Obserwatorzy

Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Busko-Zdrój. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Busko-Zdrój. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 sierpnia 2021

XIII Wyprawa Jaskiniowców Świętokrzyskich: GIPSOWE KOLOSY

 27.03.2021

Skład: Kamila, Oliwka, Piotrek, Wojtek, Bugli, Raku i Ja

Trasa: Busko-Zdrój - Siesławice - Skorocice - Biniątki - Siesławice - Busko-Zdrój PKP 

  Gdzieś tam, gdzie kończą się Góry Świętokrzyskie i przepastnie wije się Nida, rozciąga się kraina pełna stepów, mozaiki falistych pól i gipsowych grot. Zwie się Ponidziem. Jak co roku, wraz z odejściem ostatnich śniegów, budzi się na nowo z zimowego marazmu, zamieniając się w królestwo pełne latających stworzeń i kolorowych połaci kwiatów. Zamiast hałasu wielkomiejskiego zgiełku i klaksonów zblokowanych w korkach, słychać tu dźwięczne trele skowronków i gdzieniegdzie warkot pracującego w pocie czoła ciągnika. Sielskość w czystej postaci. To jeden z tych zakątków Polski, gdzie można jeszcze nacieszyć się urokami dzikiej przyrody i wrócić wspomnieniami do wakacji spędzonych u dziadków na wsi.

  Odkąd wędrowaliśmy trasą szlaku, mogłem pozwolić sobie na rzadsze zaglądanie do mapy. Odcinki były łatwe, w większości prowadziły asfaltem. Atrakcji prawie w ogóle, toteż można było iść szybciej, nie zatrzymując się co chwilę. Pomagało to bardzo, zwłaszcza jeśli na plecach targało się ze sobą cały jaskiniowy ekwipunek. Tuż przy szosie, na wysokości metalowych barierek, moją uwagę zwróciło charakterystyczne zagłębienie w terenie. Z góry widać było niewiele, bo choć na dobre jeszcze się nie zazieleniło, chaszcze zdążyły już opleść wszystko wkoło, tworząc bezkształtną masę, przez którą przebijały się jedynie niskie drzewa. Pchany ciekawością, zjechałem stromą skarpą, którą tworzyły góry usypanych kamieni. Szybki rzut oka wystarczył, bym miał pewność, że dotarliśmy do pierwszego punktu wyprawy.

  Karabosy swą nazwę wzięły od kary boskiej, która była wytłumaczeniem na znikanie w tym miejscu pod ziemią zwierząt gospodarskich, czy nawet nieuważnych przechodniów. Nikomu wówczas nie przyszło do głowy, że przyczyny należy dopatrywać się wśród procesów geologicznych, zachodzących na całym Ponidziu. Jaskinie w gipsach bowiem, tworzą się jeszcze szybciej niż w wapieniach, czy dolomitach. Są też najbardziej krótkowieczne. Często dochodzi więc do zapadania jaskiniowych stropów, czy to samorzutnie, czy pod wpływem sumy oddziaływanych na nie sił zewnętrznych, warunków atmosferycznych. I tak powstawały zapadliska krasowe. Obecnie na obszarze Karabosów znajduje się kilka stosunkowo niewielkich jaskiń, które niegdyś tworzyły prawdopodobnie jeden zwarty system jaskiniowy. Najciekawszym elementem tutejszego krajobrazu jest jednak podziemne jeziorko, utworzone w jednej z nich. Jego głębokość nie jest do końca znana, podobnie jak łączna długość jaskiniowych korytarzy, których eksploracji zaniechano, ze względu na bardzo duże zmętnienie wody i trudności techniczne.

Jaskinia Wodna

  Gdy większość korzystała z wolnej chwili odpoczywając, a Wojtek rozkładał wydrukowane plany jaskiń, mnie pochłonęły poszukiwania wejścia do groty z jeziorkiem. Przy każdym z dostępnych otworów, poziom wody był jednak zbyt wysoki. Do tego stopnia, że by móc znaleźć się w środku, trzeba było nurkować. Zachwycając się geologicznymi aspektami okolicy, usłyszałem, że Kamila znalazła jakieś ciekawe stworzenie. Ruszyłem czym prędzej, by je zidentyfikować, nie widząc, że kieruję się centralnie na dziurę, w której po chwili znalazła się już moja noga. Na szczęście nie zapadłem się głęboko. I dobrze, bo kilkanaście centymetrów pode mną była już tafla wody. Stwór okazał się być płazem, a dokładnie traszką grzebieniastą, która musiała niedawno wybudzić się z procesu hibernacji.

  W bliskim sąsiedztwie zapadliska, mieści się dawny kamieniołom gipsów szklicowych, z którym wiązano plany budowy zakładu siarkowego. Działał do lat 50-tych, kiedy to odkryto tarnobrzeskie złoża siarki.


  Pola. Te ponidziańskie mają to coś w sobie, że przyciągają uwagę. I to na dłużej. Uschnięte kłosy traw kołysały się przy każdym podmuchu wiatru. Pofałdowana już okolica falowała. Wpasowując się w tą kompozycję ruchów, grupa rozciągnęła się na całą szerokość drogi.

  Wędrowaliśmy tak, aż do znalezienia się przy niewysokim wzgórzu. Prawie idealnie okrągły otwór schroniska skalnego, które mieściło, wyodrębniał się już z dali. Im bliżej jednak podchodziliśmy, tym jego rozmiar nikł w oczach, zlewając się powoli z trawiastą skarpą. Miejsce to nadało się wzorcowo na krótki postój. Było gdzie usiąść, a kserotermiczne murawy, rozgrzane od promieni porannego Słońca, zapewniały przyjemne ciepło.


Schronisko Piecowe

  W tym samym czasie na horyzoncie wyłoniła się ludzka postać. Chwiejnym krokiem zmierzała w naszą stronę. Raz po raz zataczała niedokończone okręgi. Jej tor ruchu przypominał narciarski slalom. W końcu była już na tyle blisko, że dało się rozpoznać w niej mężczyznę, trzymającego w ręku piwo. Trudno było wówczas przewidzieć jakie ma w stosunku do nas zamiary. Każde z nas patrzyło na siebie porozumiewawczym wzrokiem, sygnalizując, że jest w stałej gotowości na dalszy rozwój sytuacji. Niedługo potem człowiek zagadka znalazł się przy pierwszych osobach z ekipy. Spodziewaliśmy się wściekłego rolnika, który czym prędzej chciałby wygonić nas ze swojego pola, albo okolicznego pijaczyny, szukającego okazji do większej, bądź mniejszej bijatyki. A tutaj nic z tych rzeczy. Pan przywitał się kulturalnie z każdym, podając mu dłoń. Nie wiem co wtedy bardziej mu się plątało. Nogi, czy język. Na pewno toczył nierówną walkę z nietrzeźwym ciałem, które z trudem łapało równowagę. "Całkiem tu stromoo!" - powiedział. Brzmiał zabawnie, ale mówił do rzeczy. Pytał skąd jesteśmy, gdzie idziemy. Widać było, że spotkanie z nami sprawiło mu ogromną radość, a jeszcze większą - możliwość rozmowy. Wkrótce zaproponował nawet, że może nam potowarzyszyć w dalszej wędrówce i zaprowadzić na miejsce. Przez krótki odcinek dziarsko próbował dotrzymać nam tempa, co jakimś cudem mu się udawało. Potem przyszedł jednak czas rozstania z dopiero co spotkanym towarzyszem. Żegnał się z nami jeszcze kilkukrotnie. Za każdym razem w swym pożegnaniu dostrzegał kogoś nowego. I ten oto mogłoby się wydawać z pozoru osobnik, którego należałoby omijać z daleka, kilka minut później, zauważył, że źle idziemy i wskazał nam właściwy kierunek marszu. Oszczędziliśmy tym samym szalenie absorbującego czas błądzenia. Człowieka jak książkę nie należy oceniać tylko po okładce, lecz po tym co skrywa między wierszami.  

  Polna droga skończyła się krótko potem. Zastąpił ją asfalt. Kilkaset metrów od czerwonej tabliczki, informującej, że dotarliśmy do rezerwatu znajdowała się niewielka luka w ogrodzeniu. Prowadziła do niej wąska ścieżka. Po pokonaniu stromizny, znaleźliśmy się pod ulicą, gdzie rozdziawiał swoją paszczę olbrzymi otwór Jaskini Skorocickiej. Był ogromy! Zmieściłby się tutaj na spokojnie londyński autobus piętrowy i to jeszcze ze sporym zapasem. 10 metrów szerokości i niemal 6 wysokości robi wrażenie. I to ilekroć się tutaj jest. 


  W środku panował delikatny chłód. Było też mnóstwo gliny wymieszanej z błotem. Kuriozalne ilości, które zasysały nasze buty jak bagno nieszczęsną ofiarę. Główny korytarz tonął w ciemnościach praktycznie od samego wejścia. Latarki okazały się niezbędne. Ich światło pozwalało na wcześniejsze zobaczenie tego, co czeka nas kilkadziesiąt metrów dalej.

Buszmeni

  W końcu dotarliśmy do miejsca, skąd wypływał podziemny potok. Wraz z dalszym przebiegiem jaskini, zmieniał się w mocno zamuloną rzeczkę. By ją ominąć, dokonaliśmy trawersu półką skalną, w stronę drugiego otworu. Był dobrze widoczny za sprawą wpadających z zewnątrz jasnych promieni Słońca. 


  Po drodze mijaliśmy ściany pełne kryształów gipsu, przybierających różnorodnych form. Tworzyły swój mikroświat, schowany w gęstych objęciach podziemnego mroku. Pochyleni, by przypadkiem nie zaliczyć przypadkowego zderzenia ze skalną materią, kierowaliśmy się ku wyjściu. 

Krzaczkowate naskorupienia gipsowe

Foto: Raku

  W przeciwieństwie do poprzedniego, w następnym fragmencie jaskini, poziom wody był o wiele wyższy. Miejscami sięgał do łydek. Pomysł zrobienia pomostu z kamieni do najbliższej piaszczystej wysepki, zakończył się na tym, że każdy z kamieni zatonął, a fala jaka nastąpiła tuż po wpadnięciu ich do wody, ochlapała wszystkich, którzy znajdowali się w pobliżu. Istna klapa. Jako jedyny wyposażony byłem w kalosze, mogłem więc pozwolić sobie na zagłębienie się w podziemną pustkę bez większych zmartwień. Pozostali w tym czasie udali się ścieżką obchodzącą jaskinię, w kierunku ostatniego otworu wyjściowego. 

Laminacja gipsów tworzących tzw. murawy selenitowe

  Im dalej, tym trudniej było znaleźć suchy skrawek lądu. Wkrótce zrobiło się na tyle głęboko, że i moje kalosze przestały wystarczać. Wystające ponad lustro potoku ostre głazy rozsiane były coraz odleglej, zmuszając mnie do prezentowania dziwacznych figur gimnastycznych i oddawania nieporadnych skoków. I tak aż do samego wylotu korytarza, gdzie czekała reszta grupy zabsorbowana kompletowaniem szkieletu lisa.

Foto: Raku

Podziemna lokatorka

  Dolina Skorocicka ciągnie się przez blisko 750 metrów. Tworzą ją dwa odcinki oddzielone od siebie ryglem skalnym, tzw. Wysoką Drogą, którą obecnie prowadzi asfaltowa szosa. Łącznik pomiędzy nimi stanowi właśnie Jaskinia Skorocicka. W środkowej części doliny procesy geologiczne zachodzą nadal, a proces ten dodatkowo nasila erozja przepływającego jej dnem Potoku Skorocickiego. Dzięki temu możemy zobaczyć tam największe nagromadzenie form i zjawisk krasowych na terenie całego rezerwatu. Bogatą rzeźbę okolicy podkreślają wznoszące się na wysokość 8-13 metrów gipsowe ściany wąwozów, a także ponory, ostańce oraz leje i zapadliska krasowe.

Foto: Raku

Ostaniec gipsowy

Potok Skorocicki

  Na obszarze rezerwatu dotychczas zinwentaryzowano 33 obiekty jaskiniowe. Od niewielkich kilkumetrowych grot, po największą w kraju jaskinię utworzoną w gipsach. Wszystkie tutejsze jaskinie charakteryzuje mnogość otworów wejściowych, a także ich wielkość. Nie inaczej jest w przypadku Jaskini Dzwonów, do wnętrza której prowadzą aż 3 wejścia. Jej nazwa pochodzi od charakterystycznego wygięcia gipsów w kształt kopuły, które zlokalizowane jest w centrum głównego korytarza. I choć próżno dopatrywać się tu ciekawych form naciekowych, wszak dno jaskini pokrywa rumosz skalny, a i strop nie jest zbyt imponujący; zimą w jaskini tworzą się nacieki lodowe sięgające nawet metr wysokości.


Mniejszy z otworów Jaskini (Pieczary) Dzwonów

  Przystąpiliśmy do jedzenia. Przestrzeń gdzie okiem nie sięgnąć przypominała obozowisko pełne bezładnie porzuconych plecaków i ubrań. Błotnista skorupa utworzona na jaskiniowej odzieży powoli kruszyła się pod wpływem wiosennego Słońca. Przypiekało ono coraz mocniej potęgując wszystkie wrażenia zmysłowe. Wokół unosił się mieszający się z parnym powietrzem zapach prowiantowego wyposażenia naszych plecaków, które wędrowało z rąk do rąk.
 


Brama skalna

  Sam rezerwat powstał w 1960 roku. Stanowi przykład jednego z niewielu (łącznie jest ich 35) w Polsce rezerwatów typu stepowego. Prócz geologicznej przeszłości okolicy, chroni niezwykle cenne gatunki roślin kserotermicznych, m.in. miłka wiosennego, ostnicę włosowatą, jaskra iliryjskiego i jedyne w kraju stanowisko sierpika różnolistnego.

Myte ślady koryta potoku na różnych poziom tworzące wejście do Jaskini z Potokiem

Jeden z symboli Ponidzia - miłek wiosenny

Foto: Raku

  Po przerwie kontynuowaliśmy eksplorację mniejszych grot. Większość z nich odwiedziliśmy po raz pierwszy z wyjątkiem Tunelu w Skorocicach, z którego podczas naszej ostatniej wizyty wyleciała sowa. Tym razem zamiast nocnego ptaka, we wnętrzu znaleźliśmy... kartonową tabliczkę do wywoływania duchów.

Tunel w Skorocicach (18 m)
Foto: Raku

  Następnie przyszedł czas na jaskinie południowej, rzadziej odwiedzanej części wąwozu. Położenie po drugiej stronie drogi sprawia, że znajduje się tym samym bliżej okolicznych domostw. Piszę o tym nie bez powodu, gdyż w środowisku speleologicznym Ponidzie niechlubnie dzierży miano wielkiego śmietnika. Już raz mieliśmy nieprzyjemność dotarcia w miejsce, gdzie teoretycznie powinien znajdować się otwór kilkusetmetrowej jaskini, lecz zamiast niego ujrzeliśmy przed sobą ogromną stertę eternitu.  

Piotrek podczas eksploracji w Jaskini u Ujścia Doliny (122 m)

  Na terenie Skorocic w ostatnich latach zrealizowano kilka akcji sprzątania rezerwatu. I choć on sam wizualnie prezentuje się już o niebo lepiej (wykonywane są nawet zabiegi ochrony czynnej z zakresu wykaszania zarastających muraw), to we wnętrzu tych najbardziej skrytych jaskiń, wciąż możemy natknąć się na smutny widok plastikowych wiaderek, czy worków pełnych takich odpadów, których zawartości nikt nie chciałby zobaczyć :(

Wypełniona po brzegi śmieciami Jaskinia w Gipsach
Foto: Raku

Widok ogólny na rezerwat

  Do ostatniej z jaskiń wejście prowadziło przez wąski tunel w formie rury. Był na tyle ciasny, że jedynym sposobem na jego pokonanie stanowiło czołganie się. Trzeba było jednak niezwykle uważać, by przypadkiem nie zahaczyć plecami o strop, na którym roiło się od sieciarzy i nie zebrać kilku z nich. Po pokonaniu tego nieprzyjemnego odcinka zrobiło się wyjątkowo przestronnie i wysoko, do tego stopnia, że dało się spokojnie iść wyprostowanym. Korytarz ciągnął się jeszcze kilkadziesiąt metrów dalej, kończąc się częściowo zasypaną studzienką i ścianą pokrytą naciekami grzybkowymi.

Jaskinia Stara (86 m)
Foto: Bugli

Nacieki grzybkowe
Foto: Raku

Ekipa w komplecie przed wejściem do Pieczary Dzwonów, uchwycona po serii komplikacji ze statywem i aparatem, które nie chciały ze sobą współpracować
Foto: Statyw

  Niebo przybrało ciemniejszych barw. Słońce schowało się za gęstymi obłokami. Chwilę później spadły pierwsze krople deszczu, który na nasze szczęście okazał się być jedynie przelotny. Niedługo potem wkroczyliśmy w górny odcinek doliny. Rozciągały się tu pasy przybrzeżnych szuwarów i wyschniętych trzcinowisk. Po pokonaniu tych drugich, wróciliśmy do spokojnej wędrówki polami.  

Jeszcze 3 lata temu rosły tu pokrzywy i inne chaszcze sięgające do pasa


Ostatnie tego dnia chwile ze Słońcem

  Ludzkie oko lubi symetrię, a tej tu nie brakowało. Kolorowe pasma pól układały się w geometryczne wzory, poprzecinane gdzieniegdzie biegnącymi smugami asfaltowych dróg. W dali widać było wznoszące się nad okolicę Góry Pińczowskie, zwabiające turystów pięknymi widokami ze szczytów wzniesień. Teraz jednak próżno było wypatrywać rozległych panoram. Pogoda psuła się z każdą kolejną chwilą na naszych oczach, zwiastując rychłe nadejście pierwszej wiosennej burzy.



Na pierwszym planie Rez. Winiary Zagojskie

  W odległości 300 metrów od stacji zerwał się porywisty wiatr. Niedługo potem rozpadało się. Wraz z plecakami zajęliśmy całe dostępne do siedzenia miejsce pod metalowym daszkiem. Budynek dworca w Busku w ostatnim czasie prawie nic się nie zmienił. Wyglądał dokładnie tak samo, jak go zapamiętaliśmy podczas naszej ostatniej wizyty w tym miejscu, która miała miejsce 3 lata temu. Stał opustoszały, zamknięty na cztery spusty, z tą swoją charakterystyczną rzeźbą, którą dało się wypatrzeć przez zakurzoną szybę okna. 

niedziela, 17 lutego 2019

Wycieczka nr 20: SEKRETY PONIDZIA CZ.1 Koszmar swędzących nóg


15.07.2018

Skład: Raku, Ja i nasze Mamy

Trasa: Busko-Zdrój - Siesławice - Chotelek Zielony - Skorocice - Busko-Zdrój, ok. 20 km

  Gdzieś pośród pól podmuch wiatru pognał w niebo przezroczysty kształt, który naprzemiennie wzlatywał i opadał zakosami niczym meduza. Meduza leciała dalej. Po pewnym czasie dołączyła do niej kolejna. Zbliżała się, podrygiwała, szeleściła. Aż wreszcie twarz oblepiła mi plastikowa torebka rzucona przez jakiegoś bezmyślnego chama. 

  Ja ściągnę śmiecia i cisnę nim ze wstrętem do najbliższego kosza. Ale taki wróbel dopatrzy się w torebce okruszków bułki, po czym wleci do środka skuszony wizją smakowitego posiłku... ostatniego posiłku. Po paru dniach wróbel zdechnie w bolesnych konwulsjach uduszony przez plastik. Rozkładające się ciało zwabi destruentów, w tym dżdżownice. Skrupulatnie wyjedzą one najdrobniejsze z resztek. W świecie przyrody nic nie może się zmarnować.
  Na koniec przyjdzie człowiek. Weźmie taką dżdżownicę i nadzieje na haczyk wędki. Dzięki przynęcie uda mu się złowić rybę. Zje ją ze smakiem nie myśląc nawet, że ryba pożarła wcześniej dziesiątki podobnych dżdżownic, a posiłek, który właśnie skonsumował składał się tylko w 1/3 z ryby, w 1/3 z ości i aż w 1/3 z plastiku.


  Ponidzie nazywają drugą Toskanią. Porównanie to nazbyt wzięły sobie do serca nasze Mamy. Spragnione widoków rodem ze słonecznej Italii, zaparły się, że jadą z nami. Cóż, własnym rodzicielkom odmówić nie sposób. 
  Jakież było ich zdziwienie, gdy zamiast falistych pagórków, ogrodów oliwnych i pól lawendy, ujrzały kilogramy śmieci. Walały się one dosłownie wszędzie. Plastikowe reklamówki nie tylko fruwały, ale i powiewały na drzewach zamiast liści. Na poboczach leżały stosy puszek, a ze śródpolnego stawu wynurzała się zardzewiała lodówka. 
  Turyści zostawili to wszystko? Pewnie. Zwłaszcza lodówkę. Bo Ponidzie, to przecież takie drugie Tatry, które w sezonie oblegają milionowe tłumy. Bzdury! Moi kochani za tym wszystkim stoi nie kto inny jak miejscowi.


  Nie mam pojęcia, co skłania ich do zamienienia dawnego kamieniołomu w przydomowe wysypisko. Albo upychania worków ze śmieciami do wnętrza jaskiń, zabierając tym samym miejsce życia nietoperzom. Te ani z jaskini nie wylecą, ani nie wlecą na okres zimy. Ale co tam miejscowych obchodzą jakieś nietoperze. Nieważne, że dzięki nim w lecie nie muszą martwić się chmarami komarów. Ważne, że za śmieci płacić nie muszą. 
  W zasadzie zaśmiecone pola nie wyglądają aż tak źle. Wystarczy zamknąć oczy, zatkać nos przed odorem gnijących odpadów i problem znika sam. Podobnie jak potencjalni turyści.

Siesławice Kamieniołom 1
Jaskinia Lisia w Siesławicach. W strefie mroku schowane 23 worki.

  Śmieci nie rozstawały się z nami aż do granicy z rezerwatem Skorocice. A to tylko dlatego, że bez mała trzy miesiące przed naszą wizytą, zorganizowano tu wielkie sprzątanie. W sumie mieszkańcy wynieśli dziesięć 60-litrowych worków wszelakich nieczystości. Jak więc sami widzicie, szczęśliwie są wyjątki od reguły, które potrafią zadbać o wspólne dobro. 

  Jeśli o sam rezerwat chodzi z perspektywy ulicy prezentuje się następująco: trochę pagórków, gdzieniegdzie wyrośnie jakiś krzak. Ogółem nic specjalnego. Wystarczy zaledwie zejść kilkadziesiąt metrów niżej, by przekonać się na własne oczy, że to wszystko to jedynie pozory. Krzaków rośnie znacznie więcej niż mogłoby się wydawać. Właściwie to są na każdym kroku w parze z gąszczem parzących chaszczy. A pagórki to tak naprawdę gipsowe kopuły skrywające wewnątrz siebie labirynty olbrzymich jaskiń. Jak olbrzymich mieliśmy się przekonać niebawem.



  Z przebraniem uporaliśmy się sprawnie. Wsunęliśmy się najbardziej wyświechtane, podziurawione ciuchy, jakie udało nam się wygrzebać z szuflady. Do zagłębienia się w podziemne korytarze dzieliło nas tylko i aż zarazem wysłuchać dekalogu matczynych obaw i najwymyślniejszych czarnych scenariuszy.
- Są tam węże? - pytały.
- Ależ nie ma. Ile razy mamy wam mówić, że w jaskiniach nie ma węży. (Oczywiste, że nawet jakby były to i tak byśmy nie szepnęli o tym choćby słówkiem).
- A czy to bezpieczne?
Zastanówmy się. Zaraz wejdziemy do gipsowej jaskini, z geologicznego punktu widzenia, najbardziej krótkowiecznej. Na porządku dziennym dochodzi w nich do zapadania stropów pod wpływem warunków atmosferycznych, nagłych drgań. Tak się składa, że jesteśmy kilka metrów pod gminną drogą. 
- Pewnie, że taaak! - odpowiadamy z Rakowem. - Możemy już iść?
- Róbcie, co chcecie. My sobie idziemy. Nie chcemy nawet na to patrzeć. Jeszcze zabłądzicie w tych ciemnościach. Tyle z tego będzie. Zobaczycie, wrócicie z podkulonym ogonem szybciej niż wam się wydaje. 
  Tego ostatniego zdania już nie usłyszeliśmy. Może dlatego, że pochłonął nas mrok jaskini i ciekawość nieznanego?



  Jaskinia oczarowała nas wszechobecną przestrzenią. Zmieściłby się tutaj na spokojnie londyński autobus piętrowy i to jeszcze ze sporym zapasem. Mało? Dnem korytarza płynęła podziemna rzeka. Ale żadnych węży nie napotkaliśmy. 
  W zamian usmarowaliśmy się w błocku, którego zatrważające ilości nie raz wzbudzały obawę, czy na pewno uda nam się wydostać z jaskini w parze butów. Udało się, choć podeszwy podwoiły swą grubość. 

  U wyjścia z otwartymi ramionami, a właściwie gałęziami powitały nas krzaki. Chwyciły, wytarmosiły, a następnie wypluły między zaporą z pokrzyw a intensywnie pachnących ziół. Chcąc się wydostać musieliśmy walczyć. I to nie tylko z naturą, ale i pogodą. 
  Upał wciąż przypominał o sobie. Będąc w gumowych spodniach roboczych czułem jak gotuje się od środka. Co w istocie miało miejsce. Do jajecznicy szczęśliwie nie doszło, gdyż zbawiennie z nieba zalała nas pompa deszczu. 
  Wkrótce potem spotkaliśmy się z naszymi Mamami. Człowiek przemoknięty do ostatniej suchej nitki, cudem uniknął ugrzęźnięcia w błocie po łydki, a te zanoszą się od śmiechu. Ktoś wspominał coś o matczynej trosce? 


Jaskinia Górna

Po deszczu wyszło Słońce i rozpoczął się mundial. 
Skład Chorwatów: w bramce tradycyjnie Danijel Subasic, dalej Lovren, w drugiej linii z numerem 10 Luka Modrić....
-Weź trochę głośniej Raku.
Z głośnika telefonu wydarł się okrzyk legendarnego Pana Szpakowskiego: 
Finał czas zacząć!
Sporadycznie przerywało. Za innym razem szumiało, jednak to wystarczyło, aby na rękach pojawiła się gęsia skórka, a serce zaczęło bić żywiej. Przed nami ciągnie się mokra smuga asfaltu. Zdaje się nie mieć końca. Mogłaby ciągnąć się tak nawet do Częstochowy, a my i tak nie zwracalibyśmy uwagi. Jedyne co się liczyło, to zwycięstwo Chorwacji. 

20. minuta:
Griezmann w pole karne... Zamieszanie... Ale proszę państwa! Bramka dla Francji!!!
Zaciskamy pięści w akcie złości. Telefon ląduje w kieszeni na parę minut, po czym ciekawość  wygrywa i telefon powraca do łask.
28. minuta:
Natychmiast wracają Francuzi. Dośrodkowanie Chorwatów i... teraz! 
Wstrzymujemy oddech.
Gdyby to czysto trafił, ah... 
Emocje opadają.
Luka Modrić. Rozciągnięcie, dogranie w pole karne... Wybija Pogba. Jeszcze Chorwaci. Perisić. Perisić. Perisić! Jeeest! Ale, ale... ależ goool!!! Ależ odpowiedź Chorwatów!!!
Skaczemy, właściwie to ja skaczę, ale w przypływie endorfin pociągam za sobą Bartka i w sekundzie nastaje cisza.
- Co jest? - pytam Rakowa.
- Zasięgu nie ma.
- W takim momencie?
- No.
- Daj mie to. 
Wyrywam Rakowowi telefon z rąk i biorę w swe spocone łapy. 
- Faktycznie - stwierdzam. - Chciałem się tylko upewnić.

Samica czajki w locie

Zasięg złapaliśmy, kiedy druga połowa zdążyła się rozkręcić na dobre.
Teraz siłę pokazują Francuzi. Mbappeeeeeeee. 4:1 dla Francji
Staram się opanować, myśląc dopóki piłka w grze, dotąd...
W doliczonym już czasie francuski bramkarz wypuszcza piłkę. Jeden z Chorwatów postanawia wykorzystać okazję:
O, mamy bramkę! 
Cieszy się mistrz Szpakowski, a my wraz z nim. Jak dzieci. Lecz nasza radość trwa krótko. Wkrótce słyszymy:
GWIZDEK
Francja mistrzem świata drugi raz w historii!!! 

  Wraz z końcem meczu powrócił deszcz. Oparci o ścianę dworca, wpatrywaliśmy się w bąble bijące na powierzchni mętnych kałuży. Gdy pociąg nadjechał, zapadł już zmrok. W pociągu nareszcie mogłem ściągnąć z siebie gumowe portki, które zdążyły przylepić mi się do spoconych nóg... 


  Lecz prawdziwy koniec tej historii, był zarazem koszmarem, jaki wybudził mnie w środku nocy, a nazywał się: nieodparta chęć drapania. O tak, swędziało niemiłosiernie. Coś na wzór bezustannych łaskotek. Jak gdyby ktoś gilgotał cię piórem po stopach, a ty nie mogłeś nic z tym robić. Miotałeś się więc po łóżku jak opętany i po kolei wybudzałeś każdego z domowników. Ci, by mieć spokój, postanowili owinąć cię od stóp do głów elastycznymi bandażami. Czułeś się i wyglądałeś niczym mumia. I tak przez dwa bite dni. 
  Trudno uwierzyć, że wszystkiemu winne było jedno, niepozorne zielsko i wytwarzane przez niego olejki eteryczne, które po kontakcie ze skórą wywołują jej podrażnienie. Omijajcie z daleka szczwół plamisty!