Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Morawica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Morawica. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 września 2021

Wycieczka nr 94: PAROSTKI

 1.05.2021

Skład: Kamila, Wojtek, Makumba, Brajan, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Kowala - Kłm. Radkowice - Jaskinia Odstrzelona - Kłm. Kowala - Kłm. Kowala Mała - G. Siedliskowa - Brzeziny, ok. 16 km

  Dwa pasy ekspresówki, przedzielone metalową barierką. Lewa jezdnia na całej swej długości pusta, bije z niej czerń asfaltu. Prawa niemal pusta. Jej środkiem zatacza się tylko zakapturzona postać. Kreśli zygzaki między białą linią drogowej farby, a barierką. Facet zdaje się nie widzieć żadnego zagrożenia w swym pochodzie. Z przystankowej wiatki jego poczynaniom przygląda się siódemka nastolatków. Usta ich wszystkich szeroko otwarte w geście zdziwienia, nie nadążają za oczami, które przyglądają się poczynaniom nietrzeźwej kreatury, z trudem łapiącej równowagę. Szczęściem mężczyzny ulica pozostaje pusta wystarczająco długo, by ten mógł zaprezentować gapiom pozostały fragment nieudolnego układu choreograficznego, po czym bezpiecznie zejść na chodnik i zniknąć za pniami rosłych jesionów. 
  I tyle go widzieliśmy. Choć zapewne jeszcze wielu tego ranka spotkało go na swojej drodze.

  Autobus zawiózł nas do Kowali. Przez moment skrywaliśmy się jeszcze pod metalowym daszkiem przystanku. Krople deszczu zbyt onieśmielone wizją zamienienia się w ulewę, wydostawały się z chmur w postaci ledwo odczuwalnej mżawki. Miał być to dopiero przedsmak tego, co zapowiadały prognozy. Ale i one na szczęście czasem się mylą.


  Z wiaduktu sieć torów kolejowych, przypominała plątaninę pełną chaosu. Niżej biegła ścieżka wśród łąk. Otworzyły się widoki na góry usypane z piasku i odłamków skalnych. Wyglądały jak piramidy powstające na naszych oczach. Tuż za nimi, pnące się wysoko taśmociągi maszyn, transportowały urobek. 
  Deszcz ustał. Osiągnąwszy kulminację Stokowej Góry, wyszliśmy na kraniec ostrego zbocza, przeciętego przekopem kolejowym. Trwały zmagania ze stromizną okolicy. Musieliśmy też zmierzyć się ze świadomością, że tam dokąd zmierzamy, przebiega czynna linia kolejowa i pociąg może pojawić się w dosłownie każdej chwili.




  Gdyby do takiej sytuacji doszło, zostałby nam tylko prędki odwrót i pokonywanie tej stromizny ponownie, tyle, że tym razem pod górę. Jednak pociągów na razie jak nie było widać, tak i słychać. Ponadto pokryte rdzą szyny, dały by nam o wiele wcześniej znać o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Czuliśmy się więc spokojni. 
  Same skały okazały się o wiele większe niż się spodziewaliśmy. Wspinaczka pochłonęła nas całkowicie. Podobnie jak zabawa w geologów. 

W skałach można natknąć się na zapis fauny koralowcowej.

Charakterystyczny fałd z wapieniami górnodewońskimi silnie przeławicowany łupkami.


  Wkrótce potem znajdowaliśmy się już w lesie. Równolegle do linii drzew biegła droga transportowa. Służyła do wywozu materiału skalnego wydobytego z pobliskich kamieniołomów wprost do kruszarek. Nieustannie krążyły tędy ciężarówki z przyczepami zapakowanymi po brzegi. Gdy tylko jedna wyjeżdżała, zaraz kolejna wracała w stronę kopalni. I tak w kółko. Ruch nawet na chwilę nie ustawał. Nie sposób było podejść bliżej, chyba, że było się zwinną myszką niezauważalną dla pilnujących w budce ochroniarzy. Tak to wyglądało, gdy byłem tu trzy tygodnie temu. 
  Dzisiaj, w nieprzypadkowo wybranym na dzień wycieczki Święcie Pracy, droga niemal opustoszała. Zobaczyliśmy zaledwie jedną ciężarówkę, a potem długo, długo nic. Przyglądając się uważnie wszystkiemu z bezpiecznych krzaków, czekaliśmy, by wyskoczyć w odpowiednim momencie.

Foto: Raku

  Jeszcze nie teraz. Niech przyjdą już wszyscy. Schowajmy tylko plecaki. Zaraz któraś wróci. Wymówki się piętrzyły, a bezpieczne okienko w czasie, zdawało się kurczyć. Nie zwlekając już dłużej, wybiegliśmy z lasu. Niczym jakieś dzikie plemiona po zobaczeniu obcego przybysza na swojej ziemi. Brakowało nam jedynie dzid albo dmuchawek w rękach. Zamiast nich dumnie dzierżyliśmy aparaty.
  Po wdrapaniu się brzegiem rowu melioracyjnego, przekroczyliśmy drogę i pomknęliśmy do białej rury. Ta ciągnęła się jeszcze długo, a przed nią ogrodzenie z siatki, którego nie byliśmy w stanie sforsować. Wpatrywaliśmy się tylko w lustro wody wypełniającej wyrobisko. Było tu ładnie, ale też niezbyt bezpiecznie. Zdjęcia pstrykałem w pośpiechu, nie zastanawiając się zbytnio nad ciekawymi kompozycjami. Bardziej zależało mi na tym, by jak najszybciej ponownie czmychnąć do lasu, który wyglądał na oazę spokoju. Choć tylko z pozoru. 
  Krzaki nieraz zdążyły chwycić co poniektórych. A i tym co poniektórym wybitnie dłużyło się czekanie na nas. Wojtek z Kamilą odważyli się pójść nieco dalej, gdzie obniżała się siatka, by ustrzelić lepsze foty. Ja, lekko zestrachany, wróciłem do pozostałych. Kitraliśmy się dobre 10 minut. W tym czasie wszyscy zdążyli nafocić się do woli. 

Kopalnia Radkowice ze słynnym jeziorkiem

Foto: Kamila

  Po obu stronach ścieżki kwitły tarniny. Kwiaty jakby próbowały zamaskować ciernie i wrogą naturę tych krzewów. Kopcące białymi kłębami dymu przemysłowe kominy cementowni, w połączeniu z niespotykaną ilością kopalni rozsianych po okolicy, tworzyły coś na kształt dymiącego się sera, ozdobionego ogromnymi dziurami. Był to znak, że zbliżamy się do Trzuskawicy. Tyle, że nie tej czynnej, a kamieniołomu o identycznej nazwie opuszczonego przed laty.


  Mieścił się na wzgórzu. Mocno zarośniętym wzgórzu. Czego tu nie było. Od dzikiej róży, kłębów jeżyn, po wspomnianą wcześniej tarninę. I jeszcze ten jałowiec, który dzielnie towarzyszył nam do końca dnia. Nieraz jako przeszkoda, ale częściej, przyjemnie dla oka urozmaicał krajobraz. Pośród traw wyglądały ku nam smardze. 
  Dróżka stromo pięła się ku szczytowi. Niebawem gwałtownie opadła, zostawiając nas na pastwę ściany wyrobiska. Drzewka służące za tymczasowe podpory bez trudu łamały się. Kamienie osuwały spod butów. A pokryta mchem skarpa, po naszym przejściu wyglądała już na często uczęszczaną ścieżkę. Na dnie kamieniołomu zalegały ogromne głazy i mnóstwo mniejszych kamyków w postaci rumoszu. Kierując się lekko na zachód natrafiliśmy na wykop skalny, w którym kryło się wejście do jaskini.


Smardz jadalny

  Prędko wyposażyliśmy się w czołówki. Plecaki porzuciliśmy na górze. Miały tam pozostać aż do naszego powrotu. Dłonie gładziły zimną skałę. Każdy kolejno przechodził przez skalną bramę. Tym sposobem znaleźliśmy się w obszernej komorze pozbawionej stropu. 
  W latach 70-tych, czyli w okresie świetności kamieniołomu, został on odstrzelony przy pomocy materiałów wybuchowych. Następnie wszystko dokładnie zasypano. Jaskinia przeszkadzała bowiem w dalszej eksploatacji. Stwarzała ryzyko niebezpiecznych zapadlisk. Przez następne niemal cztery dekady, leżała tu tylko kupa kamieni. Wszystko zmieniło się za sprawą speleoklubu łódzkiego, który w 2008 roku podjął się jej odgruzowania i tym samym przywrócił dawny blask obiektu.
 
Foto: Kamila

Widoczny po prawej stronie otwór do najdłuższego korytarza. Ostatnie badania wykazały, że jaskinia ciągnie się dalej. Prawdopodobnie ma też niższe poziomy, zbyt niebezpieczne do eksploracji 

   Pod ziemią gościł lekki chłód. Światło dzienne sięgało jeszcze na głębokość 3-4 metrów. Głębiej panowała tylko ciemność. Ze szczelin zwisały sieciarze, bądź ich kokony. Może wydawać się to nieprawdopodobne, ale niektóre z nacieków wygrały starcie z dynamitem. Obecnie zdobią okolicę otworu wejściowego i trudnodostępne zakamarki. Ciekawe jak pięknie musiała wyglądać jaskinia, w dniu kiedy ją odkryto?  



  Najdłuższy z korytarzy był zarazem też najciaśniejszy i najbardziej błotnisty. Miał więc wszystko to, czego potrzeba, by wywołać u nas przypływ radości. Czołgaliśmy się jeden za drugim. Miejsca było jak na lekarstwo. Nie dało się obrócić. W takiej pozycji w jakiej weszło się do środka, w takiej trzeba było wytrwać przez najbliższe minuty. Korytarz kończył się niespektakularną wnęką, strop której przerastały korzenie drzew. Z trudem zmieściliśmy się w niej we trójkę. Właściwie to wyglądała jakby zaraz miała się zawalić. Może i trochę się tam sypało i opuściliśmy to miejsce równie szybko, co wgramoliliśmy się do dziury, to i tak warto było, choćby tylko po to, by przekonać się jak to jest dostać ataku śmiechu w jaskini.

Jedno zdjęcie, a tak wiele skojarzeń i radości ;)

Pięknie wykształcona szczotka kalcytowa

Foto: Statyw

  Dalej miało być nudno. Wszak czekała nas wędrówka polami. Te po dłuższym czasie lubią brzydnąć, zwłaszcza podczas upalnych dni. Ale bystremu oku poszukiwaczy nic nie umknie i tak zwyczajna polana w jednej chwili zamieniła się w arenę poszukiwań. A to wszystko za sprawą parostków. Czyli? Poroży samców sarny - kozłów. 
  Nowe poroże buduje się u nich upraszczając co roku. Wiosną przychodzi okres zrzucania tego starego. W tym samym czasie w okolicy parostków odbudowuje się bardzo delikatna warstwa włosów, tzw. scypuł. Rośnie on wraz z porożem. Pod nim znajdują się naczynia krwionośne, którymi rozprowadzana jest krew. Kiedy scypuł obumiera, skóra głowy kozła swędzi nie do wytrzymania. Podobno. Taki delikwent wyszukuje wtedy w okolicy jakieś drzewo, o które mógłby się podrapać. I się drapie, aż wytrze cały scypuł. W efekcie zostawia poroża. Obie strony są z tego zadowolone. Zarówno znalazca, jak i właściciel, który pozbył się swędzącego problemu. 

  Pierwszy poroże wypatrzył Raku, a zaraz po nim Kamila. Ci to mieli szczęście! Ja musiałem zadowolić się jedynie starym parostkiem, znalezionym kilka lat temu. Leżał gdzieś w doniczce, pożerany przez mech i kurz, daleko od wzroku domowników.

Na zdjęciu widoczne wytarte resztki scypułu

Śródpolny staw

Pastorał
Foto: Raku

  Szkoła w Kowali posiada bardzo nietypowe sąsiedztwo w postaci czynnej kopalni. Znajduje się ona w odległości zaledwie stu metrów od ogrodzenia placu zabaw. Zaraz za nim wyrasta hałda i głębokie na kilkadziesiąt metrów wyrobisko. Wraz z początkiem września uczniów wita więc nie tylko pierwszy dzwonek, ale też sygnały prac strzałowych. Dziwaczne połączenie. Patrząc na plusy jest przynajmniej gdzie chodzić na wagary. 

  Staliśmy przed wyborem. Albo kolejne kilometry znowu polami, albo decydujemy się obejść kamieniołom. Tyle, że nie wiedzieliśmy czy jest strzeżony, a wejście na jego teren nie uruchomi czujnego zmysłu ochroniarzy. Mimo to zaryzykowaliśmy. Opłaciło się.
  Wiatr przegnał chmury, odsłaniając piękną panoramę. Wyrobisko przypominało krajobraz z innej planety. Takiej z tych pokazywanych w filmach o obcych. Tu jednak świeciło pustkami. Stało zaledwie parę wyłączonych maszyn. Gdzieniegdzie widniały tabliczki ostrzegawcze w jaskrawych barwach. WSTĘP WZBRONIONY! UWAGA ROBOTY STRZAŁOWE!
  



  Ostatecznie z powrotem wydostaliśmy się na pola. Wycieczka zaczęła niebezpiecznie opierać się na schemacie: pole - kamieniołom - pole - zgadnijcie co dalej. My jednak nie narzekaliśmy. Każdy z tutejszych kamieniołomów był na swój sposób wyjątkowy. Nie inaczej było z kolejnym. 

Foto: Raku

  Kapliczka z samotnym drzewem nad krawędzią wyrobiska, które nie wiadomo kiedy wyłania się zza pól? Czemu nie. A na dodatek dziwaczna maszyna, przypominającą jeszcze dziwniejszego stwora. Kopalnia oferowała też nieprzebrane ilości czerwonej gliny przylepiającej się do butów. Każdy mógł więc znaleźć coś dla siebie.
   
Kapliczka bez granic

Kopalnia Kowala Mała.
O poziom wyżej.

Uśpiony potwór
Foto: Raku

  Potem towarzyszyły nam już tylko pola. Wśród traw natrafiliśmy na czaszkę. Po chwili dyndała ona na sznurku przywiązanym do plecaka Wojtka. Wreszcie nie czułem się osamotniony, że jako jedyny targam coś osobliwego na plecach. Fakt, czaszka nie wyglądała w przeciwieństwie do mojego nieforemnego plecaka jak lodówka turystyczna wpakowana do zielonego pokrowca. Ale i tak z perspektywy innych musieliśmy wyglądać co najmniej osobliwie.
  Znaleziska nie skończyły się tylko na nazwijmy to trofeach po zwierzęcych. Makumba swym nieprześcignionym wzrokiem wychwycił wystające ze wzburzonej ziemi ziemniaki. Prędko pochwycił pierwszego. Za nim zbierał kolejne. Kompletował je starannie niczym filatelista kolekcję znaczków. Owinięte w sreberka wylądowały w wolnej kieszeni. Teraz zostało nam tylko znaleźć odpowiednie miejsce, gdzie mogliśmy rozpalić ognisko i je upiec. 

Foto: Kamila


Pliszka siwa

  Tak się złożyło, że na horyzoncie kreślił się charakterystyczny wierzchołek Stokowej Góry. Lekko wypłaszczony. Od północnego wschodu otulony lasem. Na ognisko nadawał się wręcz idealnie. Gdzieniegdzie zalegały bele siana. Góra wydawała się już być naprawdę blisko. Na wyciągnięcie ręki.



    Ręka okazała się wyjątkowo długa, bo szliśmy jeszcze dobry kwadrans. W tym czasie zaczęło się przejaśniać. Pogoda zakpiła z prognoz i wszystko wskazywało na to, że czeka nas piękny, słoneczny wieczór. Jedynie wiatr nie ustawał, ciągle targając u jednych dłuższe niż drugich czupryny. Wkrótce przyszedł czas wspinaczki. Krótkiej i stosunkowo mało męczącej.



  Za plecami zostawiliśmy zabudowania Brzezin wraz z górującymi wieżami kościoła. Pasy zieleni pobudzały zmysły. Zdawały się nie kończyć. Nieustannie w zasięgu wzroku pokazywały się kolejne połacie pozbawione drzewiastej roślinności. Czasem zdarzało się jednak jakieś pojedyncze drzewko. Wówczas łąka zamieniała się na moment w sawannę.

Samotnik

Bezkres wędrówki

  Nagle z krzaków wyleciał wystraszony kozioł. Poszybował niecały metr przed Brajanem, który zdążył w porę się zatrzymać. Centymetry dzieliły, by poroże zahaczyło o jego kurtkę, a potem twarz... Kuba stał jak wryty, nie wiedząc do końca, czy to co przydarzyło się chwilę temu działo się naprawdę. Właściwie to ten strach, odruch warunkowy, który kazał mu stanąć, pozwolił uniknąć stratowania. Te zapewne nie skończyłoby się tylko na paru siniakach.
  Ognisko rozpaliliśmy na polanie w niewielkim zagłębieniu. Dół był już wykopany kiedy tu przyszliśmy. Z pobliskiego młodnika przynieśliśmy kilka kamieni i ułożyliśmy z nich coś na kształt murka chroniącego przed niekontrolowanym rozprzestrzenianiem się ognia. Płomień tlił się spokojnie. Z wypalonych gałązek powstawał dym i popiół, w którym piekły się ziemniaki. Musieliśmy uzbroić się w cierpliwość i czekać. I czekać. A to wszystko po to, by przekonać się, że czasem zwyczajny ziemniak potrafi smakować niezwykle.

Foto: Raku

W oddali majaczące piaskownie

czwartek, 28 maja 2020

Wycieczka nr 66: BABIA GÓRA NIEJEDNO MA IMIĘ


23.05.2020

Skład: Oliwka, Makumba, Raku i Ja

Trasa: Dyminy - Babia Góra - Kłm. Suków - Kuby-Młyny - Radomice II -
Las Radomicki -  Ostra Górka - Diabelski Kamień - Radomice II, ok. 27 km

Jeśli wierzyć badaczom poganie składali tutaj ofiary swym bogom. Wśród ofiar trafiali się również ludzie. Często na wpół żywi. Miejsce to za sprawą rzekomych sabatów czarownic, niewyjaśnionych zaginięć, czy rytualnych praktyk z udziałem laleczek podobnych do tych używanych w kulcie Vodoo; zyskało sławę rozkochanego przez diabła. Poznajcie Babią Górę, ale tą świętokrzyską.

Niektórym zanadto udzielił się klimat tego miejsca
Foto: Raku

Las zgotował nam powitanie tak cierpkie, że niemal od razu poczuliśmy się obco. Bo jak czuć się inaczej, gdy napiera na Ciebie ściana splecionego gąszczu. Wprawdzie udało nam się dopaść ścieżkę, chyba jedyną jaka istniała, ale i ona była stłamszona przez krzaki. Jednoczesne odgarnianie gałęzi za gałęzią i walka z paskudnymi chaszczami weszły nam w nawyk. W okolicach szczytu wreszcie przerzedniało. 

Skałki na szczycie Babiej Góry pobudzały wyobraźnię ludzi od najdawniejszych czasów. Starali oni sobie wytłumaczyć przeróżnymi sposobami skąd u diabła skały wzięły się akurat na Babiej Górze, podczas, gdy na pozostałych szczytach w okolicy żadnych skałek nie było. Tak zrodziła się legenda.

Nie do pomyślenia, że jeszcze w XIX wieku nie rosło tu ani jedno drzewo.

Jak dawne słowo niesie niegdyś na szczycie Babiej Góry budowano świątynię. Traf chciał, że pewnego razu w pobliżu robót przejeżdżał mieszkaniec pobliskiej wioski. Pozdrowił on budowniczych słowami ,,Szczęść Boże!". I choć słowa młodzieńca wybrzmiały głośno, nie odpowiedział mu nikt. Gdy młodzieniec miał zamiar już odjeżdżać w dalszą podróż, rozległ się straszliwy huk i z góry zaczęły spadać ogromne głazy. Naraz młodzieńcowi ukazał się widok budowli, która z niepojętą siłą zaczęła rozpadać się na drobne fragmenty. Ogarnięty strachem czym prędzej uciekł. Nigdy potem już żaden śmiertelnik nie odważył się stawiać w tym miejscu świątyni. Mówi się, że skały są pamiątką po tejże świątyni. Jak w każdej legendzie, tak i w tej znajdziemy ziarenko prawdy. 

Babia Góra Suków 3

Wcześniej jednak musimy udać się z wizytą do naszych praprzodków. Cofamy się więc o całe tysiąclecie, gdy ponad 70 % obszaru dzisiejszej Polski, od Bałtyku aż po Tatry pokrywała bezkresna puszcza, w której to zaszyli się poganie i ich mroczne rytuały.

Poganie lubili udobruchać swoich bogów. W tym celu składali im ofiary. Zwykle starczało bydło, jednak w wyjątkowych okolicznościach, gdy sprawa była naprawdę poważna owieczka, krowa, czy inna świnka szły w odstawkę i rozglądano się za dwunożną ofiarą. Najczęściej obrywało się innowiercom, którzy odważyli się wkroczyć na tereny zajmowane przez ludy pogańskie. Ale nie zawsze. Zdarzały się również przypadki, gdy osobę do poświęcenia wybierano w drodze losowania. Termin takiego losowania najczęściej pokrywał się z powrotem z wyprawy wojennej. Wtedy to ponoć sami bogowie szeptali na ucho żercom, czyli pogańskim kapłanom oraz radzie plemiennej jaka forma ofiary zrobi im dobrze. Kiedy ofiara była już wybrana, przechodzono do makabrycznej praktyki. 

Babia Góra Suków 6
Fragment szczytowych wychodni wapienia dolnodewońskiego ciągnących się na długości kilkunastu metrów

Nieszczęśnik był wożony po sąsiednich wioskach, gdzie okładano go kijami i wyszydzano z niego. Taki zmaltretowany trafiał wprost na kamienny ołtarz. Nie szczędzono krwi. Na oczach zgromadzonych jego ciało było rozczłonkowywane. Zaszczytne miejsce w rytuale zajmowała głowa. Po egzekucji nabijano ją na pal, wierząc, że dzięki temu dusza trafi do nieba, zaś reszta ciała do pogańskiego odpowiednika zaświatów - krainy za wielką wodą. 

Po śmierci ofiarę prawdopodobnie grzebano z dala od siedzib ludzkich. Ciekawi was czemu? Otóż wierzono, że taki poćwiartowany męczennik może zmartwychwstać pod postacią wampira, albo co gorsza strzygi. Ci poganie mieli nieźle powalone we łbach. 

Na początku XX wieku, na stokach Babiej Góry, a dokładniej w miejscu określanym przez miejscowych nieprzypadkowo Diabelskim Łożem, natrafiono na zagadkowe wyroby z gliny. Badania doprowadziły do zaskakującego odkrycia. Znalezisko okazało się fragmentami glinianych figurek, które kształtem przypominały ludzkie postaci. Figurki związane były z praktykami magicznymi. Miały na celu zadawać cierpienie ukazanym na nich postaciom. Czyżby pogańskie praktyki przetrwały próbę wieków i do dziś mają swoich naśladowców?

Diabelskie Łoże Babia Góra Suków 5
Analiza naszych ekspertów
Foto: Raku

Trzymała się nas myśl, że w gęstym poszyciu lasów Babiej Góry życie było schowane, wręcz uśpione. Wraz z początkiem wędrówki przez sosnowe bory zniknął dotychczasowy wieczny półmrok. Natura natychmiast odżyła i rozbłysła. Żółciło się od kwiatów żarnowca, powietrze przesycał słodki zapach miodu, a po pniach i wysoko w gałęziach drzew harcowały wiewiórcze oseski. 

Kwitnący żarnowiec
Złocące się w słońcu krzewy żarnowca

Powoli zbliżaliśmy się do kamieniołomu. Teren wyglądał jak po wojennych nalotach. Pełno było dołów po dawnych wyrobiskach. To wznosząc się, to zbiegając na dno zagłębień, odnosiliśmy wrażenie, że nie idziemy, lecz płyniemy po wezbranym morzu, albo osiodłaliśmy jakiegoś narowistego rumaka . 

Kamieniołom rzeczywiście leżał całkiem blisko. Wystarczyło podążać śladem dziur jakieś pięć minut. Co tu dużo mówić, wyrobisko urodą nie grzeszyło, właściwie to ledwośmy je widzieli. Za to śmieci - mnóstwo. Wyobraź sobie, że idziesz lasem, a tu bez pardonu, żadnego ostrzeżenia, wpadasz na jednookiego, pluszowego słonia wielkości pięciolatka pędzonego na sterydach. Taka sytuacja. 

Kamieniołom w Sukowie 1

Kamieniołom w Sukowie 2
Skalne schody

Oczko mu się odlepiło, temu słoniu

Po drodze natknęliśmy się jeszcze na trochę oznak cywilizacji. Znalazł się drut kolczasty pośrodku niczego, albo przegląd najcudaczniejszych domków letniskowych jakie moje oczy widziały (masajska chata obwarowana ogrodzeniem z wystruganych dzid - czemu by nie).  Niebawem uczucie bliskości cywilizacji równie szybko co się pojawiło, tak prysło. Ponownie wylądowaliśmy na nieprzystępnych rewirach.  

Poligon w Sukowie
Jak się dowiedzieliśmy z tabliczek drut ogradzał teren wykorzystywany do ćwiczeń przez wojsko

Kuby Las Podmarzysz 2
Są miejsca, w których sezon grzybowy trwa cały rok

Odtąd cykl życia wyznaczała rzeka. Jeśli coś żyło, to rządziło się jej prawami. W starciu z rzeką nie oparły się żadne piaszczyste brzegi, które namiętnie podmywała i podcinała głęboko, ogołacając skarpy po same korzenie. Do częstych widoków należały drzewa oplecione pnączami chmielu, które zwisały aż do ziemi. Cóż, jaka dżungla takie liany.  

Czarna Nida 1

Musieliśmy mieć się na baczności, bo niebezpieczeństwo czyhało na nas dosłownie na każdym kroku. Pod stopami niepewny grunt, miejscami grząsko. Spod zielonego kożuchu rzęsy i warstwy unoszących się liści dopiero z bliska widać prześwitującą wodę. Zarastające starorzecza jakoś szczególnie nie odcinały się od wszędobylskiej zieleni. Przy braku wzmożonej czujności łatwo było w nie wpaść. 

Nie lepiej sytuacja wyglądała tuż nad czubkami naszych głów. Tam, w gęstym listowiu utkane były niby lepką przędzą konstrukcje przypominające namioty. Wystarczyło nieostrożnie przejść i przypadkiem o taki namiot zahaczyć - obojętnie czy to plecakiem, czy głową - a w efekcie namiot się rozrywał i zwalało się na ciebie nawet 200 obślizgłych, ruchliwych larw. Należały do szkodnika pełnej krwi, który ma w zwyczaju wgryzać się w liście drzew, a następnie wyjadać miąższ pozostawiając dziury, tzw. miny. Atakuje głównie jabłonie, przez co jest zmorą dla sadowników, którzy z resztą nie bez powodu nadali mu nazwę namiotnik jabłoniaczek.

Namiotnik jabłoniaczek

Czarna Nida 8
Zarastające starorzecze, na którym utworzyło się urokliwe oczko wodne

Wkrótce z bagnisk znaleźliśmy się pośród szuwarów. Przyszło przedzierać się przez trzcinę wyższą o kilka głów od nas. Pozostałości po ścieżce nie było, tak więc sami musieliśmy zabrać się za jej wydeptywanie. Grupie przewodził niezmordowany Makumba. To, co stanęło, albo wyrosło mu na drodze czekała kompletna destrukcja. Pędy kładły się jeden za drugim, pokrzywy mieszały z błotem. Makumba dumnie dzierżył w dłoni wyschnięty badyl, jakby to nie był badyl, a hiszpańska szpada, zaś on sam był konkwistadorem podbijającym kolejne niezdobyte lądy. 

Badyl dotrzymywał nam kroku uniesiony wysoko nad rozczochranymi czuprynami trzciny. Tak nas ten widok urzekł, że niedługo potem wędrował już nie jeden, a cztery badyle. 


Pokrzywowe tortury

Przyznaję, na śmierć umknęło mi, że skoro tak od ponad godziny wędrowaliśmy z nurtem Czarnej Nidy, to w którymś momencie czekać nas będzie przeprawa na drugi brzeg. I istotnie czekała. Wbiło mnie w osłupienie, gdy stanąłem nad pożartym przez rdzę szynomostkiem. Niedowierzałem, że ma on przetrwać przejście nas wszystkich. Nie było innej rady jak przekonać się o tym stawiając pierwszy krok. Oj drobniliśmy. Buty w teście równowagi szurały o metal. Oczy nie potrafiły powstrzymać się od gapienia w szczelinę pod nogami, gdzie przepływała mętna rzeka. 

Kuby Młyny mostek na Czarnej Nidzie
Cała konstrukcja "trzymała się" wyłącznie na trzech takich zabezpieczeniach, jakie znajdują się na środku mostu.

Za mostem czekała nas miła odmiana po przedzieraniu się przez chaszcze, które każdemu z osobna dało w kość. Otworzyły się połacie łąk skąpanych w eksplozji kwiatów. Daliśmy się ponieść chwili i nim człowiek się zorientował już ktoś okładał go dmuchawcem. Wszędzie pełno było ich nasion. Unosiły się w powietrzu niczym pierze po bitwie na poduszki.

Ani wiatru, ani latawcy. Zostały same dmuchawce.
Foto: Raku

Kuby Młyny łąka nad Nidą

Niedostępna dzicz odchodziła w niepamięć. Odtąd maszerowaliśmy ścieżką z prawdziwego zdarzenia. Czasem trafiały się jeszcze jakieś podmokłości, ale i one wydawały się jakby bardziej przyjazne. Rosły tu obficie skrzypy przypominające macki wynurzające się z błota. Co ciekawe skrzypy naprawdę skrzypiały. Działo się tak za sprawą wysokiej zawartości krzemionki, która przy rozcieraniu wydawała charakterystyczne skrzyp. 

Skrzyp
Kolorowy skrzyp bagienny

Co dalej w skrócie: migawki z lasu, kapliczki, dużo kapliczek, wojenne okopy. Za punkt honoru obrałem sobie cel znalezienia pobliskiego diabelskiego, który miał leżeć gdzieś w ostępach radomickiego lasu. Ten las radomicki prześladować mnie będzie jeszcze długo po nocach. 
 
Nadrzewna kapliczka 1
Drewniana kapliczka, podobna do tych, które jeszcze mijaliśmy tego dnia w okolicznych lasach

Radomice las  stary dąb 2
Jeden z potężnych dębów. Choć martwy daje schronienie rodzince dzięciołów
Foto: Oliwka

Była godzina 14:30. Poszukiwania rozpoczęliśmy od uroczyska, w które zaprowadziła nas skrzyneczka z niezawodnego geocachingu. Ileż tam było zieleni! Zielone drzewa, wielkie paprocie sięgające kolan, nawet głazy pokrywał kożuch zielonego mchu. Słowem cudnie, tylko Diabelskiego Kamienia brak. GPS z resztą działa nie lepiej. Co parę kroków krzyczy głosem Ivony, że utracił sygnał. Obyśmy się nie zgubili. Tego by tylko brakowało. 

Wychodnie skalne na Ostrej Górce w lesie w Radomicach 3

Deszcz pociekł z chmur, gdy wybiła druga godziny poszukiwań. Chłopaki i Oliwka jak czterdzieści minut temu legli na poboczu drogi niczym kłody, tak leżeli nadal. Deszcz zdawał się mało co ich obchodzić. Widzieliśmy się co parę minut, jak wracałem z nowymi wieściami z frontu samotnych poszukiwań. Cierpliwie znosili moje fanaberie. 

Dochodziło wpół do szóstej. Bliski obłędu przerzuciłem się na bieganie, licząc, że tym sposobem przeczeszę większy obszar. Na próżno. Ścieżki wydawały się dziwnie znajome. Raz po raz kręciłem się w kółko. Gdzie bym nie spojrzał, tam pojawiał się kamień. Coś na wzór fatamorgany.
Chwytałem się każdej z metod: świdrowałem, ryłem ten las niczym dzik. W końcu zrezygnowany brakiem rezultatów zdecydowałem się na ostatni zwiad. Wywlekłem z legowiska Bartka. Daliśmy sobie kwadrans i ani minuty dłużej, po czym rozdzieliliśmy się. Zanim zdążyliśmy stracić siebie z oczu, wydarłem się w niebogłosy. Bartek już wiedział co się święci. Chwycił po aparat i przybiegł do mnie.

Diabelski Kamień w Radomicach 3
Wyłaniające się zza mchu i ściółki piaskowce dolnodewońskie
Foto: Raku

Diabelski Kamień w Radomicach 4
Wszystkie skalne obiekty tworzą skalną grzędę o długości ok. 20 m i wysokości dochodzącej do 2,7 m

Szczerzyłem się do Bartka. Tak oto o 18:30, po 4 godzinach wysiłku i przeszukaniu ponad 24 ha lasu nareszcie udało mi się odnaleźć Diabelski Kamień! Bartek rzecz jasna też podzielał moją radość, ale jeszcze bardziej cieszył się z faktu, że zaraz zawiniemy się do domu. 
Nie tracąc chwili zwłoki wróciliśmy po resztę. Przyprowadziliśmy ich niedługo później, specjalnie od tyłu, by spotęgować efekt wow. 
Jesteśmy na miejscu, mówię im. Zagryzam wargi, oddech łapię w podnieceniu i czekam na reakcje. Pada pierwsza: to tyle szliśmy, żeby znowu kamień zobaczyć? Zupełnie jakby się przez tyle lat jeszcze nie przywykli.

Diabelski Kamień w Radomicach 10
Najbardziej zmordowany nawet nie miał siły zapozować do zdjęcia 
Foto: Statyw