne uliczki Chęcin. Nasze, pełne do granic możliwości brzuchy, co rusz przypominały o zjedzonej przed momentem pizzy. Wspinaczka po kamiennych schodach była dla nich udręką, nie mówiąc o późniejszym zbieganiu stromym zboczem kamieniołomu. 
  Dalej już grupa swobodnie rozciągnęła się na długość kilkudziesięciu metrów. 13 kolorowych postaci. Każda z nich ze zrolowaną karimatą na plecach; każda pochłonięta wędrówką. Z dali przypominaliśmy wielką, pełznącą gąsienicę. Jeśli gąsienice potrafiłyby się śmiać, ta byłaby prawdopodobnie najszczęśliwszą gąsienicą pod Słońcem. 
  Nikomu nawet nie przeszło przez myśl, że wkrótce ten iście bajkowy obrazek może zniknąć. 

Kamieniołom na Górze Zamkowej stanowi doskonały przykład ilustrujący w jaki sposób powstawała tzw. antyklina chęcińska - skomplikowana struktura tektoniczna. By ją zrozumieć trzeba sobie wyobrazić obrazek dwóch gór o podobnej wysokości sąsiadujących ze sobą, które są zbudowane z tych samych skał, czyli wapieni dewońskich. Tymi górami są Zelejowa i Zamkowa. Na Zelejowej skały te opadają stromo w kierunku północnym, zaś na Zamkowej - południowym. Kiedyś obie te góry łączyła wspólna grań, która kształtem przypominała rogalik. Pod wpływem silnych ruchów górotwórczych i fałdowań ten "rogalik" się przerwał, a pomiędzy obiema górami na powierzchni ziemi utworzyło się  nazwijmy to zagłębienie. I tak oto mamy antyklinę.

Foto: Raku

   Kiedy wybrzmiały pierwsze dźwięki gitary, wpatrywaliśmy się w odległą perspektywę pełną rozległych połaci pól i serpentyn dróg. To niesamowite ile przyjemności może nieść ze sobą takie leżenie w trawie i nic nierobienie.
  Muzyka pobudziła zmysły. Zwabiła też modliszkę, która znalazła swój drugi dom pośród włókien naszych ubrań. Śmieszne to i sympatyczne stworzenie, a przynajmniej takie się wydaje, dopóki nie przyjrzymy się bliżej jego mrocznym zwyczajom.
  Nie od dziś krąży mit, że każda modliszka podczas kopulacji pożera głowę swojego adoratora. Naprawdę robi tak ok. 5-30 % modliszek, a wpływ na to ma aktualny dostęp do pożywienia. Ktoś może się zastanawiać na co jej te kanibalistyczne zapędy? Otóż przygryzienia głowy samca powoduje, że jego mechanizmy kopulacyjne zaczynają działać intensywniej, a odwłok wtłacza więcej nasienia. Więc jak widać nic nie dzieje się bez przyczyny. Nie mniej żadne z nas nie chciałoby się znaleźć na miejscu Pana modliszki. 
  A niektórzy mężowie narzekają na swoje żony.

Modliszka zwyczajna

Foto: Locht

Foto: Locht

Sięgnąć marzeń
Foto: Kamila

  Gęste gałęzie leniwie przepuszczały wiązki promieni. Zza ściany drzew odsłaniał się już widok na średniowieczne mury zamku. Jednak to nie zamek, a różowy balonik unoszący się wysoko w niebo, przykuł naszą uwagę. Tak jak on ulotna stawała się ta chwila, a żeby przypadkiem nie uleciała nam zupełnie, ruszyliśmy. 
  Było nas tak wiele, że idąc wąską ścieżką, przed sobą widziało się jedynie plecy następnej osoby. Chyba, że miało się mniej szczęścia. Wówczas można było dostać czymś, co akurat wystawało z jej plecaka. Tym czymś mogła okazać się np. mata łazienkowa. Na co komu ona? Nie pytajcie...

Foto: Raku

Zamek rocznie odwiedza ponad 200 tysięcy turystów
Foto: Kamila

Ulotność

  Niecałe dwa kilometry dalej stanęliśmy na szczycie Rzepki, gdzie zdecydowaliśmy się zostać na zachód Słońca. Zewsząd robiło się złoto. Złote niebo, złote wzgórza, złote wszystko. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim byliśmy my - oddani bez reszty magii tego miejsca. Potrafiła ona zdziałać cuda, pozwalając się rozmarzyć i poczuć, jakbyśmy znaleźli się w nieznanej czasoprzestrzeni.

  W odległej przeszłości Góra Rzepka wraz z sąsiednią Beyliną, stanowiła nie lada gratkę dla poszukiwaczy drogocennych kruszców. Skrywała bowiem bogate złoża minerałów, wśród których bez wątpienia najcenniejsza była galena. Jej niezwykłe właściwości dostrzeżono już w starożytnym Egipcie, gdzie używano jej do celów kosmetycznych. Nieco później, bo w średniowieczu, z galeny wytwarzano liczne ozdoby i dekoracje, na które mogły pozwolić sobie jedynie najzamożniejsze warstwy społeczeństwa. To przyczyniło się do tego, że w rejonie Rzepki od XIV aż do XIX wieku, prowadzono szereg robót górniczych, po których do dziś zachowały się pamiątki w postaci lejkowatych zagłębień terenu. Są one niczym innych jak pozostałością po niegdysiejszych szybach. 
  Wraz z okresem międzywojennym z galeny przerzucono się na wydobycie marmuru, ale nie byle jakiego, bo najpiękniejszej i najdroższej jego odmiany, czyli różanki zelejowskiej. Ceniona w przemyśle kamieniarskim, znalazła szerokie zastosowanie w budownictwie. Posłużyła do budowy m.in wnętrza Biblioteki Jagiellońskiej, czy katedry wawelskiej.


Złota godzina na Rzepce
Foto: Kamila


Falistość pól

  Wszystko fajnie z tą całą magią miejsca, ale jakbyśmy się nie wygimnastykowali i jak długo tu nie czekali, to i tak zachodzącego Słońca na Rzepce byśmy nie zobaczyli. Nie było na to najmniejszych szans. Wszystko przez modrzewiowy las porastający górę, który zwyczajnie zasłaniał widok w kierunku zachodnim. Jak żałowałem, że nie wpadłem na to wcześniej. Teraz było już za późno na jakiekolwiek myślenie, musieliśmy ruszać czym prędzej. Szybka zmiana planów i pędzimy na Sosnówkę. Do zachodu zostało niecałe 20 minut. Może zdążymy, może się uda, może... 
  I tak rozpoczął się wyścig z czasem, który ani myślał zwolnić.

Foto: Raku

Foto: Raku

  Słońce chowało się za wierzchołkami pagórków o łagodnych zboczach, trawy zdążyły przybrać pastelowe odcienie, a na horyzoncie królował jaskrawy pomarańcz. Jakby ktoś przechylił puszkę farby, a ta rozlała się po całej okolicy. Rozmowy i ekscytacja narastały. Każdy myślał o tym, by jak najszybciej zrzucić z siebie ten ciężki plecak i móc rozkoszować się pięknem wspaniałego spektaklu. Do jego zobaczenia dzieliła nas tylko ostatnia prosta. 

Foto: Kamila

Peleton

Foto: Raku

  Jednym brakowało tchu, inni płynnie ze wspinaczki przeszli we wbieganie. Strome podejście zostało pokonane na wiele sposób, ale każdy z nich łączyło jedno - wszyscy zdążyliśmy przybyć nim przedstawienie dobiegło końca. Na krańcu wzgórza stanęliśmy jak wryci z aparatami w ręku i podziwialiśmy, gdyż istotnie było co podziwiać.
  Rozciągająca się tu panorama zachwycała. Za spiczastymi szczytami Miedzianki prędko znikała krwista plamka - to samo wielkie Słońce, które jeszcze kwadrans temu ścigaliśmy. Teraz ledwie było je widać. 

Garść widoków z Sosnówki
Foto: Kamila

W stronę Słońca

Ostatnie chwile dnia

  Tymczasem na sąsiedniej polance, ludzka wieża rosła w oczach. Wdrapywali się kolejni śmiałkowie, chcący sięgnąć jak najwyżej. Niebawem gotowy był już drugi poziom. Szóstka wspaniałych zapomniała jednak o najważniejszym - solidnej podstawie. Zamiast niej były trzęsące się z wysiłku ręce. Kluczowe utrzymanie równowagi wnet zostało zaburzone. Nie wyglądało to za dobrze. 
Nagle doleciał krzyk tłumiony atakiem śmiechu:
- Dłużej tak nie wytrzymam! 
Chwilę potem konstrukcja runęła niczym domek z kart i wszyscy którzy wcześniej ją współtworzyli, teraz leżeli w trawie dusząc się ze śmiechu. Tak właśnie powitaliśmy bezgwiezdną noc. 
  


  Drogę rozświetliły czołówki. Rozpoczął się chaotyczny taniec migoczących świateł. Daleko im było do samochodowych reflektorów. Wszystko to, co znajdowało się poza ich zasięgiem, tonęło w przepastnym mroku. Choćby rozpięta na całą szerokość drogi pajęczyna - delikatna i trwała zarazem. Widoczna stawała się dopiero, gdy o mały krok się w nią nie wpadło. 
  Trzeba wiedzieć, że jeśli któraś z dziewczyn zgarnęłaby czającego się na pajęczynie ogromnego krzyżaka, piskom i krzykom nie byłoby końca. One z kolei doprowadziłyby do wybudzenia znacznej ilości mieszkańców wioski. Sam pająk zapewne przestraszyłby się całą sytuacją najbardziej ze wszystkich, ale i zdziwił, że w końcu udało mu się coś złapać. Jedyny problem w tym, że jego ofiara byłaby wielokrotnie większa od niego samego. Tak więc dbając o nocny komfort mieszkańców oraz zdrowie psychiczne pająka, na przód zostali wypuszczeni najodważniejszy, których zadaniem było ostrzeganie pozostałych przed czyhającą pajęczyną.

  Kwadrans potem na horyzoncie spostrzegliśmy jasną plamę. Sprawiała wrażenie jakby zbliżała się w naszą stronę. Wkrótce wiadomym stało się, że wcale nie jest to złudzenie, a plama to tak naprawdę latarka. Wydawała się jednak jakaś taka inna, nie nasza. Pewne było również, że latarka musi mieć swojego właściciela. Tylko kto mógł nim być i przede wszystkim co ten ktoś robił w miejscu takim jak to, o tak późnej porze? 
  Spodziewaliśmy się wściekłego rolnika, który zwabiony głośnymi odgłosami naszej grupy, chciał przegonić nas ze swojego pola. Zawsze też mógł być to jakiś seryjny morderca, ale nawet jeśli, to on był sam, a nas trzynastka i to bynajmniej nie pechowa. Wśród tej trzynastki kilka osób ze scyzorykami, podtrzymujących kielecką tradycję i jedna z nożem, któremu bliżej było do maczety niż do czegoś, czym kroi się ogórki na sałatkę. Zapomniałbym jeszcze o tych, których sam wygląd mógł budzić strach. Wszystko to składało się na optymalne poczucie bezpieczeństwa.
  Zarys tajemniczej postaci stawał się coraz wyraźniejszy, a sama postać coraz większa. Po chwili zostaliśmy oślepieni światłem latarki. Latarki, która jak się okazało, nie należała ani do rolnika, ani do mordercy, tylko zwyczajnego miejscowego, który widząc wędrujących piechurów ruszył im z pomocą. Pomocą? Niby przed czym? 
   Nie wiem jak to jest, ale gdy lądujemy w tarapatach, prawie zawsze znajduje się jakaś dobra dusza, która chce uratować nas z opresji. Tym razem ścieżka, którą podążaliśmy według tego, co mówił mężczyzna, miała wkrótce zniknąć na rzecz gęstwiny chaszczy nie do przedarcia. Mężczyzna udzielił nam więc pewnej wskazówki: trzymajcie się krzaków, tak, abyście zawsze mieli je po prawej stronie, to na pewno się nie zgubicie. Wydaje się niby proste, lecz nocą nic takie nie jest. 
  Podziękowaliśmy cichemu bohaterowi i udaliśmy się we wskazanym przez niego kierunku. Niebawem pojawiły się i same krzaki. Potem nieco więcej krzaków, a na koniec zarośla. To czym szliśmy ciężko było nazwać ścieżką. Ale imitacją ścieżki już owszem. Jednak nawet i ona po czasie się skończyła. Tym sposobem nie uniknęliśmy przedzierania. Sprężyste gałęzie uginały się, a następnie strzelały. Trzeba było uważać, by ktoś przypadkiem nie dostał z liścia. Po niezwykle długich czterech minutach gąszcz ustał, a nam ukazała się dróżka. Dokładnie ta sama dróżka, którą mieliśmy iść od początku. Eh...
  
  Dalej miało być już spokojnie, bez nieplanowanych przygód. I istotnie było do czasu, kiedy nie znaleźliśmy się w Jedlnicy. 
 
Chemiczny wykład Makumby w drodze na Żebrownicę

Foto: Kamila

- Chodźcie śmiało! Jest nas mało! Chodźcie śmiało!
  Okrzyki nie cichły. Sytuacja stawała się coraz bardziej dynamiczna, a wkoło przetaczał się niepokój. Nas trzynastka. Ich nie widomo ilu, może tylu samo, może więcej. Siedzimy pod mostem niczym bezdomni. W ciszy. By przypadkiem nie wywiązała się nikomu niepotrzebna bójka. I czekamy, nie mając pojęcia co wydarzy się za chwilę. Znaleźliśmy się w potrzasku...

  Jedyna droga prowadziła przez most przerzucony nad rzeką Hutką. Tuż za nim stała wiata, z której dobiegały niepokojące okrzyki. Przejście obok niej było nieuniknione. W takich chwilach przez głowę przelatują te same myśli. Na co nam to było? A mówili, żeby zostać w domu, gdzie najbezpieczniej. Ale jesteśmy gdzie jesteśmy, nie możemy czekać w nieskończoność. Może zbytnio dramatyzuję.
  Plecaki z powrotem wylądowały na zmęczonych już ramionach i poszliśmy, zwartą grupą, śledząc dokładnie wzrokiem prawy brzeg mostu. Od wiaty dzieliło nas tylko kilkadziesiąt metrów.
- Patrzcie harcerzyki jakieś! - wykrzyknął jeden.
Nie reagowaliśmy, szliśmy jak w transie. Byle się nie odwrócić, byle już znaleźć się w lesie. Koniec końców nie stało się nic. Znów czuwało nad nami szczęście.

  W lesie zastaliśmy księżyc w nowiu. Z oglądania drogi mlecznej wyszło nici, a i same gwiazdy, choć chciałoby się powiedzieć, że rozświetliły firmament, w rzeczywistości były jakieś takie wyblakłe i nieliczne. To jednak nie przeszkodziło nam, by zatrzymać się na dłużej, zadrzeć głowy w niebo i spoglądać w bezkres wszechświata.
  Mknąc (faktycznie pędziliśmy) wapiennym grzbietem Grząbów Bolmińskich, wsłuchiwaliśmy się w przyjemne cykanie świerszczy. Pojęły one doskonale, że najlepszą formą komunikacji w nocy jest dźwięk. 
  Nocny odcinek dobiegał już końca. Zmęczenie narastało. Każdy, absolutnie każdy, marzył tylko o jednym. Tym czymś był jakże potrzebny SEN. 

Foto: Raku

Światła mroku. A dalekoo z tyłu cementownia Małogoszcz

  Na Miedziankę docieramy w komplecie na 2:30, po ponad sześciu godzinach męczącej, ale i cudownej zarazem wędrówki. Tam plecaki zostają opróżnione ze wszystkiego, co będzie za moment pełniło funkcję tymczasowego legowiska. Same legowiska... no cóż niezwykle skromne, zrobione na prędce. Jakaś karimata, folia, czy koc, na którym da się położyć i oczywiście coś do przykrycia. Byle zachować jakieś resztki komfortu i trochę ciepła. 
  Zasypiamy chwilę po trzeciej, podzieleni na trzy grupki ulokowane w odległych zakątkach góry. Od zapadliska po dawnym polu górniczym, na miejscówce pod spróchniałą brzozą kończąc. Chowając za powiekami dzień pełen wrażeń, powoli docierało do mnie, w jak niecodziennej przygodzie było nam dane uczestniczyć. 
 
  Lekko ponad godzinę później obudziły nas, nie pieszczące promienie wschodzącego Słońca, a irytujący dźwięk melodyjki budzika w telefonie. Irytujący do tego stopnia, że ochota na ciśnięcie tym telefonem napływała samoistnie. Od rzutu skutecznie powstrzymywał brak pewności, czy przypadkiem ten głaz, bądź krzak obok, nie jest przypadkiem kimś z nas w zrolowanym śpiworze.
  Jeśli o same śpiwory chodzi. Wyścibienie nosa spoza jego strefę było nazwijmy to wysoce nieprzyjemne. Nie tak sobie zapamiętałem temperaturę na zewnątrz, kiedy kładłem się spać. Mógłbym przysiąść, że było cieplej. Teraz każdy, zaraz po przebudzeniu, trząsł się z zimna. 

Zielone wyspy pośród morza mgieł

  Uczucie chłodu dodatkowo potęgowała oblepiająca mgła. Gdy wreszcie się rozproszyła, w pełni odsłoniło się tutejsze piękno. Ta baśniowa sceneria, którą tak doskonale znaliśmy z wcześniejszych wojaży. Zrobiło się nieopisanie cudownie. A potem było tylko cudowniej i cudowniej. W końcu tarcza Słońca wynurzyła się zza wzgórz w pełnej krasie. Przyglądaliśmy się temu wszystkiemu opatuleni, z na wpół otwartymi oczami, domagającymi się jeszcze choć trochę drzemki. Spojrzenie trwające kilka minut, zmieniło się we wspomnienie bliskie naszym sercom, w których bez wątpienia zadomowi się na wiele, wiele dłużej.

Foto: Raku


Foto: Raku

  Spust migawki uruchomił samowyzwalacz. Czerwona lampka zaczęła mrugać. Ustawialiśmy się w pośpiechu, czekając na Bartka, który rzucił się w pogoń. Miał 10 sekund na to, by pokonać drogę dzielącą siostrzane wierzchołki. Zdążył. Pstryk!
  Śledząc wzrokiem pozostałych widziałem rysujący się na ich twarzach uśmiech, przyćmiewający wszystko dookoła. Te wszystkie trudy, zmęczenia. Nie potrzebowaliśmy żadnych słów. On mówił wszystko. Byliśmy świadkiem czegoś niesamowitego. Na naszych oczach otwierał się pewien nowy rozdział, do którego drzwi, były dotychczas jedynie ledwo uchylone. Dzisiaj otworzyły się na oścież. Unikalne doświadczenie, którego nigdy przedtem nie doświadczyliśmy. Euforia w czystej postaci. 

Foto: Statyw

Foto: Statyw

  Ze snu na dobre budził się wciąż zaspany tak jak my poranek. Pierwsze ze wschodzących promieni urządziły nam prywatny pokaz laserowy. Ostre słupy światła wcinały się w resztki mgły, a następnie rozczepiały na pojedyncze wiązki. 
  Euforia, która przed momentem jeszcze wśród nas gościła, prędko zdążyła przerodzić się w smutek. Doskonale wiedzieliśmy, że tuż za Miedzianką, nasza przygoda dobiega już końca... 

Pokaz laserowy

Królowa świętokrzyskich gór muskana przez pierwsze promienie

Koncertujący trznadel

sobota, 30 stycznia 2021

Wycieczka nr 81: GÓRY, KTÓRE PRZESTAŁY ISTNIEĆ

12.12.2020

Skład: Kędzier, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Rykoszyn PKP - G. Ołowianka -  Kłm. Mała Sowa - Kłm. Wielka Sowa - G. Sowy - Obory - Rezerwat Góra Miedzianka - Kłm. Numery (II) - Rykoszyn PKP, ok. 15 km

  Zniknęły bezpowrotnie. I to za sprawą ludzkiej chciwości. Walka o pieniądz miała za nic dobro przyszłych pokoleń, które już nigdy nie ujrzą tego, czym zachwycali się ich dziadkowie. Na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci świat się zmienił. Wraz z nim zmieniało się ludzkie myślenie, które w wielu przypadkach zastępowała głupota. Niestety i świętokrzyskie od tej głupoty nie zdołało się uchronić.
  Odkąd prowadzone są kroniki to właśnie nasz region przoduje w czołówce ośrodków górnictwa kopalnego w Polsce. W średniowieczu wydobywano tu cenione kruszce, które następnie ozdabiały wnętrza rezydencji największych władców ówczesnej Europy. I dopóki wszystko to koncentrowało się wokół jednego, czy dwu miejsc, sprawy nie niosły ze sobą takiego zagrożenia. 
  Później doszło do momentu, w którym chcąc obłupić się jak najwięcej, i w jak najkrótszym czasie - kopano, gdzie tylko się dało. Niegdysiejsze ośrodki górnicze, których ilość dało się policzyć na palcach jednej ręki, rozrosły się do niespotykanych dotąd obszarów, czasem wielkości wsi, czy nawet małych miast. Z krajobrazu zaczęły znikać piękne miejsca. W ich miejsca pojawiały się ziejące chłodem dziury w ziemi, hałas materiałów wybuchowych i nigdy nie znikający pył. Taki los nie oszczędził również pewnych dwu gór, które jeśli istniałyby do dziś, corocznie odwiedzałyby je setki turystów.   

Wagony z niecodziennej perspektywy. 

Ze stacji w Rykoszynie, swoje kroki skierowaliśmy do Bławatkowa, a dalej ścieżką prowadząca pozostałością po dawnym nasypie kolejki wąskotorowej. Miała ona tu swoją bocznicę, którą transportowano urobek z kamieniołomu na Ołowiance.
Jedną z niewielu pozostałości jakie po niej przetrwały do naszych czasów, odszukaliśmy kwadrans później. By do nich dotrzeć wystarczyło się jedynie przebić przez tarninowy gąszcz. Po wydostaniu się z zarośli, ukazał nam się widok ruin prawdopodobnie dawnego składu materiałów wybuchowych. Bardzo podobnych do tych, które mieliśmy okazję oglądać podczas wycieczki nr 79.

A w środku pusto. Same gołe ściany



Wejście do krótkiego tunelu



Potem zostało nam jedynie odszukać powrotnej ścieżki, która zaprowadziłaby nas do głównej drogi. Idąc zarośniętym grzbietem niewielkiego wzniesienia, co chwila odsłaniały się nam niewielkie wychodnie wapieni jurajskich.


Omszenie

Resztki śniegu na podchęcińskiej królowej


Gdy wreszcie dotarliśmy do miejsca, gdzie przebiegał czerwony szlak rowerowy, ruszyliśmy prosto na dawny szczyt Ołowianki.

Na szczęście nie byliśmy sami w okolicy

W starych przewodnikach opisywana jest jako wapienna, mająca prawie kilometr długości góra, która leży między Miedzianką, a Ostrówką. Rozpoczęte w tym miejscu w latach 50-tych wydobycie surowca wapiennego, spowodowało jednak, że zaledwie po kilku latach góra przestała istnieć, a wraz z nią jej skalista grań i zabytkowa sztolnia.

Foto: Raku

Sama sztolnia była nawet celem geologicznych wycieczek szkolnych. To właśnie dzięki relacji jednej z nich wiemy jak wyglądała. Według jej autora wejście do podziemnego wyrobiska znajdowało się tuż przy ogromnym głazie, oberwanym ze zbocza góry. Prowadziły do niego pozostałości drewnianych podkładów dawnej kolejki, którą wywożono kruszec ze środka góry. Dalej, wznoszący się na około 1,5 metra wysokości chodnik górniczy, kierował się przez tonące w mroku podziemne pustki. W ścianach sztolni można było odnaleźć żyły galeny, która stanowiła główny przedmiot wydobycia, a także dwóch chodników bocznych. Cały obiekt miał prawdopodobnie ok. 150 metrów długości i prowadził do podszybia, gdzie znajdował się nieregularnej budowy, 30-metrowej głębokości szyb. Z góry, przez szczeliny skalne, dochodziło do niego światło dzienne.

Trudny odcinek

Niebawem wędrówka brzegiem skalnej ściany zakończyła się przedwcześnie za sprawą krzaków jałowca, które uniemożliwiły dalszą włóczęgę. Nie zostało nam więc nic innego jak spróbować dostać się na dno wyrobiska. Łatwo nie było. Czego się człowiek nie złapał, po chwili zostawało w jego dłoni. A do tego ta glina i śliskie skały. Masakra. W końcu się jednak udało, a na nagrodę za nasz wysiłek nie musieliśmy czekać zbyt długo. I tak dotarliśmy do ostatniej ocalałej resztki wapiennej grani Ołowianki. To smutne, że zostało z niej tak nie wiele. A i to może wkrótce zniknąć.


Otóż pobliska kopalnia na Ostrówce planuje poszerzyć swoje wydobycie o historyczne wyrobisko na Ołowiance. Tym samym stwarzając ogromne zagrożenie dla samej Miedzianki, a zwłaszcza zimujących w jej sztolniach nietoperzy. Miejmy nadzieję, że do tej niszczycielskiej inwestycji jednak nie dojdzie.

Przechadzając się po okolicy, w poszukiwaniu najdogodniejszej ścieżki na kontynuację wyprawy, dotarliśmy do dawnej piaskowni. Tu po wgramoleniu się stromizną na górę, okazało się, że nici z przyjemnej wędrówki i dalej czeka nas przedzieranie się przez gęstwinę.


Ścieżka, która nie poinformowała nas, że zaraz się skończy
Foto: Raku

Ostatecznie po licznych trudnościach dotarliśmy do miejsca, gdzie zarządziłem postój dla ekipy, a sam wybrałem się na poszukiwania kolejnej atrakcji. Zbyt wiele o niej nie wiedziałem. Posiadałem jedynie jej zdjęcie, które musiało mi wystarczyć w jej namierzeniu. Wstępnych lokalizacji było kilka. Skrupulatnie przeszukiwałem każdą z nich. Przyczyniło się to do błądzenia, które co jakiś czas przerywały krótkie wizyty w opuszczonych kamieniołomach. Te położone zazwyczaj w środku lasu, zarosły do tego stopnia, że trudno już było odnaleźć w nich odsłonięcia skał, które kiedyś w nich wydobywano.
Na dnie jednego z opuszczonych Kamieniołomów. Prawdopodobnie Małej Sowy.

 Minęły prawie dwie godziny, a rezultat poszukiwań był niesatysfakcjonujący. Czas było wracać. Pomyślałem, że udam się najszybszą drogą na miejsce najbliższego postoju. Ta zaprowadziła mnie na ocalałą grań wzniesienia o nazwie Sowy. Skąd taka nazwa? Nie mam pojęcia.


Wkrótce okazało się, że w jej pobliżu czeka na mnie pozostała część grupy, która również nie próżnowała podczas mojej nieobecności . Mogliśmy zatem wreszcie spokojnie odpocząć. Podczas przerwy (jak to mam w zwyczaju), poszedłem porozglądać się po okolicy. Koniec końców dotarłem na dno nieczynnego kamieniołomu. Posunięcie to okazało się strzałem w dziesiątkę. Perspektywa miejsca, w jakim się znalazłem pozwoliła mi przypuszczać, że obiekt, którego szukamy jest tuż obok nas. I... miałem rację. Gdy ponownie znalazłem się na grani, zacząłem rozglądać się za charakterystyczną skałką.


Ta znajdowała się kilka metrów niżej. Miało być sensacyjne odkrycie, a skończyło się na zobaczeniu innej twarzy dobrze znanego nam miejsca :)

Foto: Raku

Grań Sowy

Nie był to jednak koniec geologicznych ciekawostek. Szperając po Internecie natknąłem się na informację o pomniku przyrody w sąsiedztwie rezerwatu Miedzianka. Wbrew wcześniejszym obawom nawet łatwo i szybko do niego dotarliśmy. Ze wzglądu na swój charakterystyczny kształt, skałka mierząca 2,5 metra wysokości, zyskała miano stopy słonia.

Prócz niej w okolicy znajdowało się kilka niewielkich bloków skalnych, które podobnie jak ona, zbudowane były z czerwonych piaskowców i tworzyły w promieniu 50 metrów, coś podobnego do skalnego grzebienia.


Stąd już częściowo szlakiem żółtym, a częściowo bez jego pomocy, wkroczyliśmy na obszar zwany Polem Księżycowym. 

Skalisty grzbiet Miedzianki w jesiennej, lekko ponurej szacie

Foto: Statyw

Dzięki temu, że pierwsza połowa grudnia nie obdarzyła nas hojnie śniegiem, a wszystkie drzewa pozbyły się już liści, cała okolica widoczna była jak na dłoni. Znacznie usprawniło to poszukiwania dawnego Szybu Austriackiego.

Zarośnięty lej po Szybie Austriackim

Na liście do zobaczenia tego dnia widniały jeszcze dwie pozycje. Zamiast nich przypadkiem natrafiliśmy na nowy obiekt jaskiniowy, który pochłonął nas całkowicie.

Charakterystyczne wejście do Jaskini Południowej (12,5 m)

Początkowo myśleliśmy, że może to wejście do jednej ze sztolni, których tutaj nie brakuje. Szybko jednak okazało się, że jest to twór natury, który został sztucznie poszerzony w wyniku prac górniczych.


Chcąc dowiedzieć się co skrywa jaskinia zagłębiliśmy się do jej wnętrza. Te skończyło się jednak zdecydowanie za wcześnie.

Schronisko z Mostem Skalnym (15 m)

Będąc w środku, czułem się jakbym wpadł do studni, a to za sprawą wznoszącego się aż do powierzchni 6-metrowego komina skalnego.


Foto: Raku

Jaskinia nosi nazwę Schroniska z Mostem Skalnym. Wszelkie wątpliwości co do jej pochodzenia rozwieję poniższym zdjęciem.


Foto: Raku

Obiekt stanowi przedłużenie okolicznego wąwozu skalnego.


By wydostać się na szczyt Miedzianki, czekała nas powtórka z rozgrywki, czyli przedzieranie się przez tarninę, dzielnie broniąca dostępu do ścieżki.

Taka mała namiastka tego, z czym musieliśmy się męczyć przez większość trwania wycieczki

A na górze powiało cywilizacją i komfortem. Krzaki ustąpiły wygodnej dróżce, a i zaczęły się pokazywać ludzkie sylwetki. Nam jednak nie było dane korzystać z udogodnień i dobrze znaną trasą, zeszliśmy do sąsiednich kamieniołomów.
Foto: Raku

Foto: Raku



Wyglądają niemal identycznie. Z resztą na pierwszy rzut oka sam je pomyliłem. Odróżniają je w zasadzie dwie rzeczy: nazwa; jeden to Numery (I), a drugi jak nie trudno się domyśleć to Numery (II), a także znajdujące się w ich obrębie sztolnie i jaskinie (w Numerach (II) nie uświadczymy żadnej).

Kamieniołom Numery (II)
Foto: Bugli

Podczas wspinaczki

Foto: Bugli

Temat wycieczki został przypieczętowany krótką wizytą przy wieży nadszybia Piotr, lecz od zupełnie innej strony niż zazwyczaj.


Foto: Raku

Foto: Raku

A tak prezentuje się konstrukcja od dołu

Opuszczone budynki w rejonie wieży
Foto: Raku

Zaczęło się już ściemniać. Uczucie to w lesie było wielokrotnie spotęgowane. Mając jeszcze chwilkę zdecydowaliśmy się zajrzeć do naszego ulubionego tunelu. A tam bez zmian, no może poza kilkoma nowymi workami pełnymi śmieci :(



Na kilka minut przed przyjazdem pociągu, czyli lekko po 16, a wygląda jakby była już dwudziesta

Do efektów niektórych zmian krajobrazu zdołaliśmy się już przyzwyczaić. Ba, jest nam nawet trudno pomyśleć, że niegdyś te miejsca mogły wyglądać zupełnie inaczej, choćby taka kielecka Kadzielnia. I bez względu na to, czy przegrały one z czasem, poddając się sukcesji roślinnej, czy może z ciężkim sprzętem niszczącym wszystko co napotka na swojej drodze; należy o nich pamiętać. Bo choć nie zawsze jesteśmy w stanie przywrócić je do życia na nowo, naprawiając błędy swoich poprzedników; to dopóki o nich pamiętamy, dotąd "żyją'' w świadomości i kulturze naszej jak i kolejnych pokoleń.