Obserwatorzy

Popularne posty

niedziela, 14 marca 2021

BESKID SĄDECKI 2021: DZIEŃ DRUGI

 6.01.2021

Trasa: Piwniczna Zdrój PKP - Łomnica Zdrój - Wodospad Łomniczanki - Kasieńczarze  - Hala Groń - Hala Skotarka - Czarci Wierch - Hala Łabowska - Hola - Przysłop - Krynica, Czarny Potok, ok. 34 km

Wczesna pobudka stanowi przykrą konsekwencję większości górskich wypadów. Dla nas była to 3:40 . Po kilku godzinach snu i  kilkunastu minutach nierównej walki z budzikiem, myśląc, że może uda się przeczekać ten irytujący dźwięk, a budzący mnie zawodnik podda się szybciej niż ja, wypełzłem z łóżka. To określenie chyba najlepiej opisuje moje leniwe ruchy, następujące zaraz po znalezieniu się poza strefą komfortu ciasnego śpiwora. Lekko ospałym krokiem, udałem się do kuchni, by przygotować prowiant na trasę. A ściślej, szybkim ruchem ręki zgarnąłem zawartość jednej z lodówkowych półek wprost do plecaka. O pożywieniu się jakimkolwiek śniadaniem nie było mowy. Zalegające jeszcze w żołądku niestrawione do końca resztki pokarmu, przypominały o zjedzonej tuż przed snem obiadokolacji. Zdążyłem przebrać się i zaparzyć gorącą herbatę do wycieczkowego termosu i czas było się zbierać. Nastąpiło to tak prędko, że zaspane powieki jeszcze nie do końca chciały ze mną współpracować, nawet po znalezieniu się już na świeżym, jakże rześkim powietrzu. Ekspresowe tempo marszu na dworzec kolejowy, spowodowane zbyt późnym wyjściem z bloku, rozbudziło nas na dobre. Efekt jednak był krótkotrwały i po zajęciu miejsc w pociągu, część z nas postanowiła nadrobić senne zaległości. Minęła godzina jazdy w zupełnym mroku, w który wpatrywaliśmy się przez wagonowe szyby. Gdyby nie tablice, na których wyświetlały się mijane stacje, z pewnością nie wiedzielibyśmy, że dojechaliśmy już na miejsce. A tam ciemno, zimno i na dodatek zimno. Prowadzeni przez trzy paski farby, wkrótce znaleźliśmy się pośród okolicznych zabudowań. Skuszeni wizją kontynuowania wędrówki asfaltem, nawet nie zauważyliśmy, że opuściliśmy szlak i kierujemy się wprost do lasu. O pomyłce uświadomiło nas głośne szczekanie i warczenie psów, które wybrzmiało po chwili. Oj dziwnie i niezwykle niepokojąco czułem się wówczas.  Widząc jedynie niewielki skrawek terenu oświetlany strumieniem bladego światła, mojej wiecznie nie naładowanej czołówki i nasłuchując jednocześnie psich odgłosów, które wyraźnie nasilały się w moim kierunku, stanąłem. Nie tyle co mnie zamurowało, bardziej ogarnęła panika, połączona z chęcią zorientowania się w sytuacji. Gdy już wróg wyszedł z koszarów, okazał się niezwykle przyjazny. I to do tego stopnia, że chciał dołączyć do naszej gromadki. Szedł za nami jeszcze przez kilkadziesiąt kolejnych metrów po czym zawrócił. Ja jednak nie ufając mu zbytnio, nieustannie odwracałem się za siebie. Wizja cofania i ponownego przejścia przy psach, skłoniła mnie do tego, by iść przed siebie i przy pomocy jakiegoś skrótu, ponownie wkroczyć na szlak. Po przekroczeniu niewielkiego strumyka i wdrapaniu się na trawiaste zbocze jednego z górskich stoków, ukazał nam się widok na Piwniczną, oświetloną tysiącem świateł.

Niebawem byliśmy już na dosyć mocno wydeptanej jak na zimowe warunki ścieżce, która wyprowadziła nas wprost na szlak niebieski. Gdy tylko znaleźliśmy się po drugiej stronie okolicznego wzniesienia, w jednej chwili zrobiło się biało pod stopami i różowo nad głowami.

Foto: Raku


Kierując się cały czas w dół, niebawem znaleźliśmy się w Łomnicy-Zdroju. Ot taka niewielka górska miejscowość, a jaka ciekawa i bogata w atrakcje. Nie uszliśmy daleko, nim pojawiła się pierwsza z nich-piaskowcowa skałka "Łomniczanka", pochodzenia erozyjnego.


By przyjrzeć się jej z bliska i zrobić to powyższe, jakże szkaradne zdjęcie, zszedłem na ścieżkę biegnącą brzegiem potoku, przy którym się znajdowała. 


Dalsza część wyprawy obejmowała zobaczenie dwóch pobliskich wodospadów utworzonych na tymże potoku. Już ze znacznej odległości słychać było szum wzburzonej wody, rozpryskującej się o 3-metrowy próg skalny. Z bliska doznanie to było dodatkowo wzmocnione, przez niewielkie obniżenie terenu.

Wodospad na potoku Łomniczanka

W bliskim sąsiedztwie kaskady znajdowały się równie ciekawe źródła wód mineralnych. Były to dokładnie szczawy wodorowęglanowo-wapniowo-magnezowe, mające właściwości lecznicze w przewlekłych chorobach przewodu pokarmowego. Przy wypływach  źródeł doskonale było widać charakterystyczny dla tych okolic rdzawy osad.

Źródło "Łomniczanka"
Foto: Raku

Foto: Raku

Po krótkich przebłyskach porannego Słońca, na niebo ponownie wróciła szarość. Wróciła też wędrówka asfaltem, co prawda przysypanym dosyć mocno śniegiem, wszak była to droga leśna, uczęszczana jedynie przez pojazdy służb leśnych; lecz asfalt zawsze pozostanie asfaltem. Ten na dodatek skuty był cienką, ale niezwykle śliską warstwą lodu. Nie podobało się to moim kijkom, które za nic w świecie, nie mogły znaleźć miejsca, by zatopić się w stabilne podłoże.


Wzdłuż trasy naszej wędrówki, z każdym kolejnym krokiem odsłaniały się utworu fliszu karpackiego, głównie w postaci niezwykle urokliwych łupków.


Jedna z wielu przydrożnych kaskad


Nie samymi kamieniami jednak człowiek żyje i zaraz po znalezieniu się przy kolejnym wodospadzie, przystąpiliśmy do szybkiego popasu, podczas którego spotkaliśmy pierwszą tego dnia parę turystów. 

Wodospad Pod 77 (taka nazwa istnieje na mapach, cokolwiek by oznaczała)

Później stromą ścieżką, pokrytą rumoszem skalnym zaczęliśmy żmudną wspinaczkę do strefy "wiecznej zimy". 

Foto: Raku

W drodze na szczyt
Foto: Raku

Foto: Raku

Przez niewielkie luki w jodłowym drzewostanie, rzucaliśmy okiem na mijane doliny i rozciągające się połacie przykrytych białą kołderką drzewostanów.


Foto: Raku

Samotna chata


W trakcie wspinaczki nasze organizmy zaczęły rozgrzewać się na dobre. Makumbie jednak zaczęło robić się wyjątkowo gorąco. Po chwili okazało się, że przyczynił się do tego powoli wylewający się wrzątek z rozszczelnionego termosu. Szybka akcja ratunkowa uchroniła od zalania wnętrze plecaka. Nie udało się jednak uratować gorącej wody przewidzianej na przygotowanie kaszy, która wraz z kawałkami szklanego wkładu wylądowała w śniegu.

Pęd wierzchołkowy jodły potraktowany repelentem zabezpieczającym przed zgryzaniem przez zwierzynę 
Foto: Raku

W ekwipunku pozostały więc do dyspozycji już tylko 3 termosy, z czego mój był na wpół pusty lub jak kto woli pełny do połowy. Powoli zaczęliśmy wynurzać się ze ściany lasu, wprost na jedną z dawnych hal z charakterystyczną ruiną drewnianego szałasu pasterskiego, z daleka przypominającego sławojkę.




Foto: Raku

Według prognoz w przeciągu pół godziny czekały nas burze i zamiecie śnieżne. Chcąc do tego czasu dostać się w bezpieczne miejsce jakim było schronisko, stawialiśmy coraz prężniej kroki. Utrzymanie jednak szybkiego tempa marszu w sytuacji, kiedy samemu trzeba przecierać szlak jest po prostu niemożliwe. Niebawem zaczęło się coraz bardziej ściemniać, a sypiące płatki śniegu, nabierały większych rozmiarów, co chwila przylepiając się do naszych twarzy i obiektywów aparatów.
 
Sypnęło
Foto: Raku

Tego niekomfortowego uczucia dało się pozbyć w momencie przechodzenia pasami terenu, tworzącymi się między rozłożystymi świerkami, będącymi prawdziwą izolacją od wiatru.

Taką drogą to można iść i iść

Ale i one wkrótce się skończyły skazując nas na walkę z żywiołem. Widoczność spadła znacząco, a wokół gościła jedynie zawierucha. Wiatr niczym najlepsza sprzątaczka, zamiatał z powierzchni zasp kryształki lodu, tworząc spektakularne zawirowania.


Uczucie zimna jednak nie pozwalało nacieszyć się urokami zimy i, by przeczekać najgorsze, postanowiliśmy czym prędzej ukryć się w opuszczonych domostwach dawnych mieszkańców hali.


Widać, a jakby nie widać
Foto: Raku

Ale o tym, że są opuszczone dowiedzieliśmy dopiero, stojąc w progu i grzecznie pytając, czy ktoś jest w środku. Przez puste szczeliny między deskami odpowiedział nam jedynie gwiżdżący wiatr.


Stan konstrukcji nie zachęcał do dłuższego siedzenia, ale skoro wytrzymało to tyle lat

Wewnątrz znaleźliśmy stare siedziska, a Ci dla, których ich nie starczyło, przynieśli je z sąsiedniej chaty. Wkrótce w towarzystwie zapachu starego drewna, przystąpiliśmy do uzupełniania straconych kalorii.

Okno na świat

Foto: Raku

Pogoda nieśmiało zaczęła się poprawiać. Uznaliśmy więc, że nadszedł odpowiedni czas, by ruszać w dalszą drogę. Zmagając się z silnymi porywami górskiego wiatru, niebawem zostawiliśmy za plecami Polanę Skotarkę, wraz z miejscem naszego schronienia i po raz kolejny weszliśmy do lasu.


Byle jak najszybciej do lasu


Większość ekipy zmęczona trudami podróży, chciała czym prędzej znaleźć się w schronisku, by zjeść jakiś gorący posiłek. Wcześniej został nawet wybrany krótszy wariant trasy, by maksymalnie zniwelować dodatkowy wysiłek. Kiedy dotarliśmy więc do skrzyżowania ze szlakiem czerwonym, zrezygnowaliśmy z zobaczenia poprzednio zaplanowanych miejsc, na rzecz odwiedzenia najciekawszej z atrakcji. Nie prowadził jednak do niej żaden szlak turystyczny, jedynie ścieżka dydaktyczna, której wyblakłe znaki ledwo dało się dostrzec w białej okolicy. Zostało mi więc rozpocząć poszukiwania obiektu i spróbować go znaleźć przy pomocy GPS-u. I tak rozpoczęła się samotna wyprawa. Przez pierwsze 800 metrów szedłem zgodnie z przebiegiem szlaku czerwonego w kierunku Rytra. Po tym przyjemnym fragmencie, opuściłem bezpieczną drogę i wkroczyłem na strome zbocze sąsiedniego wzniesienia. Każdy krok w tym terenie równał się zapadaniu po kolana w zaspy.

Widoki z jedynego wystającego ponad warstwę śniegu pniaka

Dziwnie się idzie po terenie, w którym wie się o istnieniu licznych jaskiń szczelinowych, nie widząc co znajduje się aktualnie pod stopami. Przy pomocy kijków próbowałem asekuracyjnie zbadać, czy nie ma czegoś niepokojącego w okolicy, lecz ich długość pozwalała jedynie sprawdzić bezpieczeństwo w promieniu długości mojego kroku. Nie dawało to zbyt dużego zabezpieczenia, a i odbierało pewność siebie. Szczęśliwie jednak dotarłem do poszukiwanej wychodni piaskowców. Rozanielony tym faktem, udałem się przyjrzeć jej się z bliska. Zachwycony także jej niewielką wysokością i dużą ilością potencjalnych chwytów, nonszalancko postanowiłem zobaczyć, jakie widoki prezentuje najwyższa część skałki.

...

W tym celu obszedłem ją od lewej strony, usunąłem przeszkadzającą mi warstwę śniegu z drogi wspinaczki, odłożyłem plecak wraz z kijkami w widoczne miejsce i przystąpiłem do wchodzenia. Będąc już w połowie, but wraz z nogą zsunął mi się o kilkadziesiąt centymetrów w bok, w wyniku czego straciłem przyczepność i odpadłem od skalnej ściany. Wylądowałem na plecach, na półce skalnej znajdującej się na szczęście metr pode mną. Podczas upadku zwichnąłem bark. Ten bolał mnie niemiłosiernie, jednak nie na ów bólu skupiłem całą swoją uwagę. Półka skalna, na której leżałem, w całości pokrywała śliska warstwa śniegu, która w połączeniu ze swoim znacznym nachyleniem i gładkim piaskowcem, tworzyła coś na kształt pochylni, po której zacząłem się powoli zsuwać. Próbując zachować spokój, jednocześnie (czytaj panicznie) starałem się znaleźć jakikolwiek punktu zaczepienia, bądź wystający fragment skały, o który mógłbym się złapać. Na próżno. Sytuacja zaczęła robić się dramatyczna. Najmniejszy ruch sprawiał, że osuwałem się o te kilkanaście centymetrów w dół. Na końcu półki skalnej znajdowała się przepaść, do której z każdą chwilą się zbliżałem. Myśląc, że wkrótce z niej spadnę wpierw, zacząłem zastanawiać się nad tym, czy istnieje jakieś wyjście z sytuacji. Po szybkiej analizie miałem do wyboru albo spadając spróbować skoczyć na pień świerka rosnącego w odległości metra od półki skalnej, bądź wlecieć w szczelinę skalną, o której nie wiedziałem kompletnie nic. Ani gdzie się ciągnie, ile ma metrów i czy przypadkiem się w niej nie zaklinuję. Co wybrać? Miałem przecież tylko jedną szansę, jedno podejście, jedno życie. Nie było miejsca na błędy. By spowolnić proces osuwania się, starałem rozłożyć ciężar swojego ciała na jak największej powierzchni, delikatnie wyciągając przed siebie swoje kończyny. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że na dobrą sprawę nie wiedziałem ile metrów ma przepaść, do której niebezpiecznie się zbliżam. Może 5, 10, a może ponad 20 metrów. W pewnej chwili zaczęło do mnie docierać w jak poważnej, a zarazem beznadziejnej sytuacji się znajduję. Z przemoczonej kieszeni od spodni wyciągnąłem telefon i zacząłem nagrywać coś w rodzaju wiadomości dla tych, którzy ewentualnie by mnie potem szukali. Takie jakby... nie wiem. Pożegnanie?

Tuż nad przepaścią. Swoją drogą jak na ostatnie zdjęcie to takie trochę słabe.

Dziwne uczucie mnie wówczas ogarnęło, trudne do opisania dostępnymi słowami. Niestety brak zasięgu uniemożliwił wysłanie filmiku. Nie posiadając wielu opcji do wyboru, będąc samemu z dala od szlaku, cywilizacji, pośród głuszy, zostało mi tylko czekać. Wykorzystałem ten czas na snucie refleksyjnych rozważań. M.in o tym, że w obecnej sytuacji znalazłem się wyłącznie przez swoją głupotę. I gdy zastanawiałem się jak to bez sensu jest nie mieć wpływu na swój własny los, w odległości ok. 50 cm od końca półki skalnej, moja stopa zaklinowała się w niewielkiej przestrzeni między spękaniem skały. Poczułem wewnętrzną ulgę. Spływające kropelki potu z czoła, co chwilę wpadały mi do oczu, sprawiając, że na moment nic nie widziałem. I choć pierwszy raz od dłuższego czasu, poczułem się stabilnie, to trudno było pozbyć się siedzących z tyłu głowy myśli o tym, że teraz trzeba się jeszcze stamtąd wydostać. Tylko jak to zrobić, gdy ma się niecałe metr osiemdziesiąt, a do najbliższego bezpiecznego miejsca dzielą Cię ponad 3 metry. Tu przydały się poranne umiejętności pełzania, choć bardziej przypominało to czołganie się na plecach. Ta metoda przestała być przydatna, gdy skończyło się spękanie. Mając jednak punkt zaczepienia dla stóp, mogłem w końcu obrócić się na brzuch i spróbować maksymalnie się wyciągnąć. Wykonując ruchy identyczne jak przy pływaniu żabką, ostatecznie wgramoliłem się do miejsca, gdzie leżały kijki z plecakiem. Przez najbliższe kilka minut siedziałem w śniegu, wpatrując się w przepaść. Intrygowało mnie wówczas jedno. Jak wysoka była przepaść, z której o mały włos nie spadłem. Zszedłem na dół. Będąc u stóp skały tylko (co zdarza mi się niezwykle rzadko) cicho przekląłem.

Skalny potwór. Trochę by się spadało

Jeszcze gdy znajdowałem się na górze, w życiu nie pomyślałem, że to na co chcę się wdrapać może być takim kawałem skały.

A tutaj inna perspektywa. 

Tutaj widać, gdzie kończyła się wspomniana wcześniej szczelina skalna

Szczęście tego dnia mi ewidentnie sprzyjało i nie miałem już w planach wystawiać go na kolejną próbę. Nie kusząc losu, udałem się prosto na Czarci Wierch, gdzie mieli do mnie przybyć pozostali. Gdy dotarłem na miejsce, złapałem wreszcie zasięg i zadzwoniłem do Kuby. Z krótkiej rozmowy, przerywanej co chwila szumiącymi w słuchawce podmuchami wiatru, dowiedziałem się, że zbyt długie czekanie na mnie w bezruchu, dało się im we znaki i nie mają siły iść dalej. Stwierdziłem więc, by poczekali na mnie w schronisku, a ja sam do nich dołączę. Ale to wkrótce, teraz mając wreszcie moment dla siebie, wyciągnąłem termos z gorącą herbatą. Po nalaniu herbaty do kubka, okazało się, że cała jego zawartość została aktualnie opróżniona. Delektowałem się więc każdym łykiem jak tylko mogłem. Wraz z ostatnią kropelką, skończyły się luksusy i czas było zabierać się za robienie zdjęć, by zmęczeni śledzeniem tylu linijek tekstu, czytelnicy bloga, mogli choć na chwilę oderwać wzrok i nacieszyć się pięknymi widokami.

Flaga na szczycie była zamarznięta do tego stopnia, że zamiast falować na wietrze, bardziej trzepotała, lecz niezwykle ociężale


Czarci Kamień, bądź jak kto woli Składziszańska Skała to ogromny ostaniec skalny, wieńczący szczytową grań Czarciego Wierchu. Według przewodników stanowi jeden z najpiękniejszych punktów widokowych w tej części Beskidów. Mi z powodu gęstej mgły nie było dane ich oglądać. Jednak urody i wyjątkowości temu miejscu nie sposób odmówić. W okolicy znajduje się mnóstwo innych porozrzucanych w lesie wychodni piaskowca magurskiego, jak i jaskiń. Dotarcie do niektórych z nich zimą może okazać się karkołomnym zadaniem, o czym miałem okazję się już przekonać.

Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że każdy ślad na tym zdjęciu należy do mnie


Skała od dołu robi jeszcze większe wrażenie, zwłaszcza, że skryta jest w niej niewielka jaskinia pseudokrasowa. 

Dla takich widoków warto się pomęczyć kilka godzin z zaspami

Z daleka jak i z bliska przypomina ona zwykłą szczelinę. Nadrabia za to dumną nazwą-Szczelina w Diablim Zamku.

Wygląda na małą i... taka jest w istocie. Jej długość wynosi 7 metrów.

U wylotu jaskini

Podziwiając imponujące rozmiaru tworu natury, ucieszyłem się, że to nie nad tą przepaścią przyszło mi wisieć :)


Ta sama skała, ale od tej strony zupełnie do siebie niepodobna

Po sfotografowaniu skałki z każdej strony, zostało mi jedynie udać się w podróż powrotną w kierunku schroniska. Po drodze jednak stwierdziłem, że skoro jestem w górach, a godzina całkiem młoda, to czemu by nie pójść gdzieś jeszcze i wykorzystać ten dzień maksymalnie. Zaraz, gdy tylko złapałem zasięg zadzwoniłem ponownie do ekipy, by ruszali beze mnie i szli na busa do pobliskiej Łabowej. Ja zaś wydłużę sobie wędrówkę o jakieś 15 km i na piechotę dotrę do naszego tymczasowego lokum w Krynicy. Tak też zrobiłem. Myśląc (ale tak tylko w teorii), że te siły, które posiadam, będą w moim organizmie tkwiły cały czas, a zimowy marsz w górach, nie różni się zbytnio od tego letniego; ruszyłem przed siebie.

Schronisko na Hali Łabowskiej

Wcześniej w schronisku kupiłem jeszcze najdroższą w życiu półlitrową butelkę soku i zjadłem coś po raz pierwszy od rana. Informuję wszystkich, którzy uważają, że wyjście w góry na pusty żołądek nie jest złym rozwiązaniem, że się mylą. Nie minęła nawet godzina, a brnięcie przez słabo wydeptany szlak zaczęło powodować u mnie pierwsze oznaki zmęczenia.


Jak widać zbyt wiele osób przede mną nie szło

Zatrzymywanie się co kilkanaście minut, by coś zjeść i napić się, powoli wchodziło mi w krew. Na dodatek samotna wędrówka po terenie takim jak ten, dobijała jeszcze bardziej. Z utęsknieniem wypatrywałem jakiejś wędrującej twarzy, by tylko powiedzieć tradycyjne dzień dobry. Przez kolejne półtorej godziny taka okazja nadarzyła się jedynie raz. I widać było, że ta druga strona ucieszyła się równie mocno co ja. 


Dzikie beskidzkie ostępy, powoli wysysały ze mnie wszystkie siły. Nieustannie zastanawiałem się, czy przypadkiem nie porwałem się z motyką na Księżyc. Później było tylko gorzej. Kilometr numer 20, a mi skończyło się ostatnie źródło picia. Zapasy żywności też były na wyczerpaniu. Na pierwsze skutki odwodnienia organizmu nie trzeba było długo czekać. Wcześniejsze tempo marszu, wynoszące 4 km/h, teraz spadło do 2, które z trudem byłem w stanie utrzymać. Za 3 godziny zachód Słońca, a przede mną do pokonania aż 16 km. Latem nie byłoby problemu, lecz teraz... Co kwadrans zerkałem ile mi jeszcze zostało, myśląc, że w jakiś magiczny sposób pokonałem w tym czasie połowę dystansu. Na dodatek zaczęło sypać. Mimo licznych krótkich przerw, dosłownie co pół kilometra, dobrze wiedziałem, że jak zatrzymam się na dłużej, to mogę nie dać rady iść dalej. Dlatego odkładałem jak tylko mogłem chwilę większego odpoczynku. Zmęczenie wygrało ze mną pod Runkiem, gdzie zaszyłem się pod świerkiem i opróżniłem doszczętnie jadalną zawartość plecaka. Liczyłem teraz tylko na to, by przed zmrokiem wydostać się z lasu i, by do tego czasu nie padła mi bateria w telefonie, gdyż znajdujące się w nim mapy pozwalały mi momentami lekko skracać niektóre odcinki leśnymi ścieżkami.

Zapewne gdybym nie był aż tak zmęczony zdjęć byłoby więcej, ale niestety to tego dnia było już ostatnie

Sytuacja poprawiła się wówczas, gdy znalazłem się na szlaku niebieskim. Prowadził on cały czas z górki, co pozwoliło mi podkręcić tempo wędrówki. Korzystając z ostatnich promieni dziennego światła, chciałem pokonać ten odcinek najszybciej jak tylko mogłem. Dalszy fragment jednak prowadził zbyt naokoło. By maksymalnie szybko wydostać się na leśną drogę przeciwpożarową, zdecydowałem się opuścić szlak i zejść stromym zboczem lasu, na dno doliny Czarnego Potoku. Kiedy znalazłem się już na dole, ogarnęło mnie dziwne uczucie niepokoju. Wokoło ciemno. Ni żywej duszy. A przede mną zdająca się nie mieć końca droga, ograniczona z obu stron wysokimi świerkami. Nieustanne uczucie, że coś lub ktoś za mną idzie, w połączeniu z każdym dźwiękiem, który wydawał się być podejrzany, sprawiły, że pragnąłem wydostać się stamtąd za wszelką cenę. Oj były to zdecydowanie najdłuższe 30 minuty w moim życiu :) Kiedy ujrzałem światło ulicznych latarni, odetchnąłem z ulgą, że to już koniec. Tak oto kolejnym przejawem wyjątkowego kretynizmu, odpokutowałem za swoją wcześniejszą głupotę.

1 komentarz:

  1. Mowę mi odjęło. Nie przypuszczałam, że tak mało brakowało, by nie miał kto prowadzić tego bloga.

    OdpowiedzUsuń