21.06.2019
Skład: Brajan, Locht, Raku i Ja
Trasa: Bałtów - Rez.Ulów - Bałtów, Zarzecze - Jura Park Bałtów, ok. 10 km
Czerwcowe powietrze gęstniało. Jeszcze nie tak dawno wystrojeni w garniaki, krawaty i wypastowane laczki odbieraliśmy nagrody z rąk nauczycieli za sukcesy w nauce. A teraz? Cóż... szczytem mody była co najwyżej flanelowa koszula wymiętolona czterogodzinną podróżą. Podróż męczyła, bez wątpienia. Upał potęgował ten stan, a trudny teren wąwozu w jakim przyszło nam wędrować tylko piętrzył problemy. Brak pewności kosztował bolesne otarcia, nieraz i zjazdy po dywanie liści. Bieg czasu wtedy zawrotnie przyspieszał, świat gubił ostrość, a powykręcane twarze prześcigały się w skrajnych emocjach.
Nim na dobre wydostaliśmy się z objęć dziczy, zdążyliśmy zapomnieć o jedynym, prawdziwym celu zapuszczania się w ten nieprzyjazny zakątek: o rzadkich kwiatkach.
Oblaczek granatek |
Tojad mołdawski |
Kaplica pochodząca z XVIII wieku |
Pchnęliśmy delikatnie, resztę zrobił pęd powietrza. Drzwi skrzypnęły ochryple. Wsunęliśmy się przez powstałą szparę. Głowy dotąd nieruchome, w zachwycie zaczęły obracać się na lewo, na prawo, zadzierały ku górze. Niesamowite, ruiny okazały się być dawną kaplicą, która na zewnątrz wypruta z piękna skrywała drogocenne wnętrze. Właśnie patrzyliśmy na malowidła liczące ponad trzysta lat. Mogliśmy bezkarnie ich dotknąć. Żaden z pracowników muzeum nie pogroziłby nam palcem. Wyblakłe sylwetki wzgórz, kościelnych wież z trudem przebijały się przez grube warstwy odpadającego tynku. Zostawione same sobie. Bóg jeden wie ile przeżyły.
Łatwo nabrać się na ich z pozoru łagodne uosobienie. Tu niby uroczo zagryzają trawkę, ogony jak bicze przeganiają chmary zlatujących much, a kątem oka uważnie śledzą twój najdrobniejszy ruch. Nad zniewieściałą grzywką sterczy para rogów z pomocą których bez trudu nadzieją ofiarę jak szaszłyka. Są w ciągłej gotowości, by zerwać się do szarży. W wyścigu startujesz od razu z przegranej pozycji. Jeden taki byk potrafi rozpędzić się nawet do 40 km/h, a co dopiero starcie z całym stadem. Nie masz cienia szans na przeżycie. Czy nadziany, czy zadeptany to bez znaczenia i tak po czymś takim nie będziesz nic czuł.
Strażnicy pałacu |
Ostatecznie do środka udało nam się dostać poprzez kwadratowy otwór w piwnicach ześlizgując się po drewnianej skrzyni wspartej o ścianę. Nie umknęło to uwadze strażników pałacu, którzy w tym czasie zdążyli nas już okrążyć. Znaleźliśmy się w potrzasku.
A tutaj Brajan schodzący do piwnic |
Od trupio bladych murów wiało chłodem. Prześlizgaliśmy się po wąskich korytarzach bezszelestnie jak duchy. Różniły nas od nich tylko łomocące ze strachu serca. Cisza ucieleśniała lęki, których podłożem była bujna wyobraźnia. Pomieszczenia skąpane były w ciemnościach. Wszystkie? Nie! Jedną, malutką komorę rozświetlał słup dziennego światła. Wpadało ono zakratowaną szparą naśladującą okienko. Ciekawość nakazała podejść bliżej, zbadać. A kiedy zebraliśmy się na odwagę by to zrobić, z głębi szpary dostrzegliśmy przyglądające się nam śliskie, pełne blasku oczy. Należały do byków, które z typową sobie manierą przeżuwały wyskubaną trawę. Wyglądały na równie poruszone widokiem czwórki nastolatków w piwnicy, co my ich parskającymi nozdrzami tuż nad naszymi czuprynami. Trochę się sobie nawzajem poprzyglądaliśmy, po czym każde odeszło w swoim kierunku.
Foto: Raku |
Oglądanie pałacu z zewnątrz było jak przyglądanie się zamkniętemu pudełku adwentowych czekoladek. Doskonale wiedziałeś, że w środku schowane są pyszności, lecz nie mogłeś się do nich dobrać. Wyczekiwałeś dnia, w którym bez żadnych konsekwencji będziesz mógł otworzyć okienko i skosztować smakołyków. Z tą różnicą, że tutaj wszystkie okna pozostawały zamknięte. Przed laty zabito je dechami w celu zabezpieczenia przed wtargnięciem złodziei. Tyle tylko, że tu nie było już co kraść. Złomiarze dawno wynieśli co chcieli. Przez takich jak oni cierpi bogu ducha winny eksplorator zmuszony do nabrania zwinności dachowca jeśli chce jeszcze cokolwiek zobaczyć.
Foto: Raku |
Wnętrze jednej z sali. Zdjęcie zostało zrobione przez szparę w deskach
Foto: Raku
|
Nie udało się. Ponieśliśmy osobistą porażkę. Najtrudniejszym chyba było pogodzenie się i wypełnienie poczucia niedosytu nadzieją. Prawdę mówiąc dalsza podróż była jak zagadka, a kolejne kilometry jak wskazówki, które nas do niej miały zbliżyć. Jeszcze tyle mogło się zdarzyć. Nic straconego.
Po obu brzegach ulicy osiadła szeregowa zabudowa. Ponad dachówkami kwadratowych domów i jeszcze wysoko nad zwisającymi przewodami elektrycznymi górowały skaliste zęby. Wydzierały z gąszczu pożerających je zarośli. Jako, że niczego bliższego wyglądem gór w okolicy nie było, to i te skałki wydały się ciekawe.
Do skał prowadziła ścieżka, która z czasem przemieniła się w drewniane schodki. Rzadko kto tędy łaził prócz wspinaczy, o czym przypominały gałęzie drzew, które niczym szpony próbowały zagarnąć ścieżkę na własność. Z rzadka przebijała się panorama Bałtowa. Widać było kościół, tuż za nim wygolony pagórek, a nawet nieosiągalny pałac. Doskonale widać było też nadciągające chmury, jednak oczy zdawały się być za bardzo pochłonięte wspinaczką, by to dostrzec.
Bliżej południa pociekły pierwsze krople. Początkowy kapuśniaczek w mgnieniu oka przybrał postać rzęsistej ulewy. W odpowiedzi na deszcz Raku chwycił za parasol. Parasol jeden, nas czwórka. Z matematyki nigdy prymusem nie byłem, ale to fizycznie skazane było na porażkę. Szczęściem napatoczyła nam się nisza skalna, pod którą to zamierzaliśmy przeczekać ulewę.
Foto: Raku |
Do skał prowadziła ścieżka, która z czasem przemieniła się w drewniane schodki. Rzadko kto tędy łaził prócz wspinaczy, o czym przypominały gałęzie drzew, które niczym szpony próbowały zagarnąć ścieżkę na własność. Z rzadka przebijała się panorama Bałtowa. Widać było kościół, tuż za nim wygolony pagórek, a nawet nieosiągalny pałac. Doskonale widać było też nadciągające chmury, jednak oczy zdawały się być za bardzo pochłonięte wspinaczką, by to dostrzec.
Foto: Raku |
Przycupnęliśmy więc na zwałowisku mieszaniny błota i gliny. Nasiąknięta wodą ziemia usuwała nam się spod nóg. Nisza dawała tylko nieznaczną osłonę przed szalejącym żywiołem. Deszcz zacinał z północy. Krople bębniły o napiętą tkaninę parasola z siłą wystrzelanych pocisków. Wkrótce wszystko ociekało wodą. My również. Nie mogliśmy czekać tak w nieskończoność. Tak jak wiatr w podmuchach porywał parasol, tak my daliśmy porwać się wędrówce.
Rozłożony parasol zostawiliśmy do wyschnięcia w otworze wejściowym, a sami zapuściliśmy się na eksplorację podziemnych wnętrz. Przestronności grot pozazdrościłby niejeden apartament. Przechadzanie się wśród wysokich filarów ciosanych w białym marmurze i korzeni przerastających strop niosło ze sobą prawdziwą ucztę dla zmysłów.
Skoro o uczcie mowa, co tu kryć wszystkie te wpatrzone w nas pół godziny później pyski, wąsy, rozwarte paszcze, dzioby były wygłodniałe i widziały w nas kogoś, kto w tej kwestii odmieni ich los. Ubrane w karnawałowe, barwne maski łypały maślanym spojrzeniem zza krat, łakomiły się wyuczonymi przez lata sztuczkami. Ale nie z nami takie numery. Nie po to wydałem dwie dychy na wejście do zoo, żeby wydawać kolejnego piątaka na garść karmy, albo dzielić się z makakiem moją ostatnią bułką. Ja rozumiem, że zagrożony wyginięciem, ale to samo może powiedzieć mój żołądek, który nie jadł od sześciu godzin.
Skalne filary |
Zoo nie zwiedziliśmy, my przez nie przebiegliśmy w obawie, że zbyt długie gapienie się na skaczącego lemura przekreśli powrót do domu. Bieg po autobus w ostatniej fazie przerodził się w bieg w ulewę z tłukącym gradem. A i jazda autobusem napawała lękiem, że zaraz się rozklekocze, albo deszcz dudniący o szyby wedrze się do wnętrza. Spóźnieni dojechaliśmy wreszcie na stację i wtedy burza postanowiła o sobie dać znać.
Koronnik szary |
Makak berberyjski |
Ten strasznie zabawny i skoczny malec, nie raz wystawiał łebek za kraty |